Nie da się filmu Rosy wpisać w plany „patriotyczno-narodowej” kinematografii. Jest świetnie zrealizowany i zagrany, a do tego niejednoznaczny.

Józef Piłsudski nieustannie fascynuje, wzbudza emocje, dzieli i łączy. Stał się legendą, narodowym mitem, który wielu ideologów chciałoby zawłaszczyć i przerobić na swój obraz i podobieństwo. Nie da się jednak go zaanektować. Naśladowcy to zazwyczaj polityczni kabotyni, czasem niebezpieczni.

Jest i druga strona medalu. Piłsudski był, jest i pozostanie prawdziwie polskim bohaterem, a w Polsce bohaterowie nie mają łatwo – zawsze znajdą się ci, którzy chcą zburzyć legendę, a czasami zohydzić. Marszałek zatem do dziś musi lawirować między koniunkturalnymi naśladowcami a zawodowymi burzycielami pomników. I ciągle wychodzi z tych potyczek zwycięsko. Najnowsze dzieło Michała Rosy „Piłsudski” potwierdza tę tezę.

Twórczość Rosy to „moje klimaty”. Jego poprzedni, niedoceniony film „Szczęście świata” wręcz wielbię. Kino zwiewne, somnambuliczne, sensualne, mistyczne, ciepłe, a jednocześnie bardzo niepokojące – czujemy przecież, że reżyser prowadzi nas do niekoniecznie szczęśliwego zakończenia. Dziś już mało kto realizuje takie filmy. Rosa dał nam popis artystycznej bezinteresowności, połączenie kina historycznego z metafizycznym, które cofa czas, zaciera granice rzeczywistości i mitu.

Inny jego film, „Rysę”, uważam także za dzieło wybitne, najlepszy polski film wokół problemu lustracji. Powrót do przeszłości potrafi czasami zniszczyć nawet najszczęśliwszą rodzinę.

Żadnych niedoróbek

„Piłsudski” też się udał, choć zapewne będzie miał tyle samo zwolenników, co przeciwników. Taki temat! W końcu – podobno – trumny Piłsudskiego i Dmowskiego ciągle rządzą umysłami Polaków. Nie będę też ukrywał, że sam zostałem wychowany rodzinnie w duchu piłsudczykowskim.

Postać Marszałka odtwarzano na ekranie wielokrotnie. Zawsze był kłopot z tą wielowymiarową osobą, nie wystarczy przecież aktorowi przykleić wąsy, żeby dobrze zagrać Piłsudskiego. W mojej pamięci pozostają: genialny Jerzy Duszyński w „Śmierci prezydenta” Jerzego Kawalerowicza; stonowany Tadeusz Malak w serialu Andrzeja Wajdy „Z biegiem lat, z biegiem dni”; mistrzowski Zbigniew Zapasiewicz w telewizyjnym serialu Andrzeja Trzosa Rastawieckiego „Marszałek Piłsudski”; i ostatni odtwórca, Borys Szyc, ale do jego roli jeszcze powrócę.

„Piłsudski” to film dopracowany w każdym szczególe, żadnych niedoróbek. Podkreślić trzeba klasę autora zdjęć Piotra Śliskowskiego, jednego z najbardziej wrażliwych polskich operatorów, który potrafi dopasować kolor, jego odcień do nastroju chwili. Znakomita scenografia, dekoracje wnętrz i kostiumy.

Marszałek do dziś musi lawirować między koniunkturalnymi naśladowcami i zawodowymi burzycielami pomników. I ciągle wychodzi z tych potyczek zwycięsko

Rosa jest nie tylko reżyserem, ale i autorem scenariusza. Akcja rozpoczyna się na początku XX wieku, kończy zaś w 1918 roku, w momencie odzyskania niepodległości. 22 lutego 1900 r. Piłsudski został aresztowany po tym, jak carska ochrana odkryła tajną drukarnię PPS w Łodzi. Osadzono go w X Pawilonie Cytadeli i oskarżono dodatkowo, niesłusznie zresztą, o współudział w zabójstwie konfidenta. Jedynym wyjściem z sytuacji było symulowanie choroby psychicznej, dzięki czemu mógłby zostać przeniesiony do szpitala psychiatrycznego, mniej strzeżonej placówki. Piłsudski udawał więc – jak mówi Rosa w jednym z wywiadów, całkiem przekonująco – paniczny strach przed otruciem, elektrycznością oraz wojskowymi mundurami. W ten sposób trafił do szpitala św. Mikołaja Cudotwórcy w Petersburgu, w którym spędził osiem miesięcy.

