Poczucie bycia ofiarą uprawomocnia nasze uprzedzenia, legitymizuje agresję wobec obcych – mówi Michał Bilewicz, kierownik Centrum Badań nad Uprzedzeniami Uniwersytetu Warszawskiego.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 2-3/2010.

Katarzyna Jabłońska: Czy słuszna jest intuicja, że obecnie łatwiej i chętniej widzimy siebie w roli ofiary?

Michał Bilewicz: Ten, kto znalazł się w sytuacji ofiary, doświadcza cierpienia, a na dodatek otoczenie postrzega go jako kogoś niekompetentnego i niezaradnego. Liczne badania potwierdzają również, że skłonni jesteśmy sądzić, iż cierpiący jakoś sobie na swój los zasłużyli, w związku z tym ich obecna sytuacja jest uzasadniona. Zasadniczo więc znalezienie się w sytuacji ofiary nie jest specjalnie korzystne, chyba że kultura czy religia tę pozycję faworyzuje.

Czasami ktoś dobrowolnie wybiera pozycję ofiary. Wszystkie obiektywne przesłanki mówią, że nie ma podstaw, a jednak wchodzi w taką rolę, często zresztą w sposób podświadomy. Skąd taka potrzeba?

 – Pewnie stąd, że jest to dosyć wygodna pozycja negocjacyjna. Jeżeli wywołam w kimś lub jakiejś grupie poczucie winy, mogę liczyć na to, że te osoby zechcą wyrządzone mi zło wynagrodzić. To atrakcyjna sytuacja dla odbiorcy zadośćuczynienia, ale powody dobrowolnego wchodzenia w rolę ofiary mogą być również inne. Weźmy przypadek Binjamina Wilkomirskiego, który w 1995 roku w książce „Bruchstücke” opisał swoje doświadczenia z czasów Holokaustu, kiedy to jako żydowskie dziecko przeżył gehennę, przechowywany przez polskich chłopów, a później więziony na Majdanku i w Auschwitz. Tymczasem historycy dowiedli, że pisarz okres wojny spędził w Szwajcarii, a jego wspomnienia okazały się fikcją. Tworząc swoje dzieło, Wilkomirski zatracił się do tego stopnia, że w ramach kreacji artystycznej przyjął biografię ofiary jako własną.

Trzeba jednak wyraźnie odróżnić subiektywne poczucie bycia ofiarą od sytuacji obiektywnej, kiedy ktoś rzeczywiście stał się ofiarą przemocy, zbrodni lub kataklizmu. O ile bycie prawdziwą ofiarą do pewnego stopnia wiąże się z pozytywną zmianą w życiu człowieka, który przeżył traumę, o tyle dobrowolne przyjmowanie roli ofiary już takie dobre nie jest. To drugie często bywa wynikiem zamierzonej strategii, np. chęci zajęcia korzystnej pozycji w konflikcie.

ŻYĆ PO TRAUMIE

Na czym opiera się twierdzenie, że trauma może mieć pozytywny wpływ na życie tych, którzy ją przeżyli?

– W badaniach PTSD, czyli zespołu stresu potraumatycznego, od dziesięcioleci koncentrowano się na negatywnych konsekwencjach traumy. W latach dziewięćdziesiątych nastąpił przełom – zaczęto poszukiwać pozytywnych konsekwencji traumy. Wielu badaczy (np. Richard Tedeschi) wskazuje na zjawisko nazywane wzrostem potraumatycznym. Badacze ci zauważyli, że po doświadczeniu traumy stajemy się lepsi, wchodzimy w znacznie bardziej udane związki interpersonalne, redefiniujemy nasze przyjaźnie, przywiązujemy się do wartości, które są dla nas ważne i staramy się konsekwentniej wcielać je w życie. Z tego wniosek, że po traumie życie staje się bardziej sensowne. Potwierdzają to liczne badania przeprowadzone pośród ofiar wojen, kataklizmów, ciężkich chorób takich jak nowotwór czy zawał. Badania te pokazały, że wzrost potraumatyczny bywa silniejszy niż negatywne konsekwencje traumy.

