Żałoba ma swoje etapy. Trzeba przejść je wszystkie. Oczywiście każdy człowiek ma swoje tempo. Nieprzepracowana żałoba z całą pewnością boleśnie zaciąży na życiu człowieka, który chciał ją ominąć.

– Pamiętam bardzo dużo czarnych butów – opowiada Wioleta.

Inne kobiety z grupy wsparcia w żałobie mówiły to samo. Wryły się im w pamięć obrazy pełne czarnych butów, które widziały po wyjściu z domu pogrzebowego czy kościoła, a potem na cmentarzu.

Od śmierci męża Wiolety minęło osiem lat. Mąż Lucyny odszedł dziewięć lat temu. Wdowy wymieniają precyzyjnie daty kolejnych etapów choroby swoich mężów, czasem dodają godziny.

Lucyna i Henryk

– W naszym przypadku wszystko potoczyło się bardzo szybko – opowiada Lucyna. – W kwietniu 2010 r. mąż zaczął się skarżyć na silne bóle brzucha. Poszedł do lekarza, który stwierdził, że ma helikobaktera i przepisał leki. Jednak bóle nie ustępowały. Zdecydowaliśmy, że na wszelki wypadek mąż powinien zrobić USG jamy brzusznej. Badanie odbyło się 8 maja. Od razu było wiadomo, że jest źle. Wykryto narośl na trzustce. Zlecono mnóstwo dodatkowych badań. Diagnoza była obezwładniająca – rak trzustki. Nowotwór okazał się tak bardzo zaawansowany, że nie zaproponowano nam leczenia przyczynowego, czyli takiego, którego celem byłaby walka z chorobą. Na to było już za późno. Pozostało jedynie leczenie objawowe – skoncentrowane na niwelowaniu skutków, jakie wywołuje choroba. Znajoma lekarka powiedziała mi, że w najlepszym wypadku Henrykowi został rok życia. Zasugerowano nam kontakt z hospicjum. Jak w wielu, podobnie i w nas, już samo słowo „hospicjum” budziło lęk i podejrzenia. Zdecydowaliśmy się jednak odwiedzić najbliższe, czyli puckie hospicjum, którego współtwórcą był ks. Jan Kaczkowski. Zrobiło na nas jak najlepsze wrażenie. Mąż powiedział, że jeśli zajdzie potrzeba, chciałby się tam znaleźć.

Słowo „hospicjum” budziło w nas lęk. Zdecydowaliśmy się jednak odwiedzić najbliższe, czyli puckie hospicjum ks. Jana Kaczkowskiego. Zrobiło na nas jak najlepsze wrażenie – opowiada Lucyna

Trafił tam na niecały tydzień w czerwcu 2010 r. prosto z puckiego szpitala, do którego zabrało go wezwane przeze mnie pogotowie, ponieważ nie mogliśmy opanować dręczącego męża bólu. W szpitalu dr Piotr Wilczyński, który wtedy był na dyżurze (to lekarz pracujący wówczas również w puckim hospicjum), próbował ten ból opanować. Była chyba trzecia nad ranem, kiedy powiedział mi, że w szpitalu nie ma już takich środków przeciwbólowych, które mogłyby uśmierzyć nękający męża uporczywy ból. Poprosił, żebym pojechała do puckiego hospicjum i przywiozła odpowiedni lek. Zadzwonił tam, a ja ten lek odebrałam. Dr Wilczyński natychmiast podał go mężowi. Pomogło.

W hospicjum ustawiono mężowi terapię przeciwbólową i po kilku dniach mógł wrócić do domu. Pozostawaliśmy oczywiście cały czas pod opieką hospicjum domowego. Odwiedzali nas hospicyjni lekarz i pielęgniarka, a także ks. Jan Kaczkowski. Tak się składało, że wizyty ks. Jana przypadały zazwyczaj wtedy, kiedy byłam w pracy – opowiada Lucyna.

Ola, córka Lucyny i Henryka, miała zaledwie 4 lata, kiedy zachorował jej tata. – Pamiętam, jak gilgotaliśmy się z tatą na kanapie i śmialiśmy do łez – opowiada dziś już 13-letnia Aleksandra. – Te wspomnienia są jak pojedyncze błyski – dodaje.

