Najwyższa pora, by uświadomić szerszej opinii publicznej, że odpowiedzialne za obecny kryzys w dziedzinie opieki psychiatrycznej mechanizmy dotykają także innych obszarów systemu ochrony zdrowia, a prywatne wydatki pacjentów nie rozwiążą tych problemów.

Tekst ukazał się w kwartalniku „Więź” nr 1/2019.

Znużeni informacjami o niedostatkach systemu publicznego, mogliśmy nie docenić wagi informacji o zawieszeniu działalności 40-łóżkowego oddziału psychiatrycznego dla dzieci i młodzieży w Józefowie pod Warszawą. Do jego zamknięcia doszło przed Bożym Narodzeniem ubiegłego roku, gdy pracujący tam lekarze złożyli wypowiedzenia, powołując się na ciężkie warunki pracy. Jak się okazało, braki kadr specjalistycznych w tym obszarze są tak głębokie, że ustępujących po prostu nie miał kto zastąpić.

Jeszcze większą trwogą powinien nas napawać sposób, w jaki doszło do uratowania tej placówki. Stało się to bowiem dzięki decyzji JEDNEJ lekarki-specjalistki – dr hab. Lidii Popek, która zgodziła się objąć kierownictwo nad porzuconą placówką, dokonując tym samym „świątecznego cudu”, aby użyć słów Michała Stelmańskiego, prezesa Mazowieckiego Centrum Neuropsychiatrii, w skład którego wchodzi wskrzeszony dobrą wolą nowoczesnej siłaczki oddział.

Tak oto psychiatria dziecięca stała się pierwszym obszarem ochrony zdrowia w Polsce, w którym spektakularnie, na naszych oczach, załamuje się już nie tylko opieka ambulatoryjna, ale także szpitalna. Dotychczas opinia publiczna żywiona była przekonaniem, że co prawda średnio radzimy sobie z leczeniem chorób przewlekłych, o profilaktyce nawet nie wspominając, ale w stanach nagłych każdy może liczyć na szybką i sprawną pomoc publicznego szpitala. Jeżeli nawet podczas wielomiesięcznego oczekiwania w kolejce do specjalisty stan zdrowia pacjenta gwałtownie się załamie, to wkroczy do akcji nasz szpitalocentryczny system publiczny – może nieracjonalny (bo przecież lepiej zapobiegać, niż ratować w stanach nagłych), może nieekonomiczny (bo ambulatoryjna opieka jest tańsza niż hospitalizacja), ale dostępny i na swój sposób niezawodny. Obecny stan psychiatrii dziecięcej pokazuje, że w niektórych obszarach medycyny znika nawet ta ostatnia deska ratunku – oddziały ledwie mieszczą niedoszłych samobójców.

Wystarczy jednak porozmawiać z lekarzami ze szpitali powiatowych, by zrozumieć, że podobne procesy dotyczą wielu dziecin, np. pediatrii. Znalezienie miejsca w szpitalu specjalistycznym dla wymagającego intensywnej terapii noworodka oznacza nierzadko godziny telefonów lekarza dyżurnego w poszukiwaniu wolnego łóżka, także w sąsiednich województwach, a także wolnej karetki, która zawiezie dziecko, pokonując nawet kilkugodzinną trasę.

Anatomia upadku

Dramatyczny stan polskiej psychiatrii jak na dłoni ukazuje, co jest nie tak z polską polityką zdrowotną i dlaczego nie możemy spodziewać się szybkiej zmiany na lepsze. Przecież w katastrofalnym stanie opieki nad pacjentami z zaburzeniami psychicznymi nie ma nic zaskakującego.