Istnieją różne wyjaśnienia, dlaczego tak się dzieje. Wydaje się, że najlepszym z nich jest potrzeba odzyskania kontroli. Sytuacja, w której stajemy się ofiarą, jest doświadczeniem krańcowej utraty kontroli nad własnym życiem. A właśnie kontrola nad własnym życiem należy do najbardziej podstawowych potrzeb człowieka. Utrata kontroli oznacza, że tracimy wpływ na to, co się z nami dzieje, nasze działania przestają być skuteczne. Różnie możemy sobie z takim doświadczeniem radzić: możemy np. obarczać się winą za to, co się stało. Taka strategia nie jest korzystna dla wizerunku samych siebie, zatem tylko pogarsza nasze samopoczucie i stan psychiczny. W takiej sytuacji najlepiej znaleźć kogoś, komu możemy pomóc albo z kim możemy się związać. Myślimy sobie: „Skoro w tamtej sytuacji nie mogłem pomóc sobie, to może przynajmniej potrafię pomóc innym ludziom”. Dzięki temu nadajemy naszemu życiu sens i odzyskujemy poczucie kontroli nad nim. Wymuszoną bezradność przemieniamy w zaradność.

Po doświadczeniu traumy stajemy się lepsi, wchodzimy w znacznie bardziej udane związki interpersonalne, redefiniujemy nasze przyjaźnie, przywiązujemy się do wartości, które są dla nas ważne

Zjawisko to opisała Johanna Vollhardt, psycholożka z Uniwersytetu Clark, nazywając je „altruizmem zrodzonym z cierpienia”. Pokazała na poziomie indywidualnym i grupowym, że istnieje pewien specyficzny rodzaj pomagania, który wynika z doświadczenia własnego cierpienia i traumy. To nowe odkrycie, bo koncentrując się na negatywnych konsekwencjach traumy, uznawaliśmy dotąd, że ofiary bardziej skłonne są do zamykania się w sobie niż otwierania na innych. Tymczasem okazuje się, że w wyniku traumatycznych przezyć zdecydowanie wzrasta potrzeba zachowań altruistycznych.

Ale mamy także przykłady tych, którzy z ofiar przemieniali się w krzywdzicieli.

– Jeden z licznych takich przykładów to historia Salomona Morela, który w czasie wojny sam ukrywał się przed Niemcami, a potem jako nadgorliwy pracownik administracji więziennej stał się oprawcą Niemców w obozie Zgoda w Świętochłowicach. Sytuacja, w której w sposób fundamentalny tracimy kontrolę nad własnym losem – np. nie z naszej winy rozpada się nasz związek albo tracimy pracę w sposób zupełnie niekontrolowany, bo w wyniku kryzysu gospodarczego – powoduje, że rodzi się w nas potrzeba odzyskania kontroli. Szukamy wówczas wsparcia w grupie, stajemy się najbardziej krańcowymi wyznawcami naszej ideologii, jeśli tylko obiecuje ona szansę na odzyskanie kontroli.

Badania, które prowadzimy z prof. Immo Fritsche w Polsce i w Niemczech wykazują, że ludzie tracący kontrolę nad własnym losem częściej wyznają poglądy autorytarne aniżeli reszta populacji. Osoby doświadczające ekstremalnej utraty kontroli, ofiary czystek etnicznych albo działań wojennych, stają się nieraz najgorliwszymi wyznawcami swoich ideologii. Być może właśnie w tym tkwi wyjaśnienie historii Salomona Morela i podobnych. Warto dodać, że nasileniu się agresji wobec obcych może towarzyszyć większe staranie się o pogłębianie związków z bliskimi, nawiązywanie dużo lepszych przyjaźni itd. Jednak badania pokazują, że ofiary bardziej skłonne są do altruizmu niż agresji.

Zatrzymajmy się jeszcze przez chwilę na mechanizmach, które wyzwalają u ofiary czy też tego, kto wchodzi w rolę ofiary negatywne reakcje. Czy ciemnej strony bycia ofiarą nie odsłania sukces Hitlera i jego ideologii?