Wioleta i Marek

– Zaczęło się od małego znamienia na plecach, mąż zauważył je po kąpieli, kiedy wycierał się ręcznikiem i zaczęło krwawić. Był koniec marca 2004 r. – opowiada Wioleta. – Zaraz poszedł do dermatologa. Pani doktor zdiagnozowała czerniaka i natychmiast skierowała męża do szpitala w Gdańsku. To tam już 7 kwietnia poddany został operacji. Następna odbyła się niecały miesiąc później, a kolejna w listopadzie tego samego roku. Były przerzuty. Od lutego 2005 r. do 2010 r. – początkowo co dwa tygodnie, a potem co miesiąc – przyjmował szczepionkę, która była szansą na dłuższe życie.

Markowi dawano pół roku, a był z nami jeszcze siedem lat. Kazano mu się oszczędzać, jednak on chciał żyć normalnie, więc dopóki mógł, nie rezygnował z pracy. Chociaż choroba męża nie dawała o sobie zapomnieć, to przez długi czas jej trwania udawało się nam żyć w miarę normalnie, momentami nawet czuliśmy się szczęśliwi.

Z początkiem 2011 r. stan męża zaczął się radykalnie pogarszać. Na nodze pojawiła się rana, która z czasem powiększała się – w końcu cała noga Marka była jedną ogromną otwartą raną, z której wydobywał się nieprzyjemny zapach. Opatrywałam ją tylko ja – nauczyłam się, jak to robić, żeby jak najmniej bolała.

Zanim ks. Jan stanął w drzwiach naszego domu, najpierw było słychać, że idzie, bo zazwyczaj coś sobie pod nosem podśpiewywał albo gwizdał – uśmiecha się na to wspomnienie Wioleta. – Najpierw szedł do Marka. Mąż, chociaż był pogniewany na Kościół, z ks. Janem rozmawiał chętnie

Marek do końca chciał być w domu. Obiecałam mu to. Swoją opieką objęło nas domowe hospicjum w Pucku. Dr Piotr Wilczyński, pielęgniarka Agnieszka Wejer, fizjoterapeutka Beata Ponschke, ówczesna wiceszefowa hospicjum Anna Jochim-Labuda i oczywiście ks. Jan. Byli zawsze, kiedy ich potrzebowaliśmy.

Zanim ks. Jan stanął w drzwiach naszego domu, najpierw było słychać, że idzie, bo zazwyczaj coś sobie pod nosem podśpiewywał albo gwizdał – uśmiecha się na to wspomnienie Wioleta. – Najpierw szedł do Marka. Mąż, chociaż był pogniewany na Kościół, z ks. Janem rozmawiał chętnie. Szanował go. Doszło do tego, że nie tylko się wyspowiadał i przyjął Komunię świętą, ale też poprosił o sakrament chorych. Zaskoczyło mnie to i bardzo ucieszyło.

Potem ks. Jan przychodził do nas, siadał przy kuchennym stole, prosił o szklankę łedo (wody) – lubił w swoje wypowiedzi wtrącać kaszubskie słowa – i wciągał w rozmowę mnie i ośmioletnią wtedy Mariankę.

– Lubiłam te wizyty. Ks. Jan bardzo ciekawie opowiadał, umiał nas rozśmieszyć, podnieść na duchu, można było na chwilę zapomnieć o smutku – opowiada szesnastoletnia już dziś Marianna.

To już

– 16 lipca Henryk poczuł się tak źle, że trafił do hospicjum – wspomina Lucyna. – Tam bardzo profesjonalnie i troskliwie zaopiekowano się nim, i jego stan szybko się poprawił. Przyjechałysmy do niego z Olą około 15.00. Siedział na łóżku, wyglądał dobrze, rozmawialiśmy, a nawet żartowaliśmy. Ola się bawiła. Około 20.00 mąż namówił mnie, żebym wróciła z senną już córką do domu.

– Zanim wyszłyśmy, poprosiłam jedną z dyżurujących pielęgniarek, żeby koniecznie do mnie zadzwoniła, jeśli stan męża pogorszyłby się. Obiecała to zrobić, ale jeszcze się upewniła, czy ma dzwonić bez względu na godzinę. Zapewniłam ją, że bardzo o to proszę. Tuż po 22.00 położyłyśmy się z córką spać. Około 1 w nocy dotarli do nas siostra Henryka i jej mąż. Przyjechali z Gliwic. O 3.30 obudził nas telefon. Dzwoniono z hospicjum z wiadomością, że stan męża pogorszył się. Wszyscy czworo pojechaliśmy do hospicjum.