Jest zatem rok 1901. Więzień, socjalista Józef Piłsudski „Ziuk” po brawurowej ucieczce ponownie staje na czele polskiego podziemia niepodległościowego. Ktoś po premierze filmu powiedział ironicznie: „Polska niepodległość zaczęła się po ucieczce z psychiatryka”.

Owładnięci dwoma absolutami

Potem poznajemy historię młodych zapalonych, niepodległościowych socjalistów, których przywódcą był trzydziestoczteroletni „Ziuk”. Wśród nich byli m.in.: Walery Sławek, Aleksander Prystor, Aleksander Sulkiewicz, Kazimierz Sosnkowski, Tadeusz Kasprzycki, Witold Jodko-Narkiewicz, Stefan Okrzeja, Tomasz Arciszewski, Józef Kwiatek i wielu innych. Wszyscy bardzo młodzi, nieokiełzani, rwący się do walki. To oni, młodzi socjaliści, 13 listopada 1904 r. zorganizowali na placu Grzybowskim w Warszawie demonstrację, w czasie której doszło do starć z rosyjską policją i wojskiem.

Rosa pokazuje, że potrafi znakomicie inscenizować sceny zbiorowe. Czujemy chaos tej akcji, kamera jest rozedrgana. Demonstracja zaczęła się na schodach kościoła Wszystkich Świętych, wcześniej w murach świątyni bojownicy PPS przekazywali sobie broń. Okrzeja wzniósł sztandar i zaintonowano „Warszawiankę”. Pochód ruszył w kierunku ulicy Bagno. Wtedy doszło do pierwszych starć. Po obu stronach byli zabici i ranni. Wielu uczestników demonstracji schroniło się w kościele, wyszli po kilku godzinach. Wydarzenia te były pierwszym, od czasu Powstania Styczniowego, zbrojnym wystąpieniem polskiej organizacji przeciwko władzy carskiej. Stały się mocnym argumentem dla Piłsudskiego do organizowania się w oddziały zbrojne. „Przejście do nowej taktyki jest koniecznością, nawet gdyby ta doprowadziła do powstania utopionego we krwi. Taniej nas to będzie kosztowało niż dzisiejsza martwota” – mówił przyszły Marszałek, wtedy bardzo ekstremalny w swoich poglądach (choć skłonność do radykalnych rozwiązań pozostała w nim do końca życia).

„Cóż za wspaniali ludzie, esencja najlepszej polskości, czynu niepodległościowego” – pisze o nich prof. Andrzej Friszke. I przypomina, że Piłsudski był przez 20 lat (1894-1914) liderem PPS, czyli partii socjalistycznej w Polsce, i za takiego został uznawany przez Międzynarodówkę. Jodko-Narkiewicz zaś kolegował się (przy uwzględnieniu różnicy wieku) z Fryderykiem Engelsem. Józef Kwiatek, jeden z głównych organizatorów manifestacji na placu Grzybowskim pochodził z rodziny żydowskiej. Aleksander Sulkiewicz był z kolei Tatarem – nazywał się Iskander Mirza Huzman Beg Sulkiewicz. Jego otwarty patriotyzm przez lata stanowił model wychowawczy dla polskich Tatarów. Zresztą to on był mózgiem i organizatorem ucieczki „Ziuka” ze szpitala psychiatrycznego, ważną rolę odegrał także młody polski lekarz Władysław Mazurkiewicz.

Tacy byli socjaliści Piłsudskiego, zróżnicowani pochodzeniem i doświadczeniem osobistym, ale owładnięci dwoma absolutami: niepodległością i socjalizmem. Idee Narodowej Demokracji odrzucali. Dla Piłsudskiego odzyskanie wolności było jednak najważniejsze, to był warunek wstępny, bez jego zrealizowania wszystko inne sczeźnie. Tak konsekwentnie myślał.

