Powstało dzieło brawurowe, mocno angażujące widza. Doskonały przykład filmowej dyscypliny. Choć ta ascetyczna i wielopoziomowa historia trwa zaledwie 78 minut, porywa, niepokoi, nieustannie trzyma na skraju fotela.

Pusta prowincjonalna szosa. Upalny niedzielny poranek. Kłótnia rodzinna. I przypadkowy wypadek, który wywraca wszystko do góry nogami. To punkt wyjścia „Supernovy”, fabularnego debiutu Bartosza Kruhlika.

Tego filmu miało na tegorocznym festiwalu filmowym w Gdyni nie być. Został odrzucony przez organizatorów (mimo rekomendacji zespołu selekcyjnego) i włączony do konkursu głównego dopiero po protestach środowiska filmowego, wraz z „Mową ptaków” Xawerego Żuławskiego i „Interiorem” Marka Lechkiego. Dobrze się stało. Obraz Kruhlika okazał się bowiem nie tylko najlepszym tytułem z powyżej wymienionych, lecz także rewelacją całego festiwalu, chyba najbardziej błyskotliwym filmem stawki. Już dziś warto zapisać sobie datę 22 listopada – wtedy „Supernova” wchodzi na ekrany kin.

Sam Kruhlik nie jest twórcą całkowicie nieznanym. Jego krótkie metraże, takie jak „Żar” czy „Adaptacja” zdobywały uznanie na festiwalach. „Supernova” zresztą także początkowo pomyślana była jako film 30-minutowy. Dopiero program „60 minut” Studia Munka zachęcił młodego twórcę do rozbudowania swojej opowieści.

„Supernova” to film apokaliptyczny, ale kameralny, osobisty, wyśmiewający wielkie katastroficzne narracje

Finalnie powstało dzieło brawurowe (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) i bardzo mocno angażujące widza, a także gruntownie przemyślane. Doskonały przykład filmowej dyscypliny oraz tego, że można skromnymi środkami opowiedzieć jednocześnie ascetyczną i wielopoziomową historię, która – choć w kinie trwa zaledwie 78 minut! – porywa, niepokoi, nieustannie trzyma na skraju fotela. Świetnie skonstruowany scenariusz ogranicza ekranowe zdarzenia do jednego miejsca, czasu i akcji. W większości nieznani aktorzy grają niezwykle uważnie, bez szarż. Zaś kamera Michała Dymka trzyma się blisko postaci. Wszystko to tworzy duszną, pełną rozsadzającego napięcia atmosferę. Tempo narracji stale przyspiesza i nie wydaje się, by miało zwolnić.

Nie ma jednego głównego bohatera, jest trzech wiodących. Michał Matys (Marcin Zarzeczny) – mężczyzna, którego rodziną były ofiary wypadku; aspirant Sławek Makowski (Marek Braun) – jego dziwnie poruszony tragedią kuzyn. Oraz Adam Nowak (znany wcześniej głównie z ról dubbingowych i roli w „Drzazgach” Macieja Pieprzycy Marcin Hycnar), sprawca. Ich dramat rozegra się w scenerii polskiej, do bólu polskiej, w naszym „tu i teraz”, i nie chodzi tylko o dobrze nam znaną spokojną prowincjonalną szosę i pozorną idyllę niedzielnego upalnego poranka. Nieoczekiwane zdarzenie pokaże zaskakujące powiązania i nieoczywiste reakcje. Porwie wszystkich w szaleńczy wir (kolejna wersja chocholego tańca?), w którym wymieszają się osobista tragedia z cynizmem polityki, patologia z drogą do odkupienia, wynikająca z nudy ciekawość ze zbiorową agresją. Opadną maski, ukaże się wyrafinowanie, ale i prześwity żalu, ludzkich emocji.

Będzie to taniec śmierci. Bolesny i skrajnie niewygodny dla widza. Niewygodny, bo bliski; przypominający o kruchości życia. „Supernova” to bowiem film apokaliptyczny, ale kameralny, osobisty, wyśmiewający wielkie katastroficzne narracje. Nie będzie końca świata. Nie nastąpi wielka apokalipsa, globalna katastrofa, tytułowa supernowa – śmierć gwiazdy. Gdy – mówiąc Miłoszem – w naszej krainie umilknie zgiełk świata, naszego prywatnego świata, wszystko inne stanie się nieważne.

Śmierć w debiucie Kruhlika nie nadejdzie jutro, jak chciał Bond. Zjawi się teraz, zaraz, w najmniej oczekiwanym momencie i obróci w pył rzeczywistość. Jak w niedoskonałych „11 minutach” Skolimowskiego, jak w „Poważnym człowieku” Coenów. Nasza mała apokalipsa, jak u Konwickiego. Nieubłagalna, niechciana domowniczka śmierć. Staniemy bezradni, nieprzygotowani. Oniemiali.