Nowa ewangelizacja nie powinna być próbą przyciągnięcia wielkich mas, ale raczej – pojedynczego człowieka.

Chyba każdego duszpasterza cieszy wysoka liczba uczestników spotkań, które organizuje. W ostatnich latach zauważam jednak coraz większą ilość masowych spotkań religijnych organizowanych w Polsce. Czy to problem?

Można wyróżnić kilka typów takich masowych wydarzeń religijnych. Po pierwsze – klasyczne pielgrzymki, które od wielu lat niezmiennie gromadzą ogromne rzesze wiernych w polskich sanktuariach. Po drugie – w ostatnim czasie coraz częściej organizowane są chrześcijańskie spotkania i festiwale młodych. Możemy do nich zaliczyć nie tylko Światowe Dni Młodzieży, ale również Lednicę 2000 i Przystanek Jezus. I wreszcie widzimy też ogromną popularność różnego typu wydarzeń charyzmatycznych, np. „Jezus na stadionie” czy „Strefa chwały”. Jako czwartą grupę można jeszcze wymienić akcje modlitewne rozpoczęte od „Wielkiej Pokuty”, których kontynuacją był „Różaniec bez granic”, a obecnie „Polska pod krzyżem”.

Ewangelia bez badań rynkowych

Każde z tych spotkań posiada swoją specyfikę i trudno byłoby znaleźć pewien wspólny mianownik. Niewątpliwie zawarty jest w nich ogromny potencjał dobra. Jednak jako duszpasterza, który od niedawna jest odpowiedzialny za jedno z takich spotkań, niepokoi mnie „pokusa wielkich liczb”. Odnoszę bowiem wrażenie, że przy okazji organizowania takich wydarzeń siłą rzeczy zawsze pojawia się pytanie o liczbę uczestników, co często prowadzi do tego, że aspekt mierzalny (socjologiczny) bierze górę nad duchowym i teologicznym.

Vittorio Messori pisał kiedyś, że „głoszeniu Dobrej Nowiny nie towarzyszyły – ani go nie poprzedzały – badania socjologiczne, antropologiczne czy inne naukowe kwerendy lub «specjalistyczne» analizy. I nie dlatego, że nie było wówczas takiego zwyczaju, lecz dlatego, że szerzenie Ewangelii nie podlega prawom, którym muszą się podporządkować «badania rynkowe» i «sondaże opinii publicznej»”.

Gdy Jezus mówi: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy” – ma na myśli nie wielu, lecz każdego

W samej konstatacji faktu wysokiej liczby uczestników nie ma nic złego – po to organizuje się takie spotkania, by uczestniczyło w nich wielu wiernych. Niepokój pojawia się w momencie oceny wydarzenia przez pryzmat liczb. Tutaj mimo wszystko teologia powinna przesłonić socjologię. Zanim zaczniemy organizować kolejne tego typu spotkanie, może warto zastanowić się, jak sam Jezus zareagowałby na nie. Nie możemy przecież nie zauważyć, że chodziły za Nim tłumy.

André Frossard, znany francuski dziennikarz i konwertyta, w jednym z wywiadów stwierdził, że „chrześcijański Bóg potrafi liczyć tylko do jednego: nie interesuje się masami, nie chodzi na kongresy. Interesuje się tylko poszczególnymi, konkretnymi osobami. Pracuje za kulisami, w ciszy, sam na sam”. Rzeczywiście możemy odnieść takie wrażenie, czytając Ewangelie. Chociaż Jezusowi towarzyszyły tłumy i Jego przepowiadanie było skierowane również do nich, nawrócenie dokonywało się w osobistym spotkaniu z Nauczycielem. Czy będą to apostołowie, Nikodem, Zacheusz czy Paweł, zawsze mamy do czynienia z doświadczeniem osobistego spotkania. Nigdzie nie spotkamy u Jezusa argumentacji typu „przyjdźcie do Mnie, żeby było nas dużo”.

Jezus nie dąży do wyprowadzenia ludzi na ulice, ale do nawrócenia serca. Interesował Go konkretny człowiek. Jednak każda Jego wypowiedź skierowana do pojedynczego człowieka dotyczyła nas wszystkich i każda wypowiedź skierowana do wszystkich była apelem do każdego z nas. Gdy Jezus mówi: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy” – ma na myśli nie wielu, lecz każdego. A gdy pyta Piotra „czy miłujesz Mnie?”, w tym pytaniu wszyscy się odnajdujemy. Jezus nie zabiega o to, by uczniów było wielu, ponieważ zależy Mu na wszystkich.

Historia niewidzialna

Możemy ostatnio spotkać się z opinią o złudnym „efekcie Franciszka”. Dane statystyczne wskazują, że w okresie pontyfikatu ostatniego papieża liczba powołań do seminariów i pielgrzymów przybywających do Rzymu ewidentnie zmalała. Z drugiej strony jest faktem, że papież Franciszek cieszy się ogromną popularnością mediów i słuchany jest przez ludzi odległych od Kościoła.