Napęd i dylematy

Na ekranie oglądamy akcje Organizacji Bojowej Polskiej Partii Socjalistycznej utworzonej w kwietniu 1904 r. i działającej do roku 1911. Przeprowadzała ona szereg akcji zbrojnych, mówiąc wprost: terrorystycznych, likwidując funkcjonariuszy i współpracowników rosyjskich władz okupacyjnych Królestwa Polskiego, dokonując licznych napadów rabunkowych na potrzeby działalności niepodległościowej i rewolucyjnej. Wstrząsająca scena inspirowana zamachem na Andrieja Markgrafskiego, generała, majora żandarmerii i szefa tajnej policji w guberni warszawskiej, pobudza do dyskusji o granicach walki zbrojnej. W tym zamachu zginął bowiem także trafiony przypadkowym pociskiem siedmioletni synek carskiego oficera.

Rosa nie pomija rozpadu PPS. Pokazuje zjazd partii w Wiedniu w 1906 roku, na którym koncepcje Piłsudskiego, szczególnie walki zbrojnej, zostają odrzucone przez frakcję ortodoksyjnych marksistów. „Ziuk” wraz z najwierniejszymi współpracownikami występuje wtedy z partii i zakłada własną PPS – Frakcję Rewolucyjną, potem powróci do starej nazwy.

Rosa pokazuje, że potrafi znakomicie inscenizować sceny zbiorowe

Historia pokaże, że to on miał rację. Rozłamowcy, którzy założyli wtedy PPS – Lewicę, a więc m.in. Maksymilian Horwitz-Walecki i Feliks Kon (opisywany przez Żeromskiego w opowiadaniu „Na plebanii w Wyszkowie”) związali się później z partią bolszewicką, i działali w Moskwie. Pierwszy z nich stał się ofiarą czystek stalinowskich, a drugi w tych czystkach brał czynny udział. Jeszcze inny los spotkał Feliksa Sachsa, w 1919 roku powrócił do wolnej Polski i wycofał się z życia politycznego, czy Estery Golde-Stróżeckiej, która wyjechała do Francji. Rosa przypomina, że ci ludzie przez krótki okres byli razem, ale ich wizje przyszłości różniły się fundamentalnie, były nie do pogodzenia ze sobą. Rozłamu nie można było uniknąć.

Myśl o niepodległości napędzała Piłsudskiego do działania. Muzeum Historii Polski wydało niedawno pod redakcją Mikołaja Mirowskiego książkę „Piłsudski [Nie] Znany. Historia i popkultura”. A w niej profesor Paweł Samuś zauważył, że rok 1908 okazał się decydującym w odchodzeniu „Ziuka” od idei socjalizmu. Z jego inspiracji współpracownicy założyli wtedy we Lwowie Związek Walki Czynnej, a sam Piłsudski przygotowywał akcję ekspropriacyjną w Bezdanach. Koncentrował się na organizowaniu kadr wojskowych dla przyszłego powstania antyrosyjskiego, choć formalnie do lipca 1914 roku pozostawał w najważniejszych gremiach partii. Zdaniem profesora Friszkego, ostatecznie rozejście z socjalizmem nastąpiło w 1916 roku, kiedy to realia kształtowania zalążków państwa polskiego wymagały wyjścia z rozwiązaniami ponadklasowymi. Te wszystkie dylematy Rosa w swoim filmie odnotowuje.

Wierni

Z ekranu nie schodzi Borys Szyc. Wielka rola. Wiadomo nie od dziś, że to po prostu fantastyczny aktor. Jego Piłsudski jest chwilami szalony, emocjonalny, choleryczny, ale też łatwo wzruszający się. Krytyczny wobec swoich, ale też lojalny wobec przyjaciół. Pełnokrwista postać. Przy okazji kochliwy. Rosa nie pomija jego burzliwego związku z Marią Piłsudską (Magdalena Boczarska) i Aleksandrą Szczerbińską (Maria Dębska), którą poznał jako odważną bojowniczkę niepodległościową. Wzruszająco i tragicznie wybrzmiewa na ekranie jego ojcowska miłość do pasierbicy Wandy Juszkiewiczówny (Eliza Rycembel).

