Pamiętam, że obiecałem sobie kiedyś wziąć urlop i opowiedzieć samemu sobie przeżyte już lata, opowiedzieć ze wszystkimi możliwymi detalami i bez pośpiechu. Ale jak tu opowiadać w sposób detaliczny własne życie?

Utrata, czyli koniec stanu posiadania, kiedy zostaje odjęte to wszystko, o czym zwykłem mówić: moje. Chociaż los potrafi nas ogołocić nagle i bez powodu, to jednak zwykliśmy utratę kojarzyć z powolnym przesuwaniem się na linii czasu, które odbiera naszemu ciału cały jego poprzedni wigor, piękno, upokarzając stratą zębów i włosów oraz nieostrym obrazem, który otrzymujemy od naszych oczu. Dodajmy do tego najróżniejsze choroby i niedomagania związane z późnym wiekiem. Podczas tego ruchu jednostajnie przyśpieszonego następuje też to przedziwne oddzielenie naszego ciała od naszego umysłu, który – jeśli wciąż jest sprawny – dziwnie się czuje w cielesnym wiezieniu, męczonym zadyszką, zawrotami głowy, drżeniem nóg etc.

Poeta z Berkeley mówi nawet o „jasnym gnieździe umysłu”, ale wiadomo, że i ono potrafi ulec z biegiem czasu zaćmieniu, co widać nieźle chociażby na przykładzie pamięci, która coraz bardziej jest zawodna i niedokładna. Z tym rozdzieleniem w nas związane jest dziwne poczucie – jakby czynów w przeszłości dokonał ktoś inny, niby ja, ale zarazem nie ja. Twórcy, którym udało się zostawić po sobie dzieło, mówią z pewną bezradnością, że z biegiem lat doświadczają utraty w postaci oddzielenia tego, co stworzyli, od nich samych: ja tu, a tu moje dzieło. I nawet dziwią się, że mogli, potrafili coś takiego stworzyć. Przychodzi wreszcie śmierć i wtedy dopełnia się prawda o tym, że właściwie sam do siebie nie należę, choć z takim poświęceniem dbałem o „mojość”.

Zagrożeni utratą stanu posiadania, w naturalny sposób szukamy pociechy i jakichś skutecznych egzorcyzmów, mogących dać odpór napierającej bezlitośnie rzeczywistości utraty. Nie będę wymieniał ich wszystkich, bo jest ich mnóstwo i nie roszczę sobie pretensji do posiadania o nich wszystkich wiedzy. Ale to i owo o lekach na przemijanie czytałem i nawet samemu przyszło mi ich zażywać – z różnym skutkiem.

Chociaż los potrafi nas ogołocić nagle i bez powodu, to jednak zwykliśmy utratę kojarzyć z powolnym przesuwaniem się na linii czasu, które odbiera naszemu ciału cały jego poprzedni wigor

Próbujemy na przykład przedstawić utracony przedmiot lub podmiot na płótnie albo osaczyć go w strofach. Ta bardzo rygorystyczna obróbka ma służyć przemianie osobistego w uniwersalne, bo tylko tak nawiążemy kontakt z ludźmi, którzy po nas przyjdą. Chyba się nie mylimy w kwestii dobrego rzemiosła, bo „Ballada o damach minionego czasu” Villona porusza nas bardzo, podobnie jak poezja franciszkańska przywołana w „Jesieni Średniowiecza” Huizingi, ze strofami o bardzo sławnym hiszpańskim królu, którego imienia autor poematu niestety już nie pamięta. To, co w tych dziełach nas pociesza, to poczucie wspólnoty losu, wszędobylskie nihil novi sub sole oraz dzielona ze zmarłymi wiedza, że sztuka i tak nie wyjawia wszystkiego – bo byłoby to nie do zniesienia.

Albo próby detalicznego porządkowania przeżytych dni, gdzie byłem, co jadłem, z kim się spotkałem. To też egzorcyzm. Gadamy do siebie, zapisujemy z nadzieją, że odsłoni się nam jakiś ład i sens w tych banalnościach, które dziś opłakujemy, bo dopiero teraz tak nam się zdają szczęśliwe. Pamiętam, że obiecałem sobie kiedyś wziąć urlop i opowiedzieć samemu sobie przeżyte już lata, opowiedzieć ze wszystkimi możliwymi detalami i bez pośpiechu. Ale jak tu opowiadać w sposób detaliczny własne życie? Don Kichot i Sancho Pansa, ciekawi smakowitej opowieści pewnego pasterza, akceptują twarde reguły gawędziarza: jeśli będą go popędzać, kręcić nosem na dłużyzny w opowiadaniu, namawiać do robienia w nim skrótów, stracą ogromnie ciekawe zakończenie. Nasi bohaterowie dotrwali w spokoju ducha do momentu, w którym pasterz rozpoczął relację z przeprawy przez rzekę swoich trzystu owiec. A trzeba nam wiedzieć, że nie był to prom, a nędzna mała łódka, mogąca pomieścić tylko jedną owcę. Morał ofiarowany nam przez Cervantesa jest prosty – żeby osaczyć swoją przeszłość w opowieści, zastanawiać się nad każdą przebytą milą, każdą przeprawioną owcą, potrzeba drugiego życia na tej ziemi, a przecież nie stać nas na to. Pozostaje więc szlachetna rezygnacja i heroiczna zgoda na utratę.

Fragment tekstu, który ukazał się w najnowszym numerze kwartalnika „Więź”, jesień 2019

Kup tutaj