Problemy trapiące tę dziedzinę są od lat doskonale znane: jest ona skrajnie niedofinansowana, nawet na tle polskiego systemu ochrony zdrowia. Doświadczone kadry topnieją, a warunki pracy są tak złe, że zniechęcają młodych lekarzy do podjęcia tej specjalizacji. Efektem jest zjawisko negatywnej selekcji kandydatów do tego wyjątkowo wymagającego obszaru medycyny, zbadane i opisane w punktowanych czasopismach naukowych. Do tego model opieki nad pacjentami jest przestarzały, skupiony na leczeniu w zamkniętych szpitalach psychiatrycznych. W społeczeństwie utrzymują się negatywne stereotypy na temat chorób i zaburzeń psychicznych, a związana z tym stygmatyzacja chorych utrudnia ich leczenie, a następnie powrót do codzienności.

O tym wszystkim wiedzą politycy i decydenci, gdyż środowisko psychiatrów od ponad dekady daremnie ostrzega przed skutkami zaniechania działań naprawczych. Profesor Bartosz Łoza w wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej” stwierdził, że nazywanie obecnego stanu psychiatrii w Polsce kryzysem to eufemizm: „nie ma psychiatrii ogólnodostępnej, nie realizujemy żadnych standardów gwarantujących wysoką jakość terapii”[1].

Opieka psychiatryczna to przykład dziedziny, w której nawet potrafimy naszkicować pożądane rozwiązania, by ostatecznie nie wprowadzić ich w życie

Gdyby nasza polityka zdrowotna kierowała się danymi i potrzebami społecznymi, problemy opieki psychiatrycznej od dawna byłyby na szczycie listy priorytetowych działań Ministerstwa Zdrowia. Od lat przecież znajdujemy się w niechlubnej czołówce europejskiej, jeżeli chodzi o liczbę samobójstw, a z danych Komendy Głównej Policji widać, że w Polsce rośnie liczba zamachów na własne życie, także wśród młodzieży. O tym, jak dramatycznie przedstawia się sytuacja nastolatków, niech świadczy to, że wedle różnych szacunków co piąty, a nawet co czwarty z nich cierpi na zaburzenia zdrowia psychicznego. Liczba chorych poszukujących pomocy psychiatry wzrasta, czego nie można powiedzieć o dostępności specjalistów. W naszym kraju zaburzenia psychiczne i zaburzenia zachowania znajdują się w czołówce chorób powodujących niezdolność do pracy wśród osób ubiegających się o świadczenia rentowe, jak wskazuje opublikowany z początkiem tego roku raport Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego – Państwowego Zakładu Higieny „Sytuacja zdrowotna ludności Polski i jej uwarunkowania”.

Nierozwiązanym wyzwaniem pozostaje alkoholizm. Z przywołanego raportu dowiadujemy się, że spowodowane uzależnieniem zaburzenia psychiczne stanowią najczęstszą przyczynę leczenia w szpitalu, a liczba przedwczesnych zgonów związanych z tym nałogiem niepokojąco wzrasta, i to zarówno wśród mężczyzn, jak i kobiet. Na to wszystko nakładają się nierówności w dostępie do opieki medycznej – mieszkańcy miast leczą się zdecydowanie częściej niż mieszkańcy wsi, choć to wśród tych ostatnich notuje się nadwyżkę umieralności z powodu samobójstw. Na tak drastyczny krok decydują się przede wszystkim mężczyźni w sile wieku. Jednocześnie jest to grupa, która rzadziej szuka fachowej pomocy: kobiety leczą się częściej.

Tymi niechlubnymi statystykami wpisujemy się w czołówkę światowego trendu: zaburzenia zdrowia psychicznego są bowiem narastającym problemem nie tylko w naszym kraju, ale też w skali globalnej. Wedle Światowej Organizacji Zdrowia zaburzenia psychiczne i uzależnienia od substancji psychoaktywnych odpowiadają za 31 proc. tzw. globalnego obciążenia chorobą (Global Burden of Disease, GBD).

