Barwa jest podstawą obrazu. To przede wszystkim ona mówi. Ale czy mówi zawsze to samo?

Różne bywają narracje, według których tworzy się wystawę dzieł sztuki: autorska, tematyczna czy stylistyczna. Pomysł na wystawę – nazwijmy ją – kolorystyczną wydaje się zrazu mało wyszukany. Co prócz koloru łączy bardzo różne dzieła, które gromadzi się razem w jednej sali wystawienniczej tylko dlatego, że dominuje w nich jedna barwa, na przykład czerwona? Czy to tylko bliskość formalna? Pokrewieństwo barwy? Zabawa w kolor?

A z drugiej strony nie ma chyba niczego bardziej podstawowego dla malarstwa niż kolor. To przecież barwa jest podstawą obrazu. To przede wszystkim ona mówi. Ale czy mówi zawsze to samo? Jest róż i purpura, szkarłat i karmazyn. Co mówią? Co ewokują? Do czego odsyłają? Wystawa „Nazywam się Czerwień”, której wernisaż odbył się 27 września w Państwowej Galerii Sztuki w Sopocie, pozwala przysłuchać się tej wielogłosowości czerwieni. Bogusław Deptuła, kurator wystawy, zebrał prace ponad 60 artystów, by pozwolić przemówić kolorowi.

Siatka wieloznaczności

W programie wystawy prof. Maria Poprzęcka napisała: „[…] jednoznaczne, polityczne utożsamienie odarło czerwień – kolor ognia i krwi – z władczej mocy, przepychu i wyjątkowo bogatego, choć rozrywanego sprzecznościami, ładunku symbolicznego. Wizualne walory czerwieni: żywość, emocjonalność i perswazyjność uczyniły ją groźną i podejrzaną, a w końcu także banalną w swej jednoznaczności. Czerwieni odebrano rangę najpiękniejszej wśród barw tęczy i najsilniejszej w trójcy barw podstawowych, wobec której bledną żółć i błękit. Sopocka wystawa jest próbą rehabilitacji artystycznej siły czerwieni”. Poprzęcka ma na myśli przede wszystkim zawłaszczenie czerwieni przez komunizm i sztukę propagandową. Ale to nie jest jedyne zawłaszczenie czerwieni, z drugiej bowiem strony zostaje ona często sprowadzana – zwłaszcza w tonacji różowej – do symbolu ckliwego romantyzmu. I dobrze się ma w popkulturze.

Gromadząc prace na wystawie Deptuła świadomie uciekł od obu skrajności. Jeśli bowiem pojawiają się te znaczenia, to w bardzo przewrotnych kontekstach. Romantyczny róż w niezwykle wyrazistej pracy „Dotknięta” Małgorzaty Kalinowskiej staje się kolorem wnętrzności, a czerwień dominująca w „Sierpie i młocie” Andrzeja Wróblewskiego, poprzez Gwiazdę Dawida, nagle wprowadza polityczny kontekst stereotypu żydokomuny.

Deptuła uciekł też świadomie od dosłowności symbolicznej barwy. Jak zaznacza w tekście wprowadzającym, nie chciał, by wystawa „skupiła się czy to w wątkach związanych z męczeństwem Chrystusa, tak ważnych w naszym kręgu kulturowym, czy na feministycznym oglądzie świata. […] Zależało mi na zrównoważonym ukazaniu wielości konotacji, odniesień, kodów i odczytań czerwieni w uniwersalności sztuki. […] nie jeden trop, ale wiele wątków, nie jedna estetyka, a ich mnogość”. Trzeba by więc powiedzieć: nie czerwień, a czerwienie uwikłane w siatkę wieloznaczności.

Nieszlachetna proweniencja

Te interpretacje ulegają ujednoznacznieniu w pracach, gdzie kolor pracuje z figurą. W „Katedrze” Romana Artymowskiego czerwień zdaje się ewokować boskość, w pracy „Homme, dos nu, rouge” Henryka Berlewiego czerwień jest językiem namiętności, w niezwykle intrygującym zapisie performansu „Winienie” Krzysztofa Gliszczyńskiego burgundzka czerwień wina – przy jednoczesnej wieloznaczności tytułu – każe myśleć o krwi.