U męża zastałyśmy już ks. Jana. Powiedział, że Henryk odchodzi. Zapamiętałam, że ks. Jan miał tylko jedną skarpetkę – widać tak się spieszył, że zapomniał założyć drugą. Mąż był spokojny, ale już bez kontaktu. Pomodliliśmy się wspólnie, a ja zaczęłam opowiadać Oli, że teraz tata będzie na nas patrzył z nieba i stamtąd nam pomagał. Obecność Oli mobilizowała mnie, żeby zachowywać spokój. W pewnym momencie po policzku Henryka spłynęła jedna łza. Zrozumiałam, że umarł.

– Chociaż wewnątrz czułam rozdzierający ból, to na zewnątrz byłam spokojna. Zadzwoniłam do teściowej, żeby zawiadomić ją o śmierci Henryka.

*

– Na dzień przed śmiercią Marek od samego rana dopytywał się, dlaczego nie pakuję nas do podróży. Rzeczywiście, na ten dzień przypadał termin naszej wizyty w Olsztynie, gdzie podawano mężowi zastrzyki. O wyjeździe nie było jednak mowy, Marek był już tak słaby, że mógłby nie przeżyć podróży. – Jego gotowość do wyjazdu, czyli dalszej walki o życie w obliczu (czułam to wewnętrznie) bardzo już bliskiej śmierci, kompletnie mnie rozbiła – wspomina Wioleta.

Tamtego dnia moja mama, która – podobnie jak cała moja rodzina – bardzo nam w tamtym czasie pomagała – ugotowała na obiad zupę kalafiorową. Podałam ją Markowi, a on tak jadł, jakby już więcej nigdy nie miał jeść – nie mogłam patrzeć, wyszłam z pokoju. Zadzwoniłam do ks. Jana. Był w podróży, jednak obiecał, że po powrocie przyjedzie do nas. Uspokoiło mnie to nieco. Ciepło, ale także wiedza i rzeczowość ks. Jana zawsze pomagały mi odnaleźć się w trudnych i nieprzewidywalnych sytuacjach, jakie przynosiła choroba męża. Ksiądz Jan przyjechał późnym popołudniem. Po wyjściu od Marka spojrzał mi w oczy i powiedział, że to już nie są dni, ale godziny.

– Tomek, nasz dziewiętnastoletni syn, był w domu. Ośmioletnia Marianka od tygodnia była u mojej siostry. Chyba czuła, że zbliża się śmierć, bo zanim tam pojechała, każdego dnia długo przesiadywała w pokoju taty, a kiedy w końcu zaganiałam ją do łóżka, nie mogła zasnąć. Poprosiłam siostrę, żeby przywiozła córkę. Mała biegała wokół łóżka, zagadywała Marka, jakby swoją dziecięcą krzątaniną i paplaniną wokół chorego taty chciała odgonić śmierć.

– Zadzwoniłam też do rodziny, żeby – jeśli chcą – przyszli się pożegnać. Następnego dnia zawiadomiłam chłopaków z rybackiego kutra męża. Powiedziałam, że to już. Właśnie wpłynęli do portu. Poszli tylko się przebrać i zaraz byli u nas. Marek był w letargu, oni jednak nie zważając na to, opowiadali o połowie, o tym, co dzieje się u chłopaków z innych kutrów. Co chwila któryś wychodził na papierosa. Kiedy się żegnali, mieli łzy w oczach i drżały im ręce. Po ich wyjściu przyszedł Tomek, siedział przy mężu, wziął go za rękę. Była sobota 20 sierpnia. Śmierć przyszła niemal dokładnie w tym czasie, który poprzedniego dnia wieczorem zapowiedział ks. Jan. Zadzwoniłam do zakładu pogrzebowego i razem z synem czekaliśmy aż przyjadą po męża.

Jeszcze przed śmiercią taty dołączyłam do grupy dzieci, którym umarło jedno z rodziców – opowiada Marianna. – Hospicjum zorganizowało dla nas naukę jazdy konnej. Rozumiałam, że tata jest bardzo chory. Czułam, że może umrzeć. Zresztą przygotowywała mnie na to pani Hania Ukleja, psycholog z puckiego hospicjum.