– To prawda – propaganda nazistowska podkreślała, że Niemcy są ofiarą krzywdzących ustaleń Traktatu Wersalskiego i ofiarą kryzysu gospodarczego, który był przedstawiany nie jako zjawisko globalne, ale jako efekt działań konkretnych ludzi. Ważnym symbolem w tej propagandzie była postać Walthera Rathenaua, którego biografia w pewien sposób uosabiała obie te niemieckie porażki. Rathenau był Żydem i naziści skrzętnie to wykorzystywali w swojej propagandzie. Wskazanie osoby bądź grupy ponoszącej odpowiedzialność za to, że staliśmy się ofiarami, ma fundamentalny wpływ na to, jak będziemy sobie z tym problemem radzić. Najprawdopodobniej będziemy popierać tych, którzy pokazali nam, że jesteśmy ofiarami i realizować podsunięty przez nich program naprawczy. W koncepcji Hitlera jednym z punktów tego programu była zemsta na krzywdzicielach. A ponieważ równolegle następowało wychodzenie z kryzysu gospodarczego i wzrost potęgi militarnej Niemiec. Można było zasugerować, że dzieje się tak właśnie dlatego, iż wykluczani są Żydzi. Zbudowano więc stereotyp Żyda jako osoby wybitnie kompetentnej i źle do Niemców nastawionej, osoby, która za wszelką cenę chce skrzywdzić niemieckiego człowieka. Wszystko to z pewnością zaktywizowało poparcie Niemców dla polityki hitlerowskiej.

Do tego protestanckie wychowanie…

– … które w swoim tradycyjnym wydaniu kształtowało skłonność do podporządkowywania się roli autorytarnej jednostki. A utrata kontroli (bezrobocie, kryzys, doświadczenie militarnej porażki) tylko ten autorytaryzm wzmacniały.

MIĘDZYPOKOLENIOWE EFEKTY TRAUMY

Czy z tego można wysnuć wniosek, że do bycia ofiarą dziecko można wychować?

– Na pewno można przekazać dziecku niepewność co do natury świata, lękliwość przed światem. Osoby, u których stwierdzono zespół stresu potraumatycznego, są dosyć często chłodne emocjonalnie, zwykle bardzo boją się o swoje dzieci. To konsekwencja bardzo podstawowego zjawiska, jakim jest uświadomienie sobie własnej śmiertelności. Cały nurt eksperymentalnej psychologii egzystencjalnej pokazuje, że wzbudzenie myśli o śmierci powoduje, że ludzie znacznie częściej myślą o tym, żeby mieć potomstwo, znacznie bardziej zaczynają się niepokoić o jego los, znacznie mocniej przywiązują się do wartości swojej grupy, która w pewnym sensie jest symbolicznym przedłużeniem egzystencji. Dzieci wychowane w takim domu oczywiście funkcjonują inaczej niż ich rówieśnicy.

Czyli rodzice z zespołem stresu potraumatycznego mogą przekazać dziecku coś w rodzaju skryptu ofiary, który dziecko może potem w swoim życiu zrealizować?

– Mogą, ale ten problem jest dużo bardziej złożony. Wiele pisze się o drugim, a nawet i trzecim pokoleniu PTSD. Moja studentka, Zuzanna Kastelaniec, badała objawy typowe dla zespołu stresu potraumatycznego u polskich i francuskich Żydów. Badaniem objęliśmy pokolenie wnuków świadków i ofiar Holokaustu. Okazało się, że objawy typowe dla zespołu stresu potraumatycznego u najmłodszych polskich i francuskich Żydów wynikają w większym stopniu z identyfikacji z grupą, czyli z tego jak silnie czują się oni związani ze społecznością żydowską, a w mniejszym stopniu z faktycznym stopniem traumatyzacji ich własnych rodzin. Wynik ten sugeruje, że doświadczenie bycia ofiarą może wynikać bardziej z przynależności do konkretnej grupy lub chęci identyfikacji z nią niż z faktycznych doświadczeń naszych przodków.