Reforma potiomkinowska

Konieczność radykalnej przemiany opieki nad osobami cierpiącymi na zaburzenia psychiczne postulowana jest od początku transformacji ustrojowej. Ewolucję opieki od „azylowej”, czyli leczenia prowadzonego głównie w specjalistycznych szpitalach, do opieki środowiskowej, wspomagającej pacjenta w jego naturalnym otoczeniu, zagwarantować miał Narodowy Program Ochrony Zdrowia Psychicznego 2011–2015. Program zakończył się fiaskiem, co opinii publicznej unaocznił druzgoczący raport Najwyższej Izby Kontroli. Jego lektura potwierdza, że w zaniechaniu działań potrafimy osiągnąć wirtuozerię. Powstaje oto poważny plan, sygnowany przez autorytety w dziedzinie, tylko… brakuje jego finansowania.

Nowoczesna opieka środowiskowa, projektowana w Narodowym Programie, ma być blisko pacjenta, a więc opierać się na samorządach. Urzędy marszałkowskie powołują właściwe zespoły, choć z opóźnieniem. Także większość skontrolowanych powiatów oficjalnie zakłada zespoły koordynujące, ale wiele nie określa już trybu ich pracy. W efekcie powiaty nie wykonują wielu zadań Narodowego Programu, w zamian raportując inne podejmowane aktywności. Taki proceder jest możliwy dzięki niejasno i ogólnikowo sformułowanym wskaźnikom. W kontrolowanych gminach – kluczowych dla skuteczności całokształtu reformy – odpowiednie zespoły nie powstają wcale. Brak analizy potrzeb zdrowotnych nie pozwala na wdrożenie narodowego programu na tym poziomie; lokalne samorządy realizują więc własną politykę, niespójną z celami ustalonymi na centralnym szczeblu centralnym. Nie ma to jednak znaczenia, gdyż Ministerstwo Zdrowia zapomina o jednym ze swoich zadań – nie uruchamia programu badawczego, który dokonałby oceny skuteczności realizacji programu.

Czynniki takie jak nierówności dochodowe, ubóstwo, zadłużenie czy złe warunki mieszkaniowe konsekwentnie korelują z częstością występowania zaburzeń psychicznych

Obecnie analogicznie sformułowane cele zrealizować ma kolejna edycja Narodowego Programu, rozpisana na lata 2017–2022. Także Narodowy Program Zdrowia 2016–2020 wśród tzw. celów operacyjnych wskazuje profilaktykę zdrowia psychicznego i poprawę dobrostanu psychicznego społeczeństwa. Czy tym razem reforma się powiedzie? Co zrobić, by trzyletni pilotaż programu psychiatrii środowiskowej, który ruszył w końcu w lipcu 2018 r., nie pozostał utopijnym prototypem?

Pomyślność kolejnej próby zależy przede wszystkim od tego, czy politycy zdrowotni odrobią lekcję z poprzedniej porażki i wezmą ją sobie do serca. A jest to lekcja dość szczególna – opieka psychiatryczna stanowi bowiem doskonały przykład dziedziny, w której dość dobrze wiemy, co należy zrobić, potrafimy nawet naszkicować pożądane rozwiązania, by ostatecznie nie wprowadzić ich w życie. Cóż więc stanowi przeszkodę, by wiedzę przekuć w działania?

Pułapki płytkiej polityki zdrowotnej

Przeszkoda jest niebanalna – stanowi ją bowiem ugruntowany od lat model uprawiania polityki zdrowotnej w Polsce.

Pierwszym i podstawowym problemem jest to, że ma ona z zasady charakter bardziej reaktywny niż proaktywny. W niedofinansowanym systemie cierpiącym na syndrom krótkiej kołdry Ministerstwo Zdrowia w praktyce odgrywa częściej rolę strażnika kruchego status quo aniżeli kreatora nowych, innowacyjnych rozwiązań systemowych, w szczególności gdyby miały one ujawnić lub wywołać konflikty pomiędzy grupami interesów, grożące powstaniem większych kosztów politycznych. Nawet stosunkowo proste zmiany, takie jak wprowadzenie e-zwolnienia (które na poziomie przychodni oznacza nowy sposób wykonywania znanej czynności), wywołują liczne perturbacje. Do tego, wbrew obiegowym opiniom, zasoby kadrowe instytucji odpowiedzialnych za ochronę zdrowia są dość szczupłe, co również nie zachęca do inicjowania złożonych reform.