Pogrzeb

– Nie byłam przy śmierci taty, ale mama pozwoliła mi wybrać dla niego trumnę. Wymyśliłam, że będzie ze złotą poduszką, czyli piękna i wyjątkowa. Chciałam w ten sposób wyrazić moją miłość do niego – opowiada Marianna.

– Do zakładu pogrzebowego poszłam z synem, mamą, siostrą i rodziną męża – wspomina Wioleta. – Pracownicy powiedzieli nam, że raczej nie powinniśmy oglądać już zwłok męża, bo są w bardzo złym stanie. – Nie róbcie mi tego – prosiłam. I uprosiłam. Mogliśmy go ostatni raz zobaczyć. Włożyłam mu do trumny – jak to jest w naszych stronach w zwyczaju – grzebień, chusteczkę, jego książeczkę do nabożeństwa, którą dostał przy Pierwszej Komunii, i zeszycik z sudoku, które bardzo lubił rozwiązywać. Marianki ze sobą nie zabraliśmy, chociaż bardzo chciała. Uważałam, że to nie będzie dla niej dobre. Zrobiłam zdjęcia Markowi i powiedziałam córce, że pokażę jej, jak trochę podrośnie.

– Widziałam już te zdjęcia – opowiada Marianna. – Wywołały smutek, ale też dobre wspomnienia z tatą. Wspólne chodzenie na grzyby, wyjścia do wesołego miasteczka. Na tych zdjęciach miał bardzo szczupłą twarz, ja pamiętałam, że była pełniejsza.

*

– Nigdy nie uczestniczyłam w spotkaniach męża z ks. Janem, ale z tego, co o Henryku mówił podczas kazania na Mszy pogrzebowej, wiem, że musieli rozmawiać szczerze i głęboko – opowiada Lucyna. – Taki był ks. Jan, miał dar otwierania ludzi, jakby do każdego miał właściwy klucz. Byłam zdziwiona i wzruszona, kiedy podczas kazania usłyszałam: „Śp. Henryk pochodził ze Śląska. To jego mała ojczyzna, porzucił ją jednak i poszedł za – jak mi opowiadał – miłością swojego życia, czyli Lucyną. I dotarł tu – aż na wybrzeże Bałtyku. Tu stworzyli razem z Lucyną, a potem z ich córeczką, Olą, rodzinę. Niestety, pojawił się rak. Nawet on jednak nie odebrał im siebie. Przeciwnie, do końca byli razem. W nocy z 16 na 17 lipca, kiedy Henryk był już w drodze do Pana, były przy nim jego ukochane – żona i córka”.

*

– A ja prawie nic nie pamiętam z Mszy pogrzebowej Marka – opowiada Wioleta. – Jedynie to, że potem rodzina, która ks. Jana nie znała (nie był jeszcze sławny), była nim zachwycona i pytali, skąd ja takiego wspaniałego księdza wytrzasnęłam. Jak powiedziałam, że z hospicjum, bardzo się dziwili. Dla wielu hospicjum to miejsce budzące lęk, kojarzące się z umieralnią i bardzo smutnymi ludźmi.

Życie po

– Bez pomocy hospicjum nie dalibyśmy rady. Byli zawsze, kiedy ich potrzebowaliśmy – opowiada Wioleta. Zanim mąż umarł, Ania Jochim-Labuda, dziś prezes hospicjum, zaproponowała, żeby Marianka dołączyła do grupy dzieci w żałobie, które raz w tygodniu spotykają się na nauce jazdy konnej. W tych spotkaniach towarzyszyła dzieciom Hania Ukleja – hospicyjna psycholog, a także wolontariusze. Wcześniej pomagała nam też Magda Mikulska – inna hospicyjna psycholog. To ona i Agnieszka Jasińska, także psycholog, prowadziły grupę wsparcia współmałżonków w żałobie. Taka grupa to świetny pomysł, bo stanowi wielką pomoc dla tych, którzy pochowali kogoś bliskiego. Uczestniczyłam w kilku spotkaniach. Niestety, kiedy po śmierci Marka wróciłam do pracy, musiałam z tych spotkań zrezygnować, bo nie dało się ich pogodzić z moim zmianowym systemem pracy.

– Nieformalna grupa wsparcia zawiązała się podczas konnej jazdy dla dzieci. Dzieciaki uczyły się, bawiły, a my w swoim gronie, kilka wdów i jeden wdowiec, (no i początkowo Wioleta, jeszcze niedoszła wdowa) mieliśmy swoje spotkania i rozmowy – opowiada Lucyna. – Wcale cały czas nie rozmawialiśmy o chorobach czy śmierci. Oczywiście, wspominaliśmy naszych zmarłych, ale głównie mówiliśmy o naszych codziennych sprawach, radziliśmy się siebie nawzajem.