Kiedy żałujemy losu ofiar, jesteśmy skoncentrowani na nich, a nie jak w przypadku winy na samych sobie

Badania przeprowadzone przez Daniela Bar-Tala w Izraelu pokazują jak silne jest tam budowanie tożsamości na cierpieniach własnego narodu, na poczuciu bycia ofiarą. Daniel Bar-Tal nazywa to wręcz „mentalnością oblężonej twierdzy”, wszechobecną nie tylko w oficjalnych treściach nauczania, lecz również w kulturze masowej. W Polsce nieraz pisze się o tym, gdy wycieczki z Izraela, przyjeżdżające do naszego kraju, są zainteresowane niemal wyłącznie odwiedzeniem Oświęcimia, Majdanka, warszawskiego getta. Nie są ciekawe miejsc związanych z żywą Polską, czy choćby z wielowiekową historią społeczności żydowskiej w Polsce.

Wynika to ze specyficznej narracji narodowotwórczej, na której po części oparta jest współczesna izraelska tożsamość. W pewnym sensie wątek ten obecny jest również w diasporze, której tożsamość również w znacznym stopniu jest dziś definiowana przez kwestie związane z Zagładą. Gdy myślę o konsekwencjach tej narracji, to powiedziałbym wręcz, że jest to mroczna strona identyfikacji ze społecznością żydowską.

Czy ta mroczna strona identyfikacji z własną grupą narodową ujawnia się w sposób wyjątkowy właśnie u Żydów?

– Oczywiście, nie tylko. Badania psychologów w Irlandii Północnej pokazują, że tamtejszy konflikt opiera się na zjawisku zwanym competitive victimhood, czyli rywalizacji cierpień. Poczucie bycia ofiarą uprawomocnia nasze uprzedzenia, legitymizuje agresję wobec obcych. W sytuacji konfliktu grupy rywalizują, kto bardziej jest ofiarą. Ofiarom więcej się należy. Ireneusz Krzemiński wskazał na zjawisko rywalizacji cierpień jako na podłoże polskiego antysemityzmu. Moje niedawne analizy wykazały, że w tej sytuacji nie chodzi tylko o to, kto bardziej cierpiał: Polacy czy Żydzi. Ważniejsze w tym przypadku jest samo poczucie, że my w ogóle cierpieliśmy. Wizerunek naszej własnej grupy jako ofiar historii powodował, że odcinaliśmy się od cierpienia Żydów, powodował wzrost uprzedzeń wobec nich – ale też dystansował nas od innych grup.

Koncentracja na własnym cierpieniu czyni nas mniej empatycznymi?

– Więcej – osoby, które starają się pokazać, że należą do narodu ofiar, są mniej skłonne do odczuwania winy za krzywdy, których ich naród dopuścił się wobec innych. Mają również mniejszą gotowość do wybaczania zbrodni. Potwierdzają to badania prowadzone w Irlandii, Izraelu, a nawet Chile.

Przyjęcie takiej postawy sprawia, że pojednanie jest chyba niemożliwe?

– To prawda, a w wyjątkowo trudnej sytuacji są te grupy, które znajdują się w stanie aktualnego konfliktu. W przypadku Irlandii Północnej możemy obecnie mówić o zawieszeniu broni, ale tam absolutnie nie doszło do pojednania. Podobnie dzieje się w Izraelu. Pojednanie dwóch narodów, z których oba uznają się za ofiary, jest prawie niemożliwe – szczególnie wtedy, gdy po zbrodniach nie doszło do przekazania realnej władzy i statusu.