Trudniej o jednoznaczność w przypadku prac sytuujących się w malarstwie niefiguratywnym. Tu przestają pomagać tradycyjne pola semantyczne czerwieni. Nie ma żadnej interpretacyjnej podpórki, gdy się ogląda kompozycje Mieczysława Tadeusza Janikowskiego, prace Jerzego Jarnuszkiewicza, Małgorzaty Jastrzębskiej, Kajetana  Sosnowskiego, Wojciecha Fangora czy Jerzego Kałuckiego. Jest tylko widz i czerwień. Co ona w nas wówczas otwiera? W tych pracach najlepiej widać ambiwalencję i potencjał czerwieni, która może symbolizować życie i śmierć, miłość i nienawiść, królewskość i zniewolenie, boskość i szatańskość. Czerwień odwołuje się do dwóch naturaliów: krwi i ognia. Każda symbolika będzie pochodną tych dwóch.

Wszystkie odcienie i wszystkie znaczenia czerwieni można by chyba zamknąć w jednym słowie – namiętność

Zupełnie nowe interpretacje otwiera tok myślenia zaproponowany przez prof. Marię Poprzęcką, która w tekście „Jak to jest być barwą?” pisze o tradycyjnych, alchemicznych sposobach uzyskiwania różnych odmian czerwieni. „Pierwotna materia jest dość obrzydliwa. Miażdżone ślimaki, żelazista glina, żywcem prażone robaczki, łechcący meszek pokrywający łodygi roślin, lepka posoka z egzotycznych drzew – olśnieni pięknem czerwieni szczęśliwie nie pamiętamy o jej nieszlachetnym pochodzeniu”.

Proweniencja czerwieni nie jest więc nazbyt nobliwa. Współczesne, syntetyczne sposoby jej wytwarzania z pominięciem barwników naturalnych, kradną tej barwie jej pierwotny naturalizm. Dziś już nie pamiętamy, że barwy dawnych dzieł uzależnione były w gruncie rzeczy od natury. Odnoszę jednak wrażenie, że ten pierwotny naturalizm czerwieni daje się odnaleźć – choć już bardziej przez metaforę – w niektórych pokazanych pracach, które odwołują się do ciała, by nie powiedzieć – mięsności. Tak właśnie przemawiają do mnie „Udry” Tadeusza Brzozowskiego, „Martwa natura z królikiem” Eugeniusza Eibischa, „Czerwony ptak”  Aleksandra Kobzdeja czy „Kwiaty” Małgorzaty Kalinowskiej.

Czerwień ma się dobrze

Tytuł wystawy został zapożyczony od Orhana Pamuka, który w książce „Nazywam się Czerwień” pozwala przemówić barwie takimi słowami: „Mam wielkie szczęście, że jestem czerwienią. Jestem ognista. Jestem silna. […] Gdziekolwiek się pokażę, oczy błyszczą, rośnie namiętność, unoszą się brwi i serca szybciej biją. Jak wspaniale jest żyć! Jak wspaniale jest widzieć! Życie widać wszędzie. I ja jestem wszędzie. Życie zaczyna się ode mnie i wraca do mnie. Wiem, co mówię!”. Cytując te słowa na otwarciu wystawy, prof. Poprzęcka życzyła, by podczas jej oglądania serca zaczęły bić mocniej i szybciej. Wszystkie odcienie i wszystkie znaczenia czerwieni rzeczywiście można by chyba zamknąć w jednym słowie – namiętność, której najlepszym wyrazem jest „Wygnanie z raju” Jerzego Nowosielskiego. Nad Adamem i Ewą stojącymi już gdzieś za bramami raju unosi się wielkie czerwone słońce, rozgrzana kula patronująca wygnańcom.

„To wspaniale, gdy na jakiejś powierzchni odbiję swoje zwycięskie ego” – deklaruje czerwień w powieści Pamuka. Sopocka wystawa jest zbiorem owych „zwycięskich powierzchni”, na których czerwień odzyskuje swoje ego, swój – jak pisze Poprzęcka – „żar, splendor i urodę”. Mimo prób jej zawłaszczenia przez politykę czy popkulturę, wydaje się niepokonana. Czerwień ma się dobrze. Nie wykrwawiła się. Przeciwnie: wciąż nabiera siły od żaru ognia.

„Nazywam się Czerwień” (My Name is Red), Państwowa Galeria Sztuki w Sopocie, kurator: Bogusław Deptuła, wernisaż: 27 września 2019 r.