Nie trzeba dużej wyobraźni, by zobaczyć, że radykalna zmiana modelu opieki psychiatrycznej – która detronizuje placówki dotychczas dominujące, czyli duże szpitale, wprowadza rejonizację i całkowicie zmienia zasady rozliczania świadczeniodawców z Narodowym Funduszem Zdrowia – wymaga nie tylko dużego wysiłku na etapie koncepcyjnym, ale być może jeszcze większego zachodu administracyjnego, sprawności w zarządzaniu i dyplomatycznych starań na etapie wdrożenia. Nie łudźmy się także, że tak szerokie reformy można wdrożyć bezkosztowo – solidny zastrzyk finansowy potrzebny jest choćby po to, by przeprowadzić zmiany administracyjne, o poszerzeniu oferty świadczeń nie wspominając.

Co więcej, reaktywny tryb ustanawiania agendy działań w ochronie zdrowia premiuje silne, zorganizowane i świadome swoich celów grupy interesów. Także wśród pacjentów, co można prześledzić, badając choćby tematykę posiedzeń rozmaitych zespołów czy spotkań w parlamencie i Ministerstwie Zdrowia. Niestety, pacjenci z chorobami i zaburzeniami psychicznymi nie tworzą (jak dotąd) zwartego lobby z zapleczem przygotowanym do wyrafinowanych działań PR-owych.

Widać przy tym wyraźnie, że stygmatyzacja zaburzeń zdrowia psychicznego ma wymiar nie tylko jednostkowy, ale i społeczny – dotkniętym nimi osobom naprawdę trudniej jest się zrzeszać i występować jako strona wobec władz publicznych niż np. pacjentom onkologicznym czy kardiologicznym. W przypadku zaburzeń zdrowia psychicznego cena za „wyjście z szafy” jest relatywnie wysoka nawet w przypadku częściowo oswojonych chorób, takich jak depresja, a ryzyko związane z upublicznieniem wizerunku przez chorego rośnie jeszcze bardziej w przypadku chorób psychicznych budzących lęk społeczny, jak choćby schizofrenia.

W dziedzinie psychiatrii pozostajemy rejonem doktorów Judymów

Walcząc o swoje prawa i uwagę opinii społecznej, pacjenci konkurują na swoistym „rynku cierpienia” z morzem potrzeb, które wydają się przeciętnemu człowiekowi bardziej zrozumiałe i bliższe, a przez to są też bardziej medialne. Brak refundacji leku na chorobę nowotworową to gotowa narracja na poruszający artykuł, postulat ucywilizowania modelu udzielania świadczeń psychiatrycznych – niekoniecznie. Podobne bariery spotykają zresztą także inne, chronicznie niedofinansowane dziedziny medycyny, jak choćby neurologia czy geriatria.

To współzawodnictwo różnych grup chorych o rozpoznawalność i swoistą „markę” na rynku cierpienia, bez której trudno przebić się ze swoimi postulatami do decydentów i uzyskać poprawę swojej sytuacji, stanowi jeden z najtragiczniejszych skutków pasywnej polityki zdrowotnej, nastawionej na „gaszenie pożarów”.

Tu dochodzimy do kolejnego problemu: nasza polityka zdrowotna jest podwójnie „płytka”. Z jednej strony skupia się na ekwilibrystyce podziału coraz mniej adekwatnej do potrzeb puli środków i ich rozliczaniu. Z drugiej zaś strony – mimo licznych deklaracji konieczności koordynacji – ochrona zdrowia pozostaje silosowo odizolowana od innych sektorów, w szczególności od polityki społecznej i edukacji.