Dla psychologów jest to dość zaskakujące odkrycie, bo zwykle przynależność do wspólnej kategorii ułatwia pojednanie dwóch narodów (np. wtedy gdy jedni i drudzy są Europejczykami, stoją wobec tych samych wyzwań cywilizacyjnych, mają podobną kuchnię czy obyczaje). Z byciem ofiarami jest inaczej – ta wspólna kategoria raczej dzieli niż łączy. Dzieje się tak tym bardziej, kiedy obie grupy interpretują swoje cele maksymalistycznie, a z tym mamy do czynienia w przypadku konfliktu izraelsko-palestyńskiego. Niedawno Beniamin Netanjahu zaoferował Palestyńczykom wstrzymanie osadnictwa izraelskiego. Palestyńczycy nie chcieli jednak od Izraela jakiegokolwiek ustępstwa, dopóki nie zrealizowany zostanie ich podstawowy cel: uznanie statusu Jerozolimy jako stolicy palestyńskiej. To typowa sytuacja patu w negocjacjach dwóch narodów myślących o sobie jako o ofiarach. Tego typu przykłady można by mnożyć.

EFEKT ŚPIOCHA

Zafiksowanie na własnych celach uniemożliwia pojednanie, a koncentracja na własnym cierpieniu może uwalniać od winy i moralnie znieczulać…

– Zdarza się, że koncentracja na własnej traumie może zakłócać przetwarzanie informacji i nie pozwala dostrzec złożoności niektórych sytuacji. Izraelscy badacze, Yechiel Klar i Noa Schorri, badają orientację na cierpienie własnej grupy. Otóż ludzie, którzy szczególnie zorientowani są na cierpienia własnej grupy, znacznie rzadziej odczuwają winę. Ten mechanizm blokujący poczucie winy powoduje, że mogą dokonać rzeczy niegodziwych i nie widzą w tym problemu. Czyn taki nie wzbudzi w nich żadnych moralnych emocji, ponieważ skoncentrowani są na własnym cierpieniu, a nie cierpieniu w ogóle.

Gdy Izraelczykom zorientowanym na cierpienie własnej grupy podprogowo pokazywano swastykę, stawali się oni znacznie mniej czuli na cierpienia Palestyńczyków i wzrastało ich poparcie dla „jastrzębiej” polityki. Takie nieświadome wskazówki, przypominające nam o historii naszych cierpień nie są przecież rzadkie: jak często przypadkowo słyszymy w radio o Katyniu, widzimy na plakatach hitlerowskie mundury, przechodzimy koło pomników przypominających naszą martyrologię? A im bardziej sami czujemy się ofiarami, tym mniej możemy zaakceptować, że dziś bywamy też sprawcami.

Brak poczucia winy może prowadzić do wielkich nadużyć moralnych, ale zdarza się również, że poczucie winy bywa destrukcyjne w skutkach.

– Właśnie tak – badania, które prowadziliśmy z Rolandem Imhoffem w Niemczech i w Polsce pokazują, że wina nie jest dobrą emocją. Mierzyliśmy obecność emocji winy i żalu wobec ofiar, które ucierpiały na skutek działań członków grupy, do których przynależeli badani. Okazało się, że wina wpływa na chęć zadośćuczynienia, sprawia, że chętnie zgodzimy się uruchomić jakiś fundusz na pomoc dla ofiar, ale wina powoduje również, że nie chcemy mieć z ofiarami do czynienia. Chcemy zapłacić i mieć ich jak najdalej od siebie, ponieważ oni przypominają nam o naszych nieprzyjemnych emocjach. Zdecydowanie lepszymi emocjami są wstyd czy żal. Kiedy żałujemy losu ofiar, jesteśmy skoncentrowani na nich, a nie jak w przypadku winy na samych sobie. Chcemy poznać tych, którzy ucierpieli, spotkać się z nimi, nawiązać relacje.

Skoro zafiksowanie na cierpieniu własnej grupy bywa tak bardzo silnie, to co może je zmniejszyć?

