Modlitwa wewnętrzna wydaje owoce, po które trzeba sięgać wysoko, nie cofając się przed tym, czego to wymaga. A wymaga przyznania: „nie wiem!”.

Ostatnio raz po raz słyszę lub czytam wspomnienia o postaci profesora Zbigniewa Religi, w których autorzy akcentują jego konsekwentny ateizm. Obcowanie z tą postawą ma przynosić ulgę w zestawieniu z sentymentalizmem i fundamentalizmem, którymi odznaczają się wierzący.

Aksjomatem dobrego porozumienia w pluralistycznym świecie jest powstrzymywanie się od sądzenia. Także wtedy, gdy chodzi o porozumienie w rzeczach wiary – potrzebna jest przestrzeń, która zapewnia wolność od ocennego dyskursu.

Obdarzajmy się wzajemnie wolnością, świat będzie dzięki temu lepszy.

Religa ośmielił się stwierdzić, iż wie, że „po śmierci będzie w ziemi”. Mnie to przynosi ulgę w porównaniu z rozpowszechnionym kultem i wymogiem uprawiania naiwnych wyobrażeń, jakie zaszczepia się dzieciom. Te wyobrażenia blokują przestrzeń, która mogłaby pomieścić dojrzewające owoce kontemplacji.

Czas obecny będzie suchy, jak niektórzy by chcieli, będzie czasem nieobecności Boga, braku kontaktu z Nim. Aby tak się nie stało, potrzebujemy szkoły modlitwy wewnętrznej, komunikacji z transcendencją. Intymnej, wolnej od potrzeby narzucania czegokolwiek innym.

Modlitwa wewnętrzna wydaje owoce, po które trzeba sięgać wysoko, nie cofając się przed tym, czego to wymaga. A wymaga przyznania: „nie wiem!”. Wierzę i ufam, więc mogę obywać się bez wiedzy, a w każdym razie bez wyobrażeń.

Nauka religii, tak pojęta, jak jest praktykowana w szkole, w małym stopniu może inicjować modlitwę wewnętrzną. Nie zawiera czynnika skupienia, słuchania Pana, obecnego w Jego stworzeniu.

Drogę modlitwy wewnętrznej może inicjować świadek życiodajnej pełni tej modlitwy. Nie łatwo być takim świadkiem, zwłaszcza wobec rozhukanej lub znudzonej klasy. Pytanie też, ilu jest praktykujących nauczycieli – mistrzów życia wewnętrznego. Myślę o mistrzach, a sama niewielu spotkałam i brakowało mi pilności i odwagi, by docierać do ich tajemnic. Obawiam się, że na ogół nie dochodzi na naszych lekcjach do głębokich międzyludzkich kontaktów. Podobnie w rodzinach. Rozumiem, dlaczego. Wstydzimy się prób dzielenia się czymś innym od świadomości „obowiązków pobożnościowych”.

Myślę, że przeżycia estetyczne mogłyby ludziom pomóc dojrzeć do nieznanych krajobrazów. Musiałyby jednak być śmielsze, niż to, co się prezentuje młodym, czy wręcz dzieciom.

Tekst opublikowany pierwotnie przez Autorkę na Facebooku