Dla mnie już samą pociechą były spotkania z ludźmi, którzy przeżyli to samo, co ja. Po śmierci Henryka bardzo źle się czułam, miałam początki depresji, wszystko wydawało się bezsensowne – opowiada Lucyna. – Często musiałam zmuszać się, żeby przyjechać na zajęcia z Olą. Jechałam, chociaż wolałabym się ukryć w ciemnym pokoju i szlochać w poduszkę z tęsknoty, poczucia krzywdy, lęku o samotną przyszłość. Jechałam jednak ze względu na dziecko, a poza tym spotykałam tam ludzi, którzy jakoś sobie z bólem radzą, więc myślałam, może i ja w końcu dojdę to takiego etapu. Nie wiem, czy czas leczy rany, na pewno pomaga w końcu zająć się tym, co tu i teraz, a potem spojrzeć w przyszłość. Takie trudne doświadczenia potrafią połączyć ludzi na lata. Nadal mam kontakt z Wioletą, a Ola z jej córką Marianką.

– Nigdy nie uczestniczyłam w spotkaniach męża z ks. Janem, ale z tego, co o Henryku mówił podczas kazania na Mszy pogrzebowej, wiem, że musieli rozmawiać szczerze i głęboko – opowiada Lucyna. – Taki był ks. Jan, miał dar otwierania ludzi

– Żałoba ma swoje etapy – mówi Hanna Ukleja. – Trzeba przejść je wszystkie. Oczywiście każdy ma swoje tempo. Nieprzepracowana żałoba z całą pewnością boleśnie zaciąży na życiu człowieka, który chciał ją ominąć.

Ks. Jan Kaczkowski sam wspierał osoby w żałobie. Ludzie się do niego garnęli, a on chętnie się z nimi spotykał, czy choćby rozmawiał przez telefon. Cieszył się też bardzo, kiedy w jego hospicjum zawiązała się pierwsza grupa wsparcia dla osób w żałobie, tym bardziej, że Kaszubi to ludzie skryci, na zewnątrz dość szorstcy, nieskorzy do zwierzeń. Dziś też taka grupa w puckim hospicjum istnieje.

– Wszyscy bardzo się cieszyliśmy, że osoby w żałobie chcą wspierać siebie nawzajem – mówi Hanna Ukleja. – Jedna z kobiet, która świeżo pochowała męża, wciąż potrzebowała o nim mówić. Jasne, że przy tym płakała. Wydawało się, że tych łez jest w niej ocean, że nigdy się nie skończą. Jedni płakali razem z nią, inni słuchali ze zrozumieniem i współczuciem. I opowiadali o swoich zmarłych i o samych sobie, także o dzieciach. Pośród nich byli tacy, którzy swoje łzy już wypłakali, którzy odnajdywali odwagę i siłę, żeby uwagę z przeszłości przenosić na teraźniejszość, a nawet spojrzeć z nadzieją w przyszłość. Tamta pani patrzyła na nich z niedowierzaniem, ale i nadzieją, że ból w końcu nie będzie aż tak bolał. I mówiła przez łzy: „Jak ja chciałabym być już w tym miejscu, gdzie wy jesteście”.

Hasło „Hospicjum to też życie” nie jest pustym sloganem. W hospicjum nie tylko walczy się o każdą minutę, każdą sekundę życia pacjenta – i o to, żeby zapewnić jak najwyższą jakość życia w chorobie – ale też otacza się opieką jego rodzinę. Również po śmierci chorego, bo życie jego najbliższych, chociaż pełne bólu z powodu utraty ukochanego człowieka, nadal trwa.

