Szukanie źródła kłopotów naokoło, a nie we własnym łonie, zamiatanie śmieci pod dywan – organizatorzy „Polski pod krzyżem” nie rozumieją problemów polskiego Kościoła, podobnie jak episkopat.

Nietrafioną jest według mnie diagnoza wypowiedziana na tych łamach – w tekście „Liberał pod krzyżem” – przez ks. prof. Andrzeja Dragułę na temat sprzeciwów wobec akcji „Polska pod krzyżem”. Cytuję fragment, o który przede wszystkim chodzi:

„Mierzi nas – przyznajmy – ta atmosfera silnych religijnych emocji podczas spotkania, prawda? Te wielkie pokuty, ekstremalność do granic, wezwania do odwagi, by stanąć pod krzyżem. Czyż nie są one wyzwaniem dla naszej – że tak powiem – religijności w wersji soft, umiarkowanej i rozsądnej? Tak, noszę w sobie to wewnętrzne napięcie, którego nie da się pokonać. Wynika ono z konfrontacji mojego głębokiego, ludowego wychowania religijnego z myśleniem liberalnym, w którym ukształtowała się moja teologia i moje kapłaństwo. Nigdy się tego napięcia nie pozbawię. Bo i nie powinienem. Ono mnie – z jednej strony – nie skłania, by się wybrać do Włocławka z Polską «pod Krzyż», z drugiej jednak – każe mi stanąć w obronie wszystkich, którzy tam zmierzają. Ja z nimi nie idę, ale ich rozumiem. Poszli tam, gdzie znaleźli język, który wyrazi ich stan ducha i ich duchowe pragnienia. Myśmy go im nie dali. Niejeden z nas – niestety – prychnął jeszcze z pogardą”.

Jest tu jakieś „nas”. Kim jesteśmy owi „my”? Rozumiem przez to osoby, które wobec akcji były krytyczne, a więc w tym „my” mogę odnaleźć też siebie. Pozwolę więc sobie na kilka słów w odpowiedzi, żeby nakreślić stan faktyczny przynajmniej co do moich odczuć, a może ktoś inny także w tym się odnajdzie.

Otóż to nie silne emocje mnie mierżą, nie wspólne stawanie pod krzyżem. Przeżywanie razem z innymi ludźmi spraw duchowych jest rzeczą wspaniałą. Emocje najsilniejsze znajdujące wyraz w krzyku, płaczu, śmiechu są potrzebne, są fascynujące. Jeśli ktoś ma w sobie otwartość, by je przeżywać publicznie – dobrze. Udane, autentyczne spotkanie z innymi wyzwala z reguły entuzjazm i zapala do działania. Radość i smutek mogą się manifestować w najróżniejsze sposoby, wcale mi to nie przeszkadza. Przez lata należałam do wspólnoty oazowej, z modlitwą w różnych formach zbiorowych; serce rozpalały mi zjazdy na Lednicy bardzo spektakularne formalnie; brałam także udział w modlitwach ruchów charyzmatycznych, z wszystkimi szokującymi dla niektórych zachowaniami typu glosolalia i spoczynki w Duchu. Podniosła, dynamiczna muzyka neokatechumenatu napędzała moje emocje, choć bliscy śmiali się pod nosem. Nie krytykuję tego wszystkiego. Wcale nie o formę tu chodzi.

Mierzi natomiast stanowisko organizatorów modlitwy „Polski pod krzyżem”. Sformułowana przez nich nota zaczyna się od słów: „W ostatnim czasie wzmogły się ataki na Kościół ze strony antychrześcijańskich środowisk. […] To co dotychczas było jasno nazywane grzechem staje się przedmiotem debaty”.

