O „skończeniu się” Świetlickiego czytaliśmy w rozmaitych tonacjach także w jego poprzednich tomikach. Ale teraz sytuacja jest inna. Skończyła się moda na poetów „brulionu”.

Aż sprawdzałem dwa razy w kalendarzu, bo nie chciało mi się wierzyć: to już prawie 30 lat mija, odkąd towarzyszę Świetlickiemu. Lub – odkąd on mi towarzyszy.

Pierwszy raz zetknąłem się z jego wierszami bodaj w 1990 roku (prezentował je na warszawskiej polonistyce), jakieś trzy lata później napisałem o poetach z kręgu „brulionu” tekst do czasopisma nauczycielskiego „Akapit”, w kolejnym roku ukazał się moje omówienie tzw. fioletowej serii tomików poetyckich w „Kresach” i wkrótce potem znalazłem się po raz pierwszy na koncercie zespołu Świetliki w Gdańsku. Przez następnych kilka lat jeździłem na ich kolejne koncerty – a to do Krakowa, a to do Poznania, a to do Kazimierza nad Wisłą (doprawdy, zasłużyłem chyba wtedy na odznakę honorowej gruppie). Wielu jego wierszy nauczyłem się na pamięć. Obok Jacka Podsiadły i Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego uważałem i uważam Świetlickiego za najważniejszego poetę mojego pokolenia.

Działo się to w czasach, których klimat oddał błyskotliwie w tytule swojej książki profesor Jerzy Jarzębski: „Apetyt na przemianę”[1]. Tak, po 1989 roku czytelnicy, zwłaszcza około trzydziestki (i młodsi), czekali na „nowych Skamandrytów”; nieco starsi liczyli na „nowe Przedwiośnie”; wszyscy spodziewali się, że literatura zareaguje na zupełnie nową sytuację polityczną, społeczną, gospodarczą, mentalną kraju. A ponieważ jeszcze przez kilka lat funkcjonował żywo rynek czasopism kulturalnych, głos publiczności literackiej był słyszalny i wydawało się, że nowości wydawnicze to temat nośny i ważny. Przez prasę przetoczyło się kilka gorących dyskusji, przypominających nieco kłótnię klasyków z romantykami, czy spór „starej” i „młodej” prasy z początków pozytywizmu. Emocje podpowiadały nieraz obu stronom – w tym również mnie – słowa trudne do obrony z racjonalnego punktu widzenia. Działo się.

„Stary, skończony Świetlicki”?

Robię ten wstęp, mimo że wydany właśnie nowy tom wierszy Świetlickiego „Ale o co ci chodzi?”[2], zawierający również rysunki Marcina Maciejowskiego, wydaje mi się jedną z najlepszych książek autora „Zimnych krajów”. Zastanawiam się bowiem, jak to jest, że dobre, ale kto wie, czy nie słabsze tomiki, od których rozpoczęła się kariera tego poety, wywołały tak silny rezonans, gdy ta książka – przejaw, mówiąc nieco staroświecko, okrzepnięcia wielkiego talentu – może liczyć co najwyżej na kilka recenzji. Apetyt na przemianę nam przeszedł. Poezja stała się niszową rozrywką dla przerafinowanych umysłów. W peryferyjnych węzłach sieci, w którą zamieniła się hierarchiczna niegdyś piramida naszej kultury, mówi się o wierszach w dalszym ciągu, bez wątpienia. „Ale te walki, gdzie stawką jest życie / Toczy się w prozie” (jak pisał Miłosz w 1957 roku, choć dziś należałoby powiedzieć, że nie w prozie, lecz na Twitterze, Facebooku, ewentualnie w telewizji) – „Nie zawsze tak było”[3].