– Tu widać, jak sensowna jest idea opieki hospicyjnej, która nie kończy się wraz ze śmiercią pacjenta – mówi Hanna Ukleja. Oprócz grup wsparcia osób w żałobie dla dorosłych, opieką otaczamy również dzieci, którym zmarło jedno z rodziców. W praktyce oznacza to spotkania z okazji Bożego Narodzenia, dnia dziecka i zakończenia roku szkolnego – wspólne świętowanie, podarunki. – Ale spotykamy się nie tylko od święta. Organizujemy pikniki na terenie hospicjum, są śpiewy, ognisko i grillowanie, raz pobliska stadnina wypożyczyła nam kucyka – kolejka maluchów do przejażdżki nie miała końca. Mieliśmy też wyprawę do pobliskiej Krokowej, gdzie zostaliśmy oprowadzeni po zamku, również jego piwnicach, co bardzo pobudziło wyobraźnię dzieci. A potem zaproszono nas do niezwykle eleganckiej zamkowej restauracji na pyszny podwieczorek, w którym towarzyszył nam szef zamkowej kuchni. Ktoś z pracowników hospicjum, wolontariuszy albo z zewnątrz rzuca pomysł, a my go podchwytujemy. Bo hospicjum to miejsce, które wydobywa z ludzi wiele dobra. Zgłaszają się do nas osoby bezinteresownie proponujące różnoraką pomoc i działania na rzecz hospicjum.

Kilka lat temu przyszedł pan z siodłem i zaproponował, że chętnie będzie uczył dzieci jazdy konnej – opowiada Hanna Ukleja. – W pobliskich Smolnie i Rzucewie stadniny użyczyły nam koni i ósemka dzieci, których rodzice byli pacjentami puckiego hospicjum, przez dziewięć miesięcy uczyła się jazdy konnej. To była dla nich wielka frajda. Dobrze im było wspólnie podczas tych zajęć, zżyły się nie tylko z końmi – dzieci konie pielęgnowały, karmiły, przytulały się do nich – ale także ze sobą nawzajem.

– Bez pomocy hospicjum nie dalibyśmy rady. Byli zawsze, kiedy ich potrzebowaliśmy – opowiada Wioleta

Ola i Marianna bardzo ciepło wspominają tamten czas nauki konnej jazdy i spotkań w gronie innych dzieciaków w hospicjum. Przypominają również inne organizowane przez hospicjum spotkania: pikniki, wyjście na kręgle, a szczególnie wyjazd do Rzymu. Podróże osieroconych dzieci do Rzymu wymyślił ks. Jan. Zanim zachorował, jeździli wspólnie.

– Wiadomość o chorobie ks. Jana to był grom z jasnego nieba – wspomina Hanna Ukleja. – Diagnoza: glejak IV stopnia i rokowania: 6 miesięcy życia zmroziły nas. Mnie samej towarzyszyło niedowierzanie, smutek i złość, że kolejny raz los tak srodze księdza doświadcza. Ale nad tym wszystkim górowała nadzieja, że zdarzy się cud.

– Dowiedziałam się na Mszy świętej pewnej niedzieli latem 2012 r. Ks. Jan głosił u nas we Władysławowie kazania – opowiada Wioleta. Widać było, że dzieje się z nim coś niedobrego, był mocno opuchnięty. W pewnym momencie powiedział o swojej chorobie. Podeszłam do niego potem, żeby się przywitać i choćby słowem go wesprzeć, ale się rozpłakałam.

– Trudno było się z tą chorobą ks. Jana pogodzić – mówi Lucyna. – Taki wspaniały, potrzebny człowiek.

– On nawet, kiedy był już chory, zawsze najpierw troszczył się o innych – dodaje Marianna. – Podziwiałam go.

– Znać go to był zaszczyt – mówi Wioleta. – Zaszczytem jest też znać ludzi pracujących w puckim hospicjum.

Podróż

Z grupą, która ruszyła do Rzymu w marcu 2013 r., ks. Jan nie pojechał. Wprawdzie wracał już (był po drugiej operacji mózgu) do pracy w hospicjum, ale taka podróż w tamtym czasie była niemożliwa.

– To był nasz pierwszy (i dotąd jedyny) wyjazd za granicę – opowiada Lucyna. – Był marzec, Ola miała 7 lat i dzielnie maszerowała przez Rzym.

– Tam było bardzo pięknie – opowiada Ola. – Trochę bolały mnie nogi od długiego chodzenia, ale nie marudziłam, bo chciałam zobaczyć jak najwięcej. Do dziś pamiętam smak pysznej włoskiej pizzy, którą poczęstował nas ambasador Polski przy Watykanie pan Piotr Nowina-Konopka, przyjaciel rodziny ks. Jana. I smak włoskich lodów. Nigdy wcześniej tak dobrych lodów nie jadłam.