Stanowisko to dobrze oddaje problem, jaki ma ze sobą polski Kościół, upatrując źródła obecnych kłopotów naokoło, a nie we własnym łonie. Jest to klasyczne szukanie wroga na zewnątrz i zamiatanie własnych śmieci pod dywan. Ani słowa tu o kryzysie wiarygodności Kościoła związanym ze sprawą pedofilii i reakcją na nią w polskim episkopacie. Wątpliwość budzi, co organizatorzy uważają za ataki – czy nie jest dla nich atakiem już sama krytyka obecnej sytuacji, która rwie się też z mojego serca i umysłu? Co mają na myśli, gdy mówią o grzechu, który dziś staje się przedmiotem debaty? Czy w istocie nie o stanowisku bliskim twórcom dokumentu „Amoris laetitia”? Czy nie o Franciszkowym namyśle nad sytuacją osób żyjących w ponownych związkach? Może o szukaniu miejsca dla osób LGBT w Kościele? Ani słowa też o uwikłaniu Kościoła w mariaż z tronem, o wzajemnych umizgach, politykach promujących się przy ambonie.

Czy to nie sami liderzy Kościoła wprowadzili rzesze polskich katolików w histeryczny, lękowy stan?

Tak oto organizatorzy definiują problemy polskiego Kościoła. I to właśnie mierzi i budzi mój sprzeciw, bynajmniej nie forma. Forma jest tu sprawą pięćdziesiątego rzędu. Tak mniej więcej ważną jak to, czy uczeń fatalne, jedynkowe wypracowanie napisał długopisem niebieskim czy czarnym.

Wyraźnie pragnę przy tym zaznaczyć, że nie wypowiadam się tu o faktycznym przebiegu samego wydarzenia. Podobno były w nim elementy tak cenne jak przejmujące świadectwo mężczyzny wielokrotnie wykorzystanego seksualnie przez księdza. Zbigniew Nosowski, który miał okazję go wysłuchać, powiedział: „Nie znam innego masowego spotkania katolików, którego uczestnicy mogli usłyszeć tak mocne słowa o krzywdzie i spustoszeniu, jakie spowodował duchowny w ministrancie”. Podkreślam więc, że odnoszę się do słów ks. Andrzeja Draguły, które tyczą się nie tyle samego wydarzenia i jego autentycznego przebiegu, ile wcześniejszych przyczyn krytykowania go – przyczyn zrekonstruowanych według mnie nietrafnie. Mówię tu zatem o samym sposobie skrzykiwania się na to modlitewne czuwanie, o jego kierunku, jaki był zaplanowany, a jaki według mnie jest głęboko niepokojący, bo to na taki jego kierunek i oficjalny przekaz godziły się poszczególne diecezje.

Dlaczego trafne opisanie intencji zarówno organizatorów, jak i krytykujących, jest rzeczą istotną? Nie chodzi wszak o to jedno (niemałe!) wydarzenie, ale o powtarzający się w naszych wewnątrzkościelnych sporach sposób opisu i argumentacji. O określenie kierunku, w jakim zmierzają wierni, a właściwie co najmniej dwóch kierunków, na tyle przeciwstawnych, że widmo podziału nie tylko nad nami wisi, ale już się do nas tuli.

Ks. Andrzej Draguła zauważa w swym tekście: „Fenomen [tej akcji] polega na bardzo dobrym rozpoznaniu duchowej sytuacji wielu polskich katolików. W moim przekonaniu – raz jeszcze powtórzę – ich dominującym przeświadczeniem jest zagubienie i bezradność”. Owszem, problem w tym, czy to nie sami liderzy Kościoła wprowadzili rzesze polskich katolików w histeryczny, lękowy stan, wskazując szybko wrogów w bluźniercach, profanatorach, uczestnikach parad równości, współczesnej kulturze, jakby nie dostrzegając, jak wielką profanacją jest dotąd nierozliczone krzywdzenie człowieka dokonujące się w samym Kościele (z problemem pedofilii na czele). A jeśli tak, to poszukiwanie uzdrowienia pod krzyżem jest jak najbardziej wskazane, ale wymaga innego zgoła sformułowania intencji.

Co rzekłszy, serdecznie Księdza Profesora pozdrawiam!