W krytyce akcji „Nie świruj, idź na wybory” Maria Libura słusznie dopomina się o szacunek dla osób chorych psychicznie i broni ich praw. Zupełnie abstrahuje jednak od sytuacji politycznej, na którą ta akcja jest odpowiedzią.

„Więź” opublikowała bardzo ważny tekst Marii Libury o profrekwencyjnej kampanii na rzecz udziału w wyborach „Nie świruj, idź na wybory”. Według oceny autorki w tej akcji społecznej mamy do czynienia ze stygmatyzowaniem osób chorych psychicznie. Ważny to głos, bo Maria Libura jest ekspertką ds. zdrowia, kierowniczką Zakładu Dydaktyki i Symulacji Medycznej Collegium Medicum Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie, wiceprezeską Polskiego Towarzystwa Komunikacji Medycznej, reprezentuje pacjentów. Wypowiada się jako osoba kompetentna w zakresie chorób psychicznych i ochrony praw pacjentów dotkniętych chorobą psychiczną czy zespołem wad wrodzonych. W 2007 roku opublikowała książkę „Moje dziecko ma zespół Pradera-Williego. Jak mogę mu pomóc?”. To właśnie te kompetencje upoważniają ją do zabrania głosu i nadają jej wypowiedzi szczególną rangę.

W pełni zgadzam się z podstawową konstatacją – chorych psychicznie stygmatyzować nie wolno, nie wolno wypowiadać się o nich pogardliwie, zamykać w krzywdzących stereotypach, nie wolno lekceważyć ich cierpienia. W tym duchu wypowiedział się rzecznik praw obywatelskich, który w swoim oświadczeniu „stanowczo sprzeciwia się konstruowaniu kampanii profrekwencyjnych w oparciu o stereotypy dotyczące grup narażonych na dyskryminację, w tym osób chorujących psychicznie”. Również zarząd Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego apeluje o rozwagę i poszanowanie godności osób zmagających się z chorobami psychicznymi. Ta sprawa jest poza sporem. W pełni solidaryzuję się z tymi wszystkimi, którzy bronią zagrożonej godności osób chorych psychicznie.

A jednak muszę z tym artykułem polemizować.

Maria Libura działa w Klubie Jagiellońskim oraz współpracuje z miesięcznikiem „Nowa Konfederacja”. A więc wywodzi się ze  środowiska republikańskich konserwatystów. Piszę o tym dlatego, ponieważ uważam, że dla mojej polemiki ma to istotne znaczenie. Co by nie mówić o Klubie Jagiellońskim – nie jest on think tankiem lewicy, a „Krytyka Polityczna” nie jest jego organem prasowym. Horyzont ideowy profiluje przecież w jakimś stopniu i sposób widzenia świata, i wrażliwość społeczną na różne grupy dyskryminowane. Problematyka podjęta przez panią Liburę nie jest tylko czysto bioetyczna, lecz także polityczna, odnosi się bowiem do sfery publicznej.

Maria Libura słusznie dopomina się o szacunek dla osób chorych psychicznie i broni ich praw, naruszanych według niej przez akcję namawiającą do uczestnictwa w wyborach, zupełnie abstrahuje jednak od sytuacji politycznej, na którą ta akcja jest odpowiedzią. Jest to błąd metodologiczny. Istotą mojej polemiki jest wskazanie na fakt, że w kraju, w którym cała rzesza obywateli poddana jest politycznej stygmatyzacji i doświadcza brutalnej przemocy symbolicznej, a także fizycznej, krytyka akcji społecznej, która używa utartego w kolokwialnej polszczyźnie wyrażenia „świr, świrować”, sama w sobie słuszna, jest jednak daleko idącą deformacją w opisie sceny publicznej. A przecież artykuł Libury dotyczył tego, jakim językiem posługujemy się w publicznym dyskursie i w jaki sposób ten język może stygmatyzować, a więc krzywdzić. Razi mnie w jej wystąpieniu właśnie to zawężenie.

To nie chorzy psychicznie są ofiarami zorganizowanej kampanii przemocy w dzisiejszej Polsce, prowadzonej w brutalny sposób w mediach zawłaszczonych przez jedną partię, a także uprawianej gorliwie przez niektórych arcybiskupów, niektórych szeregowych księży i katolików świeckich

Przemoc symboliczna stowarzyszona z przemocą fizyczną jest dramatyczną rzeczywistością dzisiejszej Polski. I zapewniam Marię Liburę – to nie chorzy psychicznie są ofiarami tej zorganizowanej kampanii przemocy, prowadzonej w brutalny sposób w mediach zawłaszczonych przez jedną partię, a także uprawianej gorliwie przez niektórych arcybiskupów, niektórych szeregowych księży i katolików świeckich. To nie chorych psychiczne stygmatyzuje się dzisiaj w Polsce. Celem kampanii nienawiści i przemocy są osoby LGBT czy ludzie o „pedalskim wyglądzie”, rzekomi czy potencjalni uchodźcy, obcokrajowcy, szczególnie ci o śniadej bądź czarnej skórze, przeciwnicy polityczni obecnej ekipy, dziennikarze czy historycy, których badania nie podobają się władzy. Nie trzeba być „ekspertem od LGBT”, żeby to widzieć i rozumieć. Maria Libura mieszka w Polsce, ma dostęp do mediów – wie zatem doskonale, na czym to polega, jakiego języka się używa, jak działa w tej kampanii mechanizm stygmatyzacji.