Dla Marianny podróż do Rzymu również była pierwszym w życiu wyjazdem za granicę. – Wszystko mi się tam podobało – opowiada Marianna. – A najbardziej papież Franciszek.

– Podczas środowej audiencji papież przeszedł dosłownie metr obok nas – dodaje Wioleta. – Po Rzymie oprowadzał nas ks. Krystian Kletkiewicz. Pokazał nam miejsca, do których turyści często nie mają dostępu. Mocno zapadł mi w pamięć moment, kiedy stanęliśmy przy ogromnej metalowej bramie, a ks. Krystian zachęcił, byśmy spojrzeli przez dziurkę od klucza. Spojrzałam i zobaczyłam bazylikę św. Piotra w całej okazałości i szpalery cyprysów po obu jej stronach – wszystko w promieniach wiosennego słońca. Zaskakujący piękny widok.

Dla Hanny Uklei jednym z piękniejszych zdarzeń podczas rzymskiej podróży była Msza Święta odprawiona w katakumbach. – Modliliśmy się o zdrowie dla ks. Jana i za naszych bliskich zmarłych – opowiada. – I przywołuje inne jeszcze wspomnie: Któregoś z tamtych naszych rzymskich wieczorów zebraliśmy się na pogaduchy w jednym z naszych hotelowych pokoi. Maluchy babachały się po łóżku, na którym siedziałam. Siedmioletnia Ola przytuliła się do mnie, a niebawem z drugiej strony próbowała usadowić mi się na kolanach dziesięcioletnia Kinga. Starałam się sprostać sytuacji i obie obdarzyć czułością, ale Ola niezadowolona zawołała: „Czemu się wpychasz, ja byłam pierwsza!”. Na to Kinga: „Bo ja nie mam mamy!”. „Jak to nie masz mamy?!” – twarz Oli wydłużyła się ze zdumienia. „A właśnie, że nie mam” – dowodziła Kinga. Ola nie mogła uwierzyć, ona straciła tatę, ale mamę miała blisko, również tu w Rzymie. Wyjaśniłam więc: „Widzisz, Olu, ty nie masz taty, a Kinga nie ma mamy – jej mama ciężko zachorowała i umarła”. Ola zamyśliła się na chwilę, po czym odsunęła ode mnie i zrobiła miejsce Kindze, żebym mogła ją całą objąć i przytulić.

– Ola uwielbiała panią Hanię Ukleję, cieszyła się na każde z nią spotkanie – opowiada Lucyna. – Pani Hania ma w sobie ogromne pokłady ciepła i czułości. Ola i inne dzieci dobrze to wyczuwały i bardzo do pani Hani lgnęły. A ona odpowiadała im uważnością i serdecznością.

– To wielka radość zobaczyć uśmiech na twarzy dziecka, które przeżyło tragedię, jaką jest śmierć któregoś z rodziców – opowiada Hanna Ukleja. – Ten uśmiech wywołują nie tylko wielkie, ale i małe rzeczy: wspólne szaleństwa w parku linowym, wyjazd do dalekiej z naszej perspektywy Warszawy, ale też po prostu wypad do kina. Ważne jest spotkanie. Oczywiście cieszymy się, kiedy uda się nam zorganizować dla dzieci coś bardzo wyjątkowego, np. wyjazd do Danii do Legolandu. Byliśmy tam w 2015 r. Nasza hospicyjna kuchnia przygotowała nam wiktuały. Sami więc przygotowywaliśmy sobie posiłki. Dania to kosztowny kraj, a my te podróże w całości finansujemy. Rodzin naszych dzieci nie byłoby na nie stać.

Rodzice są wdzięczni, że dzieci mogą, dzięki tym różnym wyjazdom i spotkaniom, oderwać się od codzienności. Dziękują osobiście, piszą listy, dzwonią. Jedna z mam, sama po śmierci męża wychowująca trójkę dzieci, w dowód wdzięczności postanowiła co miesiąc wpłacać na rzecz hospicjum 50 zł. Przy jej bardzo skromnym budżecie to niełatwe zobowiązanie i tym bardziej wymowne.

To piękne doświadczenie obserwować, jak wiele potrafią dać sobie nawzajem ludzie doświadczeni utratą najbliższych. I jak życie samo w sobie chce być kochane – mówi Hanna Ukleja.

Tekst ukazał się w kwartalniku „Więź” wiosna 2019

Więź, wiosna 2019