– Warto wziąć przykład z Niemców, którzy potrafili dobrze przepracować swoją historię. W Polsce niemałe znaczenie miały np. debaty, wywołane książkami Jana Tomasza Grossa. Dyskusje wokół „Sąsiadów” i „Strachu” zmieniły opinię publiczną. Więcej osób zaczęło zdawać sobie sprawę, że Polacy byli nie tylko ofiarami. Książki Grossa u wielu wzbudzały duży opór, jednak po pewnym czasie zawarte w nich tezy zaczęły być przyjmowane. Zadziałał tu znany w psychologii „efekt śpiocha” polegającego na tym, że mamy skłonność do zapominania o źródle informacji, gdy tymczasem sama informacja, która obiła się nam o uszy, zostaje przyswojona. Jeżeli nawet starano się zdyskredytować źródło informacji, jakim były książki Grossa, to i tak zawarte w nich informacje w nas pozostały. Właśnie to może być sposobem na wyzwolenie z koncentracji na własnym cierpieniu. I może skłonić do myślenia, że inni też mogli cierpieć z naszego powodu – z polskich rąk ginęli przecież Ukraińcy w Pawłokomie, Niemcy w Łambinowicach, Świętochłowicach czy Aleksandrowie Kujawskim.

Istnieje obawa, że kiedy uznamy prawo sprawcy do tego, aby również – zgodnie z rzeczywistymi faktami – mógł poczuć się ofiarą, wtedy zdejmiemy z niego odpowiedzialność za zło, którego się dopuścił.

– Idealna byłaby sytuacja, w której obie strony stałyby na stanowisku, że nawet jeżeli sprawca był ofiarą, nie pomniejsza to jego sprawstwa. Gdy oddzielimy wyjaśnienie od oceny moralnej – sprawa będzie całkiem prosta. Weźmy np. udział niektórych Żydów w komunistycznym aparacie władzy w Polsce. Faktem jest, że przed wojną Żydzi nie byli dopuszczani do wielu zawodów i stanowisk, stąd ich sympatia do systemu komunistycznego, który gwarantował równy status z Polakami. To oczywiście trafne wyjaśnienie. Nie znaczy jednak, że mamy zawieszać ocenę moralną udziału w strukturach komunistycznej władzy.

Niedawno ujawnioną kolaborację Zgrupowania Stołpecko-Nalibockiego AK z Niemcami również można historycznie wyjaśnić reakcją na działania partyzantki radzieckiej. Nie powinno nas to jednak zwalniać z oceny moralnej tej kolaboracji. Z „rywalizacji cierpień” może nas też uwolnić bardziej zróżnicowane postrzeganie aktorów historycznych. Warto podkreślać wszystkie te „wyjątki od reguły”, które pokazują, jak różne mogą być zachowania ludzi wystawionych na taką samą próbę.

Z kolei część moich niemieckich kolegów nie chce wspominać o wypędzonych, ponieważ uważają, że obecnie w Niemczech sprawa ta wykorzystywana jest w celach politycznych. Sam uważam, że bardziej naszym niż Niemców zadaniem jest upamiętnianie wypędzonych Niemców, a sprawą Niemców jest upamiętnianie ofiar nazizmu. Niezależnie od tego, jakie były przyczyny wypędzeń Niemców czy akcji Wisła, to Polacy powinni upamiętniać cierpienia ofiar tych wydarzeń.

Obowiązkiem Polaków i Żydów, czyli spadkobierców historycznych ofiar, jest pamięć o niegodziwościach, których również nasi przodkowie w przeszłości dokonywali. Nie po to by czuć winę wobec kogoś, lecz by żałować losu osób w przeszłości skrzywdzonych. Tylko to otworzy nas na obcych i uwrażliwi nas na potencjalne niegodziwości, które ktoś w przyszłości może będzie chciał w naszym imieniu dokonywać.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 2-3/2010.

Michał Bilewicz – ur. 1980, psycholog społeczny, publicysta, Doktor habilitowany nauk społecznych, profesor nadzwyczajny Uniwersytetu Warszawskiego. Kierownik Centrum Badań nad Uprzedzeniami UW oraz wykładowca na Wydziale Psychologii UW. Zastępca przewodniczącego Komitetu Psychologii Polskiej Akademii Nauk oraz członek zarządu Międzynarodowego Towarzystwa Psychologii Politycznej.