W filmie wybija się jeszcze postać Walerego Sławka. Młody aktor Jan Marczewski, niedawny absolwent krakowskiej szkoły teatralnej, spisał się znakomicie. Świetny debiut. Sławek w jego wykonaniu to postać dramatyczna: lojalna, depresyjna, pełna wątpliwości, oddana w przyjaźni i miłości. Po przedwczesnej śmierci Wandy, pasierbicy „Ziuka”, w której się kochał, nigdy się już nie ożenił. Rosa wyraźnie sugeruje, że był to najbliższy z najbliższych dla Piłsudskiego. Ich przyjaźń z młodzieńczych, socjalistycznych lat przetrwała. Wiemy, że Sławek popełnił samobójstwo w domu przy Alei Szucha, w niedzielę 2 kwietnia 1939 roku o 20:45 (godzina śmierci Piłsudskiego); strzelił sobie w usta, zmarł kilka godzin później.

Wiernym druhem „Ziuka” był także Aleksander Prystor. W interpretacji Tomasza Schuchardta to prawdziwy kiler. Józef Pawłowski zagrał z kolei Sulkiewicza, przez dłuższy czas nie mogłem go rozpoznać, wiadomo – rewolucjonista: broda, bujne włosy, druciane okulary. Marcin Hycnar jako Jodko-Narkiewicz – podobny problem; tak samo Kamil Szeptycki w roli Sosnkowskiego: charakterystyczne, „rewolucyjne” binokle. Widać, że stanowią grupę przyjaciół na śmierć i życie. Chłopcy z ferajny. No i jeszcze Grzegorz Małecki, grany przez niego Szczucki to jedyna fikcyjna postać w filmie, ale bardzo ważna dramaturgicznie. Najpierw kwestionuje sens walki niepodległościowej – bo przecież ludzie mają się doskonale, car nie żałuje pieniędzy, nikt nie będzie walczył o Polskę – żeby za kilka lat powiedzieć: „zwariowałem teraz, tak jak zwariowałem kiedyś”.

Niejednoznaczność

Film – jak już zaznaczyłem – jest niejednoznaczny, to nie jest laurka patriotyczna, choć reżyser nie ukrywa sympatii do młodych socjalistów niepodległościowych. Ta „niejednoznaczność” przejawia się w kilku warstwach, dotyczy przede wszystkim oceny metod walki stosowanych przez Organizację Bojową PPS. Przecież niewinne ofiary były niekwestionowanym faktem, to musiało powodować dylematy moralne. A poza tym sam Piłsudski nie jest ideałem, to trochę furiat, zdolny do nieuczciwych chwytów politycznych, do szantażu (głosowanie w sprawie posiadania broni przez bojowców), ale jednocześnie romantyk, niepohamowany w miłości i przyjaźni. Był charyzmatyczny. Odnosił sukcesy, a potem los się odwracał, zostawiając go w osamotnieniu. Towarzyszyła mu ciągła niepewność co do słuszności podejmowanych działań.

Jedna z najważniejszych scen filmu to brawurowa akcja zorganizowana na dworcu w Bezdanach koło Wilna. Napad na rosyjski pociąg pocztowy. Rosa nakręcił tę czterominutową sekwencję jednym ujęciem. Prawdziwe kino! Przyznam, że poczułem się, jakbym był wśród napastników. Organizacja Bojowa PPS potrzebowała pieniędzy, dlatego napady rabunkowe organizowane były stosunkowo często. Wiązały się jednak, co oczywiste, ze sporym ryzykiem.

Wśród siedemnastu uczestników napadu w Bezdanach znalazło się czterech bojowców, którzy kilkanaście lat później pełnić będą funkcję premierów, czyli Józef Piłsudski, Walery Sławek, Aleksander Prystor i Tomasz Arciszewski.