Jestem pewien, że Libura z równą troską i empatią pochyla się nad ofiarami języka skrajnej prawicy, faszystowskiego bluzgu, który rozbrzmiewa na polskich ulicach czy na wałach Jasnogórskiego klasztoru, nad mową i czynami Armii Boga uzbrojonej w różańce, plującej, rzucającej kamieniami, kopiącej ludzi idących w Marszu Równości w Białymstoku. Polecam Marii Liburze obejrzenie wielu materiałów filmowych z tego marszu, z Marszów Niepodległości, z akcji blokowania polskich faszystów maszerujących przez polskie miasta. Bardzo gorąco polecam też obejrzenie wstrząsającego filmu dokumentalnego Grzegorza Paprzyckiego „Mój kraj taki piękny”. Autor był z kamerą w samym oku cyklonu, rejestrował ekscesy bojówek nacjonalistów, interwencje policji pacyfikującej nie faszystów wznoszących zabronione prawem okrzyki, ale tych, którzy stanęli im na drodze. Film ukazuje przerażający krajobraz Polski współczesnej, gdzie na ulicach zamaskowani Szturmowcy – skrajny odłam narodowców z wytatuowanymi na karkach cyframi 88, czyli Heil Hitler (ósma litera alfabetu to H) – grożą śmiercią tym, których naznaczyli, napiętnowali i wykluczyli ze wspólnoty narodowej. 17 września oglądałem ten film ze ściśniętym sercem w Centrum Premier na Czerskiej i brałem udział w dyskusji „Czy przed nami już tylko przemoc?”. Mówiliśmy tam również o stygmatyzacji i o tym, jak przemoc dotyka obie strony konfliktu. Dyskutowaliśmy, czy hasła padające z ust demonstrantów blokujących przemarsz faszystów w Warszawie: „Faszyści, szmalcownicy, wypierdalać ze stolicy” są stygmatyzacją i nie powinny były się pojawić? Czy są obelgą, czy nazywaniem rzeczy po imieniu?

I jeszcze drobiazg. Przyznam, że zdziwił mnie fragment artykułu, odnoszący się do o. Tomasza Dostatniego OP. „Duchowny, ojciec Tomasz Dostatni, wprowadza jeszcze element wątpliwej metafizyki – i tym, co nie pójdą głosować, przyprawia rogi. Wzmocnienie historycznie silnego, obiegowego powiązania między grzechem a chorobą to doprawdy chybiona forma ewangelizacji”. Tu zabrakło chyba Liburze umiejętności rozróżniania rejestrów retorycznych wypowiedzi. Nie podoba się jej „wątpliwa metafizyka” Dostatniego. Jeśli – jak orzeka – uprawiana on „chybioną formę ewangelizacji”, to w jaki sposób nazwie tę formę ewangelizacji, jaką uprawia np. abp Marek Jędraszewski, bp Wiesław Mering, abp Sławoj Leszek Głódź, abp Henryk Hoser czy o. Tadeusz Rydzyk?

Dlaczego to jest artykuł ważny? Ten głos uświadamia nam po raz kolejny, jak toksyczna jest przemoc, jaką ma zabójczą dynamikę. Przemoc rodzi przemoc. To jest jedna z najgroźniejszych chorób społecznych, jaką zafundował nam Jarosław Kaczyński. To nie uchodźcy roznoszą zarazki – zarazki moralnej zapaści roznosi „dobra zmiana”. Maria Libura znakomicie zdaje sobie sprawę, jaki mamy w Polsce czas. Jednak w jej artykule tego nie widać. Nie znający realiów czytelnik może sobie pomyśleć: co to za kraj, w którym jacyś wynaturzeni aktorzy, jakiś Pszoniak strojący głupie miny, naśmiewają się z chorych psychicznie? Kompletny upadek moralny. Degrengolada. Jest to oczywiście absurd: ani nie ma takiej Polski, ani Pszoniak nie jest degeneratem moralnym.

Nieporozumienie polega na tym, że niczego nie możemy się dowiedzieć z tekstu Marii Libury o tym, jak niezwykle ważne są nadchodzące wybory, wybory rangi być – albo nie być, wybory w sytuacji, kiedy mamy do czynienia z fundamentalnym zagrożeniem ładu demokratycznego naszego kraju. Dlatego autorzy akcji „Nie świruj, idź na wybory” desperacko próbują namówić rzesze Polaków biernych i obojętnych wobec tego, co się dzieje, żeby z tej bierności się otrząsnęły. To jest terapia szokowa, bo sytuacja jest nadzwyczajna.

Można uznać, że formuła jest niefortunna (mnie nie razi aż tak bardzo powiedzenie „nie świruj”, bardziej rażą mnie gesty i zachowania aktorów). Dobrze, że Maria Libura i inni zwrócili na to uwagę. Bronię razem z nimi prawa chorych psychicznie do szacunku, ale te głosy muszą zostać wpisane w sytuację dzisiejszej Polski. Wskazywanie tylko na stygmatyzujące użycie zdania „nie świruj”, a kompletne pominięcie fali nienawiści i przemocy zatruwającej życie publiczne, nie wspomnienie o tym ani słowem, nie jest w porządku. I przeciwko temu protestuję. Uzupełniam tu więc niezbędny, a nieobecny w artykule Marii Libury, aktualny kontekst polityczny. Bez niego jej wypowiedź – szlachetna, słuszna, piękna i godna pochwały – zawisa w próżni.