„Ból i blask” Pedro Almodóvara to piękna opowieść przepełniona miłością do ludzi, chyba arcydzieło – mówi ks. Andrzej Luter. – Jestem tym filmem oczarowana – przyznaje Katarzyna Jabłońska.

Fragment cyklu „Ksiądz z kobietą w kinie”, który ukazał się w najnowszym numerze kwartalnika „Więź”, jesień 2019

Ksiądz: Pedro Almodóvar kończy 70 lat! Ten buntownik, łamacz schematów obyczajowych, społecznych i kulturowych subtelnieje nam na starość. Powiedziałbym nawet, że konserwatywnieje. W jego najnowszym filmie „Ból i blask” dużo jest sentymentalizmu, melancholii i ciepła, nie ma żadnych filozoficzno-teologicznych przegięć, które czasami przeszkadzały mi w odbiorze niektórych jego dzieł.

„Ból i blask” to film wspaniały, poruszający, artystycznie spełniony, plastycznie zachwycający, wystylizowany do perfekcji, subtelny – mógłbym te przymiotniki mnożyć, bo to chyba arcydzieło. Jest inny niż większość filmów Almodóvara, porównałbym go może jedynie z „Volverem” – moim ulubionym dziełem hiszpańskiego mistrza. Mają podobny klimat i są pochwałą matriarchalnej wspólnoty (kobiety to zresztą wielki temat tego twórcy, fascynuje się nimi jak obiektami sakralnymi).

Uśmiechasz się, Kasiu, ironicznie? Że co? Że wybuchnąłem takim zachwytem?

Kobieta: Uśmiecham się, Andrzeju, nie ironicznie, lecz z czułym rozbawieniem. Bo ileż to musiałam się z Tobą namocować, żeby namówić Cię do rozmowy o Almodóvarze! Zresztą, namawiałam Cię trochę wbrew samej sobie. Wprawdzie „Ból i blask” zaczarował także i mnie, ale z większością filmów hiszpańskiego twórcy miałam zazwyczaj pod górkę – odbierałam je jako uwodzenie widza. I wcale nie chodzi mi tu o wymiar wizualny, lecz aksjologiczny.

Oczywiście, często ulegałam (i tak jest nadal) urodzie kina twórcy „Wszystko o mojej matce”, ale równocześnie mocno i nieprzyjemnie coś mnie w nim uwierało, budziło sprzeciw. Sekunduję większości bohaterów Almodóvara – np. dziecięco naiwnemu Benigno, zakochanemu bez pamięci w pogrążonej w śpiączce prześlicznej Alicji („Porozmawiaj z nią”), czy bohaterce „Volvera” – Raimundzie (jej dorastająca córka, Paula, zabiła, próbującego seksualnie ją wykorzystać, ojczyma, czyli męża Raimundy). Kiedy jednak Benigno wykorzystuje seksualnie bezbronną, bo przecież nieprzytomną ukochaną, a Paula zabija ojczyma, nie umiem – jak chciałby chyba Almodóvar – przejść nad tymi zdarzenia do porządku dziennego. Tymczasem on tak konstruuje swoje opowieści, że na mój sprzeciw czy choćby wątpliwości nie ma tu miejsca, są one wręcz nie na miejscu.

Z „Bólem i blaskiem” jest jednak inaczej. Jestem tym filmem oczarowana, chociaż czuję, że Almodóvar nie byłby sobą, gdyby i tym razem nie próbował widza uwodzić. Ale ja tym razem daję się uwieść.

Ksiądz: A ja jestem po prostu zachwycony. „Ból i blask” to film piękny i bardzo osobisty. To opowieść przepełniona miłością do ludzi, a szczególnie do tych, którzy otaczali reżysera w dzieciństwie i tych, których spotykał w kolejnych latach życia. Bo w gruncie rzeczy jest to film autobiograficzny. Powiedziałbym, że to rodzaj spowiedzi, w której nie ma miejsca na sensacje, pretensje do świata – jest przenikliwość, dystans i lekkie poczucie humoru.

„Ból i blask” to film wspaniały, poruszający, artystycznie spełniony, plastycznie zachwycający, wystylizowany do perfekcji, subtelny

Salvador Mallo, bo tak nazywa się bohater „Bólu i blasku”, to starzejący się sławny reżyser filmowy, który wreszcie wyzwala się ze swojego narcyzmu, gwiazdorzenia, z całej tej celebryckiej otoczki, w której tkwił przez lata. Potrafi pokonać urazy wobec ludzi, którzy go kiedyś zawiedli (właściwie to on zawiódł ich, zresztą teraz po latach już trudno dojść, jak było naprawdę). To wyzwolenie przychodzi dzięki sztuce, nieustającej potrzebie tworzenia, jednak teraz już nie dla widza, lecz przede wszystkim dla samego siebie. Dzięki temu może powrócić także do swoich miłości. Przepiękna jest scena spotkania po latach z miłością życia – Federico (Leonardo Sbaraglia).

Kobieta: Piękna i wzruszająca, bo pełna tkliwości. Podobnie jak sceny z ukochaną matką, której oczekiwaniom nie był w stanie sprostać, co zresztą ona sama wyraźnie daje mu odczuć. Gdyby chciał sprostać, musiałby zaprzeczyć samemu sobie, nie mógłby pójść własną drogą. W tej relacji jest jednak nie tylko ból, ale też i blask – Salvador chyba rozumie, że gdyby sprostał, nie byłby w miejscu, w którym teraz jest, nie doświadczyłby tego wszystkiego, co było w jego życiu tak ważne, co ukształtowało go jako człowieka i artystę. Nie żyłby po prostu swoim życiem.

Tak to już jest, że nasze wybory nie zawsze pozostają w zgodzie z tym, czego chcieliby dla nas ci, którzy nas kochają, których my kochamy. Tak, Salvador zranił matkę, idąc własną drogą, ale być może również właśnie dzięki temu jego miłość do niej jest tak czuła i wypełniona wdzięcznością. Matka nie pochwalała jego wyborów, jednak nie przeszkadzała mu w ich dokonywaniu. I one nie zmąciły jej miłości do syna.

Wydaje mi się, Andrzeju, że to nie tylko sztuka, ale również relacje, także te nieoczekiwanie odnowione, pozwalają Salvadorowi wydobyć się ze smutku i niemocy, w których od pewnego czasu był pogrążony (również z powodu żałoby po śmierci matki). Ciekawe, że to właśnie sztuka, z którą matka miała problem, pozwala mu wyruszyć ze zmarłą w podróż, o której przed śmiercią marzyła. Ta podróż w przeszłość, podróż do miejsc i ludzi, wyzwala w nim witalne siły i chyba też dodaje mu sensu.

Ksiądz: „Ból i blask” to film bardzo wzruszający, ale to wzruszenie pozbawione jest ckliwości czy płaczliwości. To jest właściwie melodramat, melodramat czysty, bez żadnego emocjonalnego szantażu, pełen nostalgii. Oto okazuje się, że przemijanie ma w sobie, owszem, pesymizm – ale też i nadzieję.

Rozmawiali Katarzyna Jabłońska i ks. Andrzej Luter.

Fragment felietonu z cyklu „Ksiądz z kobietą w kinie”, który ukazał się w najnowszym numerze kwartalnika „Więź”, jesień 2019

Kup tutaj