To nie jest laurka patriotyczna, choć reżyser nie ukrywa sympatii do młodych socjalistów niepodległościowych

Reżyser pokazuje także wymarsz Pierwszej Kadrowej z krakowskich Oleandrów. Był 6 sierpnia 1914 roku. Piłsudski miał nadzieję, że wkraczające na teren zaboru rosyjskiego oddziały zostaną entuzjastycznie przyjęte, co skłoni władze austriackie do zdecydowanego poparcia sprawy polskiej i przyczyni się do odzyskania przez Polskę niepodległości. Ale oto oglądamy smutne sceny w okolicach Kielc, te słynne, zamknięte okiennice. „Czego się boicie – krzyczy zirytowany Kasprzycki, grany przez młodego aktora Filipa Kosiora – Po latach niewoli Polska idzie”. „Na jak długo?” – pyta nieufny chłop. „Jebał was pies” – zaklnie przyszły generał, a słowa te znajdą się w pieśni „My, pierwsza brygada”.

„Polacy mają w dupie niepodległość” – wyrzuci z siebie w rozżaleniu Piłsudski. Ale kiedy będzie ogłaszał w 1918 roku powstanie wolnej Polski powie, że Polacy chcieli zawsze niepodległości, ale okoliczności były niesprzyjające. Stosunek przyszłego marszałka do własnego narodu był bardzo krytyczny i niejednoznaczny. Szyc to świetnie „wygrywa”. Jego Piłsudski pragnął niepodległości, choć rozumiał, że znajdował się w mniejszości. Dlatego liczył na koniunkturę międzynarodową, która zresztą pojawiła się wraz z momentem zamachu w Sarajewie. Dlatego współpracował z Austriakami. „Tego podpisu mi nie wybaczą” – powiedział rozgoryczony do przyjaciela. Znał
Polskę. Polacy mu nie wybaczą, to znaczy ci, którzy „bohaterami” będą dopiero w wolnej ojczyźnie, kiedy odwaga potanieje. A on, „Ziuk”, wraz z towarzyszami tę wolność wywalczył, także własną krwią.

Najważniejsze jednak, że Michał Rosa nie oddaje Piłsudskiego „narodowcom”, on go im właściwie odbiera. Nie da się też filmu wpisać w plany „patriotyczno-narodowej” kinematografii. Po pierwsze, z Rosą, reżyserem prawdziwie niezależnym, to by się nie mogło udać. Po drugie – scenariusz filmu, pierwszą wersję, czytałem dobrych kilka lat temu, kiedy „dobra zmiana” jeszcze nie zapuściła korzeni. Po trzecie – film powstał za niecałe 14 milionów, co przy takiej produkcji jest niewielką kwotą.

Pożegnanie

Większość kosztów pokrył Zespół Filmowy „Kadr” (chwała szefom Zespołu: Filipowi Bajonowi i Dariuszowi Sidorowi), który właśnie „Piłsudskim” kończy swoją wspaniała historię. Zostanie przez władzę wkrótce zlikwidowany, wraz z TOR -em i Zebrą, to już niestety przesądzone.

Do tej pory „Kadr” przetrwał rozliczne zawirowania polityczne, zachowując swoją autonomię. Do tej pory! Po 1956 roku w tym właśnie zespole powstały wszystkie najważniejsze filmy „szkoły polskiej”: Andrzeja Wajdy i Andrzeja Munka; tu swoje dzieła tworzył Jerzy Kawalerowicz, wieloletni szef „Kadru”. Filip Bajon, ostatni kierownik literacki, przemawiając przed premierą „Piłsudskiego”, powiedział: „Za chwilę gdzieś się rozpłyniemy w kompletnie nieznanej strukturze administracyjnej i po prostu się zdematerializujemy. Studia filmowe to była zbiorowa mądrość kina. Tam ci starsi, Wajda, Kawalerowicz, Stasiu Różewicz, przekazywali swoją wiedzę młodszym. To była sztafeta pokoleń. Ponieważ jest to ostatnia premiera «Kadru», chciałbym ją dedykować założycielowi i pierwszemu kierownikowi studia, Jerzemu Kawalerowiczowi”.

Film Michała Rosy przetrwa próbę czasu, jestem o tym przekonany. Tak jak przetrwały inne filmy „Kadru”. A charakterystyczny dźwięk maszyny do pisania w czołówkach setek filmów będzie nam przypominał o istnieniu Zespołu, któremu tak wiele zawdzięcza polska kultura.