Oczywiście badania socjologiczne mogą nam coś powiedzieć o rzeczywistości, ale jest to wiedza jedynie cząstkowa. Zarówno zmniejszająca się liczba pielgrzymów, jak i zwiększająca się ilość fanów papieża, są jedynie danymi statystycznymi, a nie informacją o działaniu łaski w sercach ludzi. Tłum, który towarzyszył Jezusowi podczas wjazdu do Jerozolimy, bardzo szybko zmienił swoje emocjonalne nastawienie do Króla żydowskiego.

Kiedy uczestniczymy w wielkich spotkaniach religijnych, powinniśmy zadawać sobie pytanie nie jak wielu się nas zgromadziło, ale: czy spotkałem się z Chrystusem podczas tego wydarzenia

Wspomniany już André Frossard – który przez wiele lat komentował na łamach „Le Figaro” wydarzenia we współczesnym świecie – zauważył, że istnieją jakby dwa nurty historii. Jednym jest „historia, którą wszyscy widzimy, historia krwi, zamieszania, wściekłości”. Jednak obok niej istnieje inna historia – „ukryta, niewidzialna, z którą tylko co pewien czas zdarza się nam spotkać: historia miłosierdzia, miłości Boga do człowieka i miłości człowieka do Boga i do braci”. Ten wymiar historii jest tak naprawdę najbardziej interesujący i wymyka się on wszelkim sondażom opinii publicznej i podsumowaniom danych statystycznych.

O tym aspekcie historii mówił w 2000 r. kard. Joseph Ratzinger do katechetów i nauczycieli religii, poruszając zagadnienie nowej ewangelizacji. Prefekt Kongregacji Nauki Wiary, pozytywnie oceniając nowy powiew Ducha Świętego obecny w ruchach religijnych, zwrócił uwagę na „pokusę wyścigu do wielkich liczb”. Niecierpliwość i dążenie do szybkiego sukcesu mierzonego liczbami „nie jest metodą Bożą” – mówił wtedy. Odwoływał się do przypowieści o ziarnku gorczycy. Królestwo Boże rozpoczyna się od tego znaku. Jezus często mówił nie tylko o ziarnku gorczycy, ale Królestwo porównywał do zaczynu (Mt 13,33), do skarbu ukrytego w roli (Mt 13, 44), do drogocennej perły (Mt 13, 46). Zawsze na początku jest coś małego i pojedynczego.

Nowa ewangelizacja nie powinna być próbą przyciągnięcia wielkich mas. Raczej powinna być skierowana do pojedynczego człowieka. „Wielkie sprawy zawsze zaczynają się od małego ziarenka, a masowe ruchy są zawsze nietrwałe” – zauważył późniejszy papież. Inaczej mówiąc, wielkie sprawy mają skromne początki. A początek ten znajduje się w ludzkim sercu.

Ziarenko i drzewo

Czasem mamy wrażenie, że Kościół jest wielkim drzewem i chcemy, żeby wyrosło jeszcze większe. Liczba pielgrzymów, seminarzystów, nakład katolickich czasopism, wszystko powinno stale rosnąć…

Ta pokusa wielkich liczb powinna być stale ograniczana świadomością istnienia „ziarnka gorczycy”, niewidzialnego początku życia łaski Bożej w sercach ludzi, której nie da się zmierzyć żadnymi danymi statystycznymi. „Powinniśmy przyjąć tajemnicę – mówił kardynał Ratzinger – że Kościół jest zarazem wielkim drzewem i małym ziarenkiem. W dziejach zbawienia zawsze trwa jednocześnie Wielki Piątek i Niedziela Wielkanocna”.

Niecierpliwość i dążenie do szybkiego sukcesu mierzonego liczbami „nie jest metodą Bożą” – mówił kard. Joseph Ratzinger

Kiedy uczestniczymy w wielkich spotkaniach religijnych, np. nad Jeziorem Lednickim czy podczas Światowych Dni Młodzieży, powinniśmy zadawać sobie pytanie nie jak wielu się nas zgromadziło, ale: czy spotkałem się z Chrystusem podczas tego wydarzenia. Dla tego, kto rzeczywiście się z Nim spotkał, tłumy przestają istnieć. Jest tyko On i ja.

Trzeba jednak zauważyć, że chrześcijański Bóg, cokolwiek by pisał Frossard, potrafi liczyć nie tylko do jednego. Na pewno potrafi liczyć jeszcze do dwunastu. A to oznacza, że pomiędzy tłumami a sercem pojedynczego człowieka jest jeszcze wspólnota, komunia braci i sióstr. To właśnie ona tworzy pewną strukturę pośredniczącą, czy, jak chciał inny wielki francuski myśliciel Jean Guitton, „błonę płodową” życia łaski.

Kościół jest nazywany Matką. Małe ziarno łaski rzucone w serce człowieka rozwija się nie podczas wielkich spotkań, ale w doświadczeniu chrześcijańskiego życia na co dzień. To właśnie dzięki wspólnotom, przede wszystkim dzięki rodzinie, Bóg staje się bliski na wyciągnięcie ręki.

Zob. także: Zbigniew Nosowski, „Franciszek i osiem polskich pokus”.