Nie można ignorować współczesnego filmu religijnego. Trzeba go jednak umieć interpretować, aby nie doszukiwać się figur Chrystusa, gdzie ich nie ma, albo nie przegapić ukrytych.

We wstępie do książki „To nie jest Jezus” jej autor, ks. Marek Lis, pisze: „Chociaż filmy o Jezusie powstają poza środowiskiem Kościoła, niezależnie od akademickiej teologii, to ich dostępność i popularność stawia przed chrześcijanami istotne wyzwanie: są przecież wyrazem swoistych teologii, wypływających z kultury i przez kulturę (w tym film), co ma również swój wymiar praktyczny”. To prawda. Każdy film o Jezusie jest wyrazem jakiejś teologicznej wizji, która może być zupełnie daleka od biblijnej ortodoksji.

Na określenie tego zjawiska Lis używa określenia apokryfu. Filmy o Jezusie to nowe, współczesne apokryfy napisane atrakcyjnym językiem ruchomego obrazu. „Ważne dla teologa byłoby […] stworzenie «mapy» apokryficznych zależności między filmami jako wyrazem kultury a Ewangelią i jej obrazami Jezusa, by wiedzieć, co ujawniają nowe, filmowe apokryfy”. Książka autorstwa ks. Marka Lisa, teologa i filmoznawcy z Uniwersytetu Opolskiego, pt. „To nie jest Jezus. Filmowe apokryfy XXI wieku” jest taką mapą, która pozwala na właściwe rozpoznanie – jeśli można tak powiedzieć – odległości, jaka funkcjonuje w przypadku każdego filmu o Jezusie między biblijnym oryginałem a filmowym apokryfem.

Wyobraźnia reżysera

Jezus jest chyba bardziej popularnym bohaterem filmowym niż nam się wydaje. Historia kina zna ponad 300 filmów fabularnych z Jezusem w roli głównej, w tym przynajmniej 60 zrealizowano już w wieku XXI. To oczywiście bardzo różne realizacje: od historycznych fresków i filmów kostiumowych skoncentrowanych na opowiedzeniu wydarzeń biblijnych po filmy, gdzie Chrystus ukazany jest na sposób figuratywny, metaforyczny, analogiczny. Są filmy o osobie Jezusa i o figurach Chrystusa. Charakteryzują się bardzo dużą różnorodnością stylistyczną i gatunkową. Są tutaj musicale, klasyczne adaptacje Ewangelii, a nawet komedie czy thrillery i filmy sensacyjne. Autor monografii nie omawia, co oczywiste, wszystkich filmów o Jezusie. Wskazuje raczej na istniejące we współczesnej filmografii biblijnej i religijnej trendy artystyczno-teologiczne. Jak słusznie bowiem zauważa Lis, „autorzy filmów prowadzą widza przez świat swojej wyobraźni”.

Książka składa się z czterech rozdziałów. W rozdziale I Autor wskazuje na dominujące tematy „filmowych Ewangelii”, którymi są: dzieciństwo, Męka, Zmartwychwstanie oraz Wniebowstąpienie Jezusa. W przypadku ekranizacji opowieści o dzieciństwie Jezusa, element apokryficzny odgrywa szczególną rolę w budowaniu scenariusza. Jak zwraca uwagę Lis, twórcy filmowych adaptacji Ewangelii dzieciństwa stoją przed wyzwaniem, jakim jest brak rozbudowanych relacji z tego okresu. W związku z tym „próbują zaspokoić ciekawość” widzów, uzupełniając opowieść elementami pozabiblijnymi. „Metoda – podkreśla Lis – jaką stosują twórcy filmów, przypomina starożytne targumy, czyli dawne tłumaczenia hebrajskiej Biblii z włączonymi w nie komentarzami i wyjaśnieniami: czerpiąc z tekstu biblijnego, w niezauważalny sposób wplatają w tkankę filmu elementy niebiblijne, nadając im cechy biblijne i rozszerzając na nie autorytet Biblii!”. W konsekwencji, w filmach o dzieciństwie Jezusa dominują narracje często bliższe dramaturgii bajkowej niż ewangelicznej.

Chrystus ma twarz Caviezela

Podobne niebezpieczeństwo Lis dostrzega także w adaptacjach Pasji Chrystusa. Autor książki twierdzi, że także w przypadku tych filmów „ryzyko odejścia od narracji ewangelicznej na rzecz pozabiblijnych, apokryficznych treści jest znaczne. Sprzyja temu zainteresowanie widzów, którym trzeba dostarczyć historię znaną, a równocześnie mającą odnieść komercyjny sukces”. W przypadku filmów pasyjnych szczególne niebezpieczeństwo dotyczy konfrontacji wewnętrznego obrazu Jezusa, jaki posiada widz, z obrazem ukształtowanym przez obraz filmowy. Lis zauważa, że każdy nosi w sobie własny obraz Jezusa: „czasem powierzchowny i nieco zaniedbany, czasem bardzo osobisty, starannie pielęgnowany, wynikający z głębokiego przekonania”. Ten obraz zostaje skonfrontowany z bardzo jednoznacznym, ukonkretnionym wizerunkiem wniesionym do filmu przez aktora. „Film z Jezusem w roli głównej, wizualizujący treść Ewangelii, wchodzi w swoisty dialog z wewnętrznymi obrazami wiary, czasem prowadząc do ich zastąpienia” – czytamy. I w ten sposób Jezus uzyskuje oblicze konkretnego aktora: Roberta Powella u Franco Zefirellego czy Jima Caviezela u Mela Gibsona.

Szczególnym wyzwaniem dla twórców filmu jest pokazanie Zmartwychwstania. „Wydarzenie, które w Ewangeliach pozostaje niedopowiedziane jako Tajemnica, na ekranie kinowym czy telewizyjnym podlega bezpośredniemu zobrazowaniu” – pisze Lis.

Mit może prowadzić do Ewangelii, ale nią nie jest

Problem jest wielopiętrowy. Chodzi bowiem nie tylko o ukazanie tego, co w Biblii nieopisane, czyli uzupełnienie białych plam jak to jest choćby w przypadku młodości Jezusa. Chodzi o coś więcej – o pokazanie czegoś w gruncie rzeczy niepokazywanego, ponieważ przekraczającego prawa fizyki. Reżyserzy uciekają się do dwóch zasadniczych metod: do realizmu albo do zastosowania języka symbolicznego.

Opolski filmoznawca wymienia kilka szczegółowych podejść do tej kwestii: filmy realistyczne, hiperrealizm, symbolizm, analogia. Lis opowiada się za metodami odwołującymi się do języka symbolicznego. Według niego należy mówić o niemożności posłużenia się realizmem, „wynikającym z pragnienia zobaczenia tego, co niewidzialne, unaocznienia tego, co dokonało się bez świadków”. Dopiero świadome uniknięcie realizmu i użycie języka symbolicznego pozwala na zobrazowanie wkroczenia Boga w ludzką historię, ponieważ „wiara nie poddaje się prostemu zobrazowaniu”.

Autor opisuje i interpretuje wiele przykładów filmowych. Przytoczę dwa, które najbardziej mnie „przekonały” jako ilustracje zmartwychwstania. Jest to „zerwanie” prześwietlonej taśmy filmowej w zakończeniu „Ostatniego kuszeniu Chrystusa” Martina Scorsese oraz „wychodzenie” kamery z korytarza metra w filmie „Jezus z Montrealu” Denysa Arcanda.

Od osoby do figury

Rozdział II („Jezus Ewangelii – Jezus filmu”) zawiera szczegółową interpretację 10 filmów przyporządkowanych ośmiu modelom realizacyjnym, a jednocześnie różnym wizjom teologicznym. Są to: klasyczne rekonstrukcje („The Visual Bible”, 1993-2003), hiperrealizm cierpienia („Pasja”, 2004), telewizyjny Jezus („Biblia”, „Syn Boży”, 2013), Ewangelie w kobiecym kluczu („Maryja, Matka Jezusa”, 2010; „Maria Magdalena”, 2018), bajki o Jezusie („Pierwsza gwiazdka”, 2017), apologia historycznego Jezusa („Zmartwychwstały”, 2016), prymat poetyki („Król”, 2012), czarnoskóry Jezus („Kolor krzyża”, 2006).

We wstępie do tego rozdziału Lis zauważa, że podobnie jak nie istnieje – jako odrębny gatunek – film biblijny, tak samo nie można wyznaczyć jednoznacznych cech gatunkowych tzw. filmów Jezusowych. Tym, co łączy te filmy, jest postać Jezusa, wokół której konstruowana jest filmowa opowieść. Są one jednak – jak pisze teolog – wyrazem „różnorodnych wrażliwości estetycznych, kulturowych, wyznaniowych, społecznych, jak i teologicznych”. Spektrum zaprezentowanych w tym rozdziale filmów jest bardzo szerokie: od wiernych biblijnie i historycznie adaptacji („The Visual Bible”) po radykalne adaptacje czy re-kontekstualizacje, które posługują się nie tyle postacią Jezusa, co raczej figurą Chrystusa. Do takich filmów należą „Kolor krzyża” czy też „Son o Man” (2006). To filmy de facto chrystyczne, a nie Jezusowe, to znaczy ukazujące aktualność mesjańskiego posłania Jezusa, które może się dokonywać w każdym czasie i w każdym kontekście kulturowym, na przykład w czarnej Afryce. Lis zauważa przy tym, że istnieje niebezpieczeństwo poszerzania tej kategorii filmowej, dlatego trzeba uważać, „by nie narzucać chrystologicznych znaczeń postaciom zaledwie powierzchownie podobnym do Chrystusa w swojej misji”.

Heretycka „Chata”?

W rozdziale trzecim („Niebiblijne wizerunki Jezusa”) Autor omawia filmy, których treść wykracza poza prawdę objawioną w Biblii. Nie wszystkie powstają poza wspólnotą wiary, niektóre jednak – choć ich autorzy odwołują się do wiary – przekraczają granicę biblijnej ortodoksji. Omawiane filmy Lis przypisuje sześciu kategoriom: Jezus Koranu („Mesjasz”, 2007), figury Chrystusa („Edi”, 2002; „Opowieści z Narnii”, 2005), Jezus objawień („Miłość i miłosierdzie”, 2019), Jezus pozabiblijny („Spotkanie”, 2010), Jezus kontestowany („Kod da Vinci”, 2006), powrót dawnych herezji („Chata”, 2017).

W interpretacjach zawartych w tym rozdziale dominuje ton krytyczny, co może zaskoczyć wielu zwolenników teologicznej reinterpretacji oraz duszpasterskiego wykorzystania niektórych produkcji filmowych, jak choćby „Opowieści z Narnii” czy „Władca pierścieni”. Teolog przypomina o koniecznym rozróżnieniu mitu i Ewangelii, archetypicznej opowieści i prawdy biblijnej. Mit może prowadzić do Ewangelii, ale nią nie jest.

To nie jest Jezus

Marek Lis, „To nie jest Jezus. Filmowe apokryfy XXI wieku”, Redakcja Wydawnictw Wydziału Teologicznego UO, Opole 2019

Z kolei w przypadku tak popularnej „Chaty” Autor wprost stwierdza, że film jest niezgodny z tradycją biblijną. Problematyczne jest choćby przedstawienie dwóch Osób Boskich: Ducha Świętego i Boga Ojca jako postaci ludzkich. Według Lisa niektóre elementy filmu są wprost heretyckie, jak choćby rany na nadgarstkach Papy (Boga Ojca), które przywołują błąd patrypasjanizmu, starożytnej herezji z III wieku, której zwolennicy twierdzili, że na krzyżu cierpiał sam Bóg Ojciec. „Chata” ma – uważa Autor – duży potencjał terapeutyczny, ponieważ stawia pytania o milczenie Boga wobec cierpienia, ale ukazany w filmie obraz Boga daleki jest od ortodoksji. Bohater filmu „spotyka Boga, który jest na miarę ludzkich potrzeb i tęsknot, który pod pretekstem miłości usprawiedliwia wszystko, odrzucając jakąkolwiek możliwość sądu”. Opolski filmoznawca zgadza się z opinią Marioli Marczak, która pisała, że „Chata” powstała nie tyle, by prowadzić do wiary, ale aby zaspokoić ciekawość.

Ostatni rozdział („Film, czyli apokryf…”) zbiera wnioski z przedstawionej analizy kilkunastu filmów. Jako punkt wyjścia, Lis przyjmuje stwierdzenie, że „żaden film nie da odpowiedzi na pragnienie, którego adresatem stali się apostołowie: «Chcemy ujrzeć Jezusa» (J 12, 21)”. I nie ma od tej reguły wyjątków. Każda jedna filmowa wizja Jezusa skażona jest swoją genezą. Za każdym razem – nawet w przypadku filmów teologicznie i historycznie najwierniejszych – mamy do czynienia z autorską wizją, która staje się filtrem dla prawdy Ewangelii. „Jezus historyczny staje się Jezusem filmowych narracji i przemysły audiowizualnego” – jednoznacznie konkluduje Lis. Jezus z Hollywood to niekoniecznie Jezus z Nazaretu. Żaden autor filmu nie cieszy się gwarancją natchnienia, a więc żaden film – gwarancją autentyczności. Stan ten wynika także z faktu, że Biblia (a w szczególności Ewangelia) nie jest pierwowzorem literackim łatwym do ekranizacji. Nawet autorzy filmów, którzy deklarują swoją biblijną ortodoksję, „muszą uzupełniać ich zawartość, odsłaniając elementy narracji zawarte implicite oraz dodając te, które są wytworem fantazji”. Dlatego też często biblijność filmu ogranicza się do zewnętrznego podobieństwa postaci czy wydarzeń, z pominięciem właściwych teologicznych znaczeń.

