Spore oczekiwania nie zostały zawiedzione. „Boże Ciało” to zdecydowanie najdojrzalsze dzieło reżysera „Sali samobójców”.

Na ten film festiwalowa publiczność w Gdyni czekała chyba najbardziej. Jan Komasa przywiózł tam swój trzeci fabularny film, tym razem z konkretnym „cv” – wcześniej został owacyjnie przyjęty i nagrodzony w Wenecji (co prawda nie w konkursie głównym, ale jednak) oraz wskazany jako oficjalny polski kandydat do Oscara. Słowem, oczekiwania były spore. I można już chyba powiedzieć, że nie zostały zawiedzione.

„Boże Ciało” to zdecydowanie najdojrzalsze dzieło reżysera „Sali samobójców”. I najbardziej filmowo spełnione. Reżyserska precyzja Komasy, świetnie skonstruowany scenariusz Mateusza Pacewicza, zdjęcia Piotra Sobocińskiego i brawurowa gra obsady (na czele z Bartoszem Bielenią w głównej roli) tworzą opowieść uniwersalną i wielopłaszczyznową.

Dwudziestoletni Daniel, chłopak zwolniony z poprawczaka, chce – co nierealne po wyroku – zostać księdzem. Splot szczęśliwych dla niego zdarzeń powoduje, że jego marzenie zaczyna się spełniać.

Komasa wyraźnie ucieka od publicystyki i efekciarstwa. Nie rezygnuje przy tym ze społecznych czy teologicznych aluzji

Piszę o dojrzałości twórcy, przy tej historii łatwo byłoby bowiem popaść w uproszczenia i klisze. Skoro Daniel zostaje księdzem na zastępstwie w małej podkarpackiej parafii, bez większego wysiłku można by pokazać czarno-biały świat, w którym królują na przykład wszechobecny cynizm, grzechy duchownych i mentalna ciasnota ludności. Komasa wybiera trudniejszą drogę, wyraźnie ucieka od efekciarstwa i publicystyki, która w ostatnim czasie rozgrzewa opinię publiczną. Nie rezygnuje przy tym ze społecznych czy teologicznych aluzji. Ukazuje fasadowość religijności wiernych, ich – jak się wydaje – nieprzejednany upór w kluczowej dla filmu sprawie. A jednocześnie dostrzega nieleczone traumy oraz tęsknoty, nawet u najgorszych.

W podobnie niejednoznaczny sposób twórca „Miasta 44” portretuje głównego bohatera. Daniel sięga po perfidne oszustwo, podaje się za kogoś, kim nie jest, nadużywa zaufania klerykalnej społeczności, bawi się zbiorowymi emocjami. Szybko zdobywa pewność siebie. Mówiąc językiem kościelnym, sprawuje swoją posługę niegodnie, wręcz świętokradczo, udzielane przez niego sakramenty są nieważne. Po co właściwie zostaje „księdzem”? Przecież nie z powodu zadomowienia w Kościele, nie z pobudek moralnych. Z potrzeby uznania? Poczucia posiadania władzy duchowej, która bywa potężniejsza od materialnej? Gdyby inne miejsce mu je gwarantowało, udałby się w nie?

Daniel w sposób dosłowny rozumie słowa znajomego kapelana, że „każdy z nas może być kapłanem Chrystusa” i mianuje siebie przewodnikiem duchowym. Jednocześnie jest w tym, co robi, paradoksalnie autentyczny. Zło staje się punktem wyjścia do dobra. „Ksiądz Tomasz” (tak się przedstawia) walczy z faryzeizmem swoich wiernych, śmieje się z tymi, którzy się śmieją. Głosi dobrą nowinę, co prawda w wersji uproszczonej, ale trafiającej do ludzi. Na twarzach wiernych pojawia się pocieszenie, o co wcale niełatwo. Wydaje się więc, że samozwańczy ksiądz wierzy w to, czego naucza (a to w praktyce, jak wiemy, cecha nie wszystkich duchownych). Powiedzielibyśmy, staje się „kapłanem z powołania”. Na ile zatem – choć brzmi to prowokacyjnie – niezbędne są formy zaaprobowane przez Kościół, skoro nawet autentyczny ksiądz w filmie przekonuje, że „Bóg jest wszędzie”?

W „Bożym Ciele” nie ma łatwych odpowiedzi, spektakularnych nawróceń i przemian duchowych. Zamiast zbyt banalnego „odpuszczenia win” są nieśmiałe przebłyski światła w drodze. Nieregularne, nietrwałe, wykoślawione. Dotknięcia Łaski. Oto gdyńska „katecheza” Jana Komasy.