W „poetyce niedoboru” jakość oferowanej opieki odgrywa drugorzędną rolę, a wszyscy po cichu godzą się z tym, że pechowcy nie dostaną potrzebnej im pomocy lub dostaną niewystarczające, nieefektywne świadczenia. Warto zadać sobie pytanie, jak dalece niesolidarnym społeczeństwem się staliśmy, skoro fakt wykluczenia najsłabszych – rencistów, których nie stać na leki, nastolatków z zaburzeniami psychicznymi, czekających miesiącami w kolejce do psychiatry, kobiet z małych miejscowości, które po operacji raka piersi rezygnują z chemioterapii, bo nie mają z kim zostawić dzieci, a dojazd też kosztuje – nie budzi powszechnego społecznego oburzenia.

Społeczny wymiar zdrowia

Tymczasem aby skutecznie, a nie tylko kosmetycznie, zmienić model opieki psychiatrycznej z azylowego na środowiskowy, trzeba będzie najpierw podważyć liczne milcząco przyjmowane założenia. Instytucje publiczne musiałyby przyjąć aktywną rolę rzecznika tych pacjentów, którzy sami nie będą krzyczeć i demonstrować we własnej sprawie. Następnie, by zapewnić wysoką jakość usług, powinny wprowadzić klarowne i konkretne standardy opieki, a następnie monitorować stan ich przestrzegania. Powinny w końcu pójść jeszcze krok dalej i docenić kapitalną rolę, jaką w profilaktyce i leczeniu zaburzeń zdrowia psychicznego odgrywają – obok czynników biologicznych i psychologicznych – uwarunkowania społeczne i ekonomiczne.

Globalny kryzys finansowy w latach 2007–2009 stworzył wyjątkową, choć ponurą, okazję do sprawdzenia, jak ścisły jest związek uwarunkowań społecznych i ekonomicznych z zaburzeniami zdrowia psychicznego. Dzięki podjętym w tym kontekście analizom wiemy, że czynniki takie jak nierówności dochodowe, ubóstwo, zadłużenie czy złe warunki mieszkaniowe konsekwentnie korelują z częstością występowania zaburzeń psychicznych[2].

Dramatyczny stan polskiej psychiatrii jak na dłoni ukazuje, co jest nie tak z polską polityką zdrowotną i dlaczego nie możemy spodziewać się szybkiej zmiany na lepsze

Zasobność, wykształcenie i pozycja społeczna wpływają nie tylko na ryzyko uzależnień, ale nawet na ich skutki zdrowotne. Choć brzmi to niebywale, wiele badań potwierdza, że np. nadmierne picie inaczej odbija się na zdrowiu biednych niż bogatych. Choćby głośne studium norweskie opublikowane w ubiegłym roku pokazuje, że wpływ spożycia alkoholu na ryzyko chorób serca zależy m.in. od zasobności naszego portfela[3]. Choć bogaci piją więcej alkoholu aniżeli biedni, to ci ostatni doświadczają bardziej poważnych uszczerbków na zdrowiu. Dlaczego? Zamożność pozwala im na szybki dostęp do pomocy lekarza, a sieć kontaktów chroni przed skutkami społecznymi, takimi jak utrata pracy czy miejsca zamieszkania.

Pomijając czynniki środowiskowe i koncentrując się wyłącznie na indywidualnych uwarunkowaniach zaburzeń psychicznych, zachowujemy się trochę tak, jakbyśmy epidemię choroby zakaźnej wywołaną drobnoustrojami szerzącymi się z powodu braku bieżącej wody i kanalizacji próbowali leczyć antybiotykami, zapominając o konieczności budowy wodociągów i systemu odprowadzania ścieków. Niestety, wciąż jeszcze silne w polskim sektorze zdrowia „neoliberalne ukąszenie” (o którym głośno mówi były minister zdrowia, a obecnie dyrektor Biura ds. Pilotażu Narodowego Programu Ochrony Zdrowia Psychicznego dr Marek Balicki) przyćmiewa od lat znane fakty na temat społecznych uwarunkowań zdrowia, w tym zdrowia psychicznego.

Znikające zasoby i spóźniona ręka rynku

Jedno jest pewne – zadanie unowocześnienia opieki nad zaburzeniami zdrowia psychicznego jest obecnie dużo trudniejsze, niż było dwadzieścia lat temu, gdy powstawał pierwszy służący temu program. Zaniechanie jest także formą polityki, a w przypadku psychiatrii oznaczało dwie dekady nie tylko stagnacji, ale wręcz kurczenia się zasobów. Niełatwo dziś będzie poszerzyć bardzo ograniczoną i słabo dostępną ofertę publicznej ochrony zdrowia.

W Polsce brakuje kadr. Eurostat podaje, że na milion mieszkańców przypada u nas 90 psychiatrów, podczas gdy w Finlandii czy Holandii jest ich wedle tego samego przelicznika ponad 230, a na Litwie – 225. Szczególnie trudna jest w Polsce sytuacja dzieci i młodzieży, których potrzeby ma zaspokoić zaledwie 415 czynnych zawodowo psychiatrów. To dlatego, mimo formalnego braku konieczności posiadania skierowania, na wizytę u specjalisty trzeba czekać miesiącami, a do szpitali przyjmowane są przypadki najpilniejsze.

Pomysł, by luki w systemie ochrony zdrowia uzupełnić kadrami systemu edukacji, jaki przedstawiło Ministerstwo Zdrowia, wygląda dobrze na papierze. Przecież poradnie psychologiczno-pedagogiczne nie będą mogły w sposób odpowiedzialny objąć opieką dzieci z zaburzeniami psychicznymi bez konsultacji z psychiatrą – wąskie gardło pozostaje więc w tym samym miejscu. Już teraz zdesperowani rodzice ustawiają się w kolejkach do… prywatnych praktyk, gdyż bez opinii specjalisty poradnia nie może wydać orzeczenia stwierdzającego u dziecka np. zaburzenia ze spektrum autyzmu.

Stygmatyzacja zaburzeń zdrowia psychicznego ma wymiar nie tylko jednostkowy, ale i społeczny – dotkniętym nimi osobom naprawdę trudniej jest się zrzeszać niż np. pacjentom onkologicznym

Załamanie się sytemu publicznego stwarza okazję dla opieszałej – jak zwykle w przypadku ochrony zdrowia – ręki rynku. Od połowy ubiegłego roku coraz głośniej mówi się o inicjatywach powołania dużych, prywatnych, komercyjnych placówek psychiatrycznych. Grozi to dalszym odpływem kadr ze szpitali i poradni publicznych, a także – inflacją kosztów, które uczynią tak newralgiczną dziedzinę jeszcze mniej dostępną dla niezamożnych.

Słabym pocieszeniem w tej sytuacji jest fakt, że Polska doskonale wpisuje się w tym obszarze w przeciętną dla krajów postkomunistycznych naszego regionu. „Białą plamą na światowej mapie zdrowia psychicznego” nazwał Europę środkowo-wschodnią przeglądowy artykuł opublikowany w roku 2017 na łamach prestiżowego czasopisma medycznego „The Lancet”[4]. Jego autorzy dobitnie podsumowują specyfikę regionu, czyli rozziew pomiędzy oficjalnymi dokumentami programowymi a codzienną praktyką. Choć większość badanych państw ogłosiła narodowe programy wprowadzające psychiatrię środowiskową, to w rzeczywistości reformy „pozostają głównie w sferze aspiracji”. Znacząca część środków na świadczenia z zakresu ochrony zdrowia psychicznego nadal kierowana jest do lecznictwa zamkniętego, które często przetrzymuje pacjentów nieracjonalnie długo, aby zapełnić puste łóżka, albo wręcz przeciwnie – wypisuje ich przedwcześnie, ze względu na rosnący popyt i brak innych form wsparcia dla potrzebujących. Nie są dostępne dogłębne analizy ekonomiczne złożonych interwencji i rygorystycznych badań epidemiologicznych, które pozwoliłyby na projektowanie interwencji „szytych na miarę” konkretnych populacji.