Akurat wiersze Świetlickiego tę sytuację znoszą bardzo dobrze, może nawet lepiej, niż kiedy podkreślający swoją odrębność autor miał rzesze fanów. Stawiało go to wówczas w roli mocno dwuznacznej, coraz bardziej fałszywej: „dałbym / wiele” – to fragment wiersza „Chcenie” z tomu „Czynny do odwołania” (2001) – „za to, by już przy mnie nie / cytowano mnie, nie, to nie jest przyjemne”. Jak być outsiderem, którego deklaracje outsiderstwa powtarzane są chórem? Fraza: „siedzę sam przy stoliku / i nie mam ochoty / dosiąść się do was, / choć na mnie kiwacie” (którą, co znamienne, cytuję z pamięci (!) z wiersza „Nieprzysiadalność” ze zbioru „37 wierszy o wódce i papierosach”, 1996) zaczyna pobrzmiewać nieznośną kokieterią, gdy powielają ją setki i tysiące głosów, w tym mój. Lecz oto nadchodzi rok 2019 i: „Stary, skończony Świetlicki na spacerze z psem. / Znowu to samo. Najprościej by było / to zlekceważyć (…) ” (s. 10).

Obok Jacka Podsiadły i Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego uważałem i uważam Świetlickiego za najważniejszego poetę mojego pokolenia

Nie da się ukryć, że o „skończeniu się” Świetlickiego czytaliśmy w rozmaitych tonacjach także w jego poprzednich tomikach. Ja najbardziej lubię frazę ze zbioru „Nieczynny” (2003): „Mamy nadzieję, ptaszku, że się już skończyłeś” („Ćwierkanie”). Ale teraz sytuacja jest inna. Poeta nie „skończył się” w tym sensie, żeby złamał pióro, uległ zapomnieniu i jego jedynym towarzyszem została bokserka na smyczy. Niemniej skończyła się sytuacja, w której – to autentyczna scena, byłem jej świadkiem – w jakiejś knajpie studenckiej w Warszawie dziewczyna na wieść, że w szatni nie ma jej ulubionej marki papierosów, mogła rzucić od niechcenia: „Po zdjęciu czarnych okularów / ten świat przerażający jest tym bardziej” („Le gusta este jardin?…” z „Zimnych krajów”, 1992).

Skończyła się moda na poetów „brulionu”, skończyło się gorączkowe wdzieranie się na koncerty Świetlików w obawie, że zostanie się na zewnątrz permanentnie zbyt małej sali. Zbliżający się nieubłaganie do sześćdziesiątki autor ma utrwaloną pozycję, wiernych odbiorców, krąg znajomych, ale temperatura wokół niego spadła. Owszem trafi się jeszcze młoda intelektualistka, tłumacząca poecie, co napisał (przezabawny jest na ten temat krótki komiks Maciejowskiego na ss. 42-45), na spotkaniu autorskim nie będzie przykrego wrażenia pustki, niemniej słowa o osamotnieniu odzyskują po latach wiarygodność:

Po co ty się tłumaczysz
z tych starych płyt, jest tam muzyka, którą tylko ty,
która nikogo, zostajesz sam w domu,
coraz bardziej i głębiej, po co się tłumaczysz,
nie słucha nikt (s.12).

Nagle przekonuje także wyraz zmęczenia:

Oni płacą pieniądze, żeby cię zobaczyć.
Musisz ciągle pamiętać. Nie możesz ich zawieść.
A kim są? Czemu płacą? I kiedy był moment,
w którym zaczęli płacić? Jakoś przegapiłem.
Szlaki się przetarły. Przegapiłem koniec (s.51).

Jak kiedyś (w „Świerszczach II” z „Zimnych krajów 2”, 1995) śmierć kotów okazywała się obrazową metaforą śmierci miłości – i zwiastunem rozciągniętego na lata procesu umierania – tak obecnie psy pozwalają powiedzieć coś o ciążeniu napisanych dawniej strof:

A one zawsze wychodziły z domu,
potem wracały złachane, skundlone,
(…) Należało je
Kąpać, przepraszać za świat.
Te wiersze wracają.
Spode łba patrzą (s. 7).


[1] J. Jarzębski, „Apetyt na przemianę. Notatki o prozie współczesnej”, Kraków 1997.
[2] M. Świetlicki, „Ale o co ci chodzi?” (Marcin Świetlicki, wiersze 2016-2019; Marcin Maciejowski, rysunki 2018-2019), Wydawnictwo Wolno, Lusowo 2019, 108 s.
[3] Cz. Miłosz, „Traktat poetycki”, cyt. wg wydania: Cz. Miłosz, „Wiersze wszystkie”, Kraków 2011, s. 383.

Fragment tekstu, który ukazał się w najnowszym numerze kwartalnika „Więź”, jesień 2019

Kup tutaj