Nie znajdą dla siebie wiele w tej poezji posiadacze prawdy, i to po obu stronach barykady; ci „zamknięci” w kościołach i dogmatach niczym w twierdzach oraz ci trzymający się z dala od metafizyki, stereotypowo uznający, że wiara jest czymś irracjonalnym.

Były między nimi różnice. Miłosz i Różewicz spierali się przez lata o źródła pochodzenia zła, nie szczędzili sobie w wierszach mniejszych lub większych złośliwości, inaczej też podchodzili do kwestii możliwości języka, który podejmował metafizyczne zagadnienia. Miłosz – choć zauważał, że „katolickie dogmaty są jakby o parę centymetrów za wysoko” – pisał o teologicznych zagadnieniach wprost, bo „pierwsze ma być pierwsze”. Różewicz uważał natomiast, że TO jest niewyrażalne, niemożliwe do ukazania, pozostaje nam zatem położyć „palec na ustach”.

Połączyła ich niechęć do metafizycznej ignorancji. Zarówno dla Miłosza, jak i Różewicza ważniejsze od prostych deklaracji i manifestacji stawało się to, czy metafizyka jeszcze zajmuje ich odbiorców, czy też są już na nią obojętni (jeśli tak, to – jak prognozował Witkacy – zbliżamy się do katastrofy), a to znacznie subtelniejsze rozróżnienie niż proste „wierzę czy nie wierzę”. Podobne funkcjonuje obecnie w teologii. Jak wyjaśnia Tomáš Halík: „dziś ‒ niejako w miejsce rozróżnienia na wierzących i niewierzących (albo dokładniej mówiąc: ludzi, którzy uważają się za wierzących, i tych, którzy się uważają za niewierzących) ‒ wchodzi jeszcze bardziej podstawowe rozróżnienie na seekers (poszukiwaczy) i dwellers (zadomowionych). Tych pierwszych przybywa, tych drugich ubywa”.

Mam nieodparte wrażenie, że nie znajdą dla siebie wiele w tej poezji posiadacze prawdy, i to po obu stronach barykady; ci „zamknięci” w kościołach i dogmatach niczym w twierdzach oraz ci trzymający się z dala od metafizyki, stereotypowo uznający, że wiara jest czymś irracjonalnym. Wnioski, do których dochodzili w swoich refleksjach Miłosz i Różewicz, są niewygodne dla obu tkwiących w samozadowoleniu grup. Formułowali je zresztą pod koniec wieku dwudziestego – tego samego, który brutalnie zachwiał naiwnym przekonaniem o dobroci ludzkiej natury i który odesłał na śmietnik historii naiwną koncepcję, że Opatrzność zawsze i wszędzie zapewni sprawiedliwemu szczęśliwe życie.

Połączyła ich niechęć do metafizycznej ignorancji. Zarówno dla Miłosza, jak i Różewicza ważniejsze od prostych deklaracji stawało się to, czy metafizyka jeszcze zajmuje ich odbiorców

Sama wiara jest według poetów trudno uchwytna, niejednoznaczna, dynamiczna, a linia dzieląca ją od zwątpienia pozostaje cienka i przebiega wewnątrz człowieka. „Jedynie wątpiący pozostaną wierni” – zapisywał noblista w „Odzie na 80. urodziny Jana Pawła II”.

Wyrażona w „Traktacie teologicznym” krytyka wobec polskich współwyznawców, którzy „lubili słowa / kościelnego obrzędu ale nie lubili teologii”, dla których maryjne „sanktuaria służą / umacnianiu narodowej ułudy i uciekaniu się pod / Twoją obronę, pogańskiej bogini, przed najazdem / nieprzyjaciela”, sąsiaduje jednak z wyznaniem: „ale jest mi dobrze w modlącym się tłumie. / Ponieważ oni wierzą, pomagają mi wierzyć / w ich własne istnienie, istot niepojętych”.

Miłosz stawia sprawę jasno: „Ktokolwiek uważa za normalny porządek rzeczy / w którym silni triumfują, słabi giną, a życie kończy się / śmiercią godzi się na diabelskie panowanie” („Traktat teologiczny”). Odrzucenie zatem wiary, czy szerzej: metafizycznego wymiaru życia – powtórzmy to jeszcze raz – nigdy nie jest niewinne czy błahe, warto o tym pamiętać. Możemy i powinniśmy zrezygnować z kościółkowego języka i naiwnych obrazów, które on ze sobą niesie. Ale niewskazane – zdaniem noblisty – jest pozbywanie się od razu całej sfery, do której ten język nieudolnie próbuje się odnosić.

Fragment tekstu, który ukazał się w najnowszym numerze kwartalnika „Więź”, jesień 2019

Kup tutaj