Jakby tego było mało, stygmatyzacja chorób i zaburzeń psychicznych wydaje się w naszym regionie większa aniżeli w innych krajach europejskich. Obserwowany rozwój bardziej nowoczesnych form opieki nastąpił dzięki inicjatywom oddolnym, wspieranym przez organizacje międzynarodowe, a nie przez systematyczne wdrażanie polityki zdrowotnej rządów. W dziedzinie psychiatrii pozostajemy rejonem doktorów Judymów.

Psychiatria – laboratorium zaniku publicznej ochrony zdrowia

Na przykładzie opieki psychiatrycznej możemy lepiej zrozumieć skutki grzechów głównych uprawianej w Polsce od lat płytkiej polityki zdrowotnej. W skrajnie niedofinansowanym systemie instytucje publiczne – które z zasady powinny stać na straży interesu społecznego, dbając o równy i sprawiedliwy dostęp do opieki medycznej – obsadzone są w roli dysponentów „deficytowego towaru”, jakim jest niedomykający się budżet na ochronę zdrowia.

W miarę jak polityka zdrowotna staje się coraz mniej aktywna, a bardziej reaktywna, zanika rozumienie zdrowia jako dobra zarówno indywidualnego, jak i zasobu społecznego. Swoista prywatyzacja zdrowia oznacza także prywatyzację choroby, redukowanej do osobistego nieszczęścia, a w skrajnych przypadkach – winy samego chorego. Z horyzontu dyskusji o zdrowiu znikają społeczne uwarunkowania zdrowia, a wraz z nimi – odpowiedzialność władz publicznych za wprowadzanie rozwiązań, które służą zdrowiu obywateli. Poetyka niedoboru pozwala usprawiedliwiać niedostatki jakościowe, a jednocześnie tworzy atmosferę „darwinizmu zdrowotnego” – jedynie silnie zdeterminowane grupy mogą osiągnąć swoje cele w rywalizacji o ograniczone publiczne środki.

Najwyższa pora, by uświadomić szerszej opinii publicznej, że odpowiedzialne za obecny kryzys w tej dziedzinie mechanizmy dotykają także innych obszarów systemu ochrony zdrowia, a prywatne wydatki pacjentów nie rozwiążą tych problemów. Bez radykalnej zmiany filozofii działania instytucji odpowiedzialnych za kształt opieki medycznej w naszym kraju, odbudowania ich wiarygodności i zaufania społecznego podobny los czeka inne, chronicznie niedofinansowane specjalizacje, by wymienić choćby pediatrię i internę, z których wcześniej lub później skorzystać będzie musiał niemal każdy z nas.

Tekst ukazał się w kwartalniku „Więź” nr 1/2019.


[1] „W Polsce obowiązuje model leminga pędzącego do przepaści”, z Bartoszem Łozą rozmawia Magdalena Rigamonti, https://serwisy.gazetaprawna.pl/zdrowie/artykuly/1104857,loza-o-zdrowiu-psychicznym-polakow.html [dostęp: 28.02.2019].
[2] A. Macintyre, D. Ferris, B. Gonçalves, N. Quinn, „What has economics got to do with it? The impact of socioeconomic factors on mental health and the case for collective action”, „Palgrave Communications”, 2018; 4:10.
[3] E. Degerud, I. Ariansen, E. Ystrom, S. Graff-Iversen, G. Høiseth i in., „Life course socioeconomic position, alcohol drinking patterns in midlife, and cardiovascular mortality: Analysis of Norwegian population-based health surveys”, „Plos Medicine” 2018, nr 1.
[4] „A blind spot on the global mental health map: a scoping review of 25 years’ development of mental health care for people with severe mental illnesses in Central and Eastern Europe”, „The Lancet” vol. 4, issue 8, https://www.thelancet.com/journals/lanpsy/article/PIIS2215-0366(17)30135-9/fulltext -dostęp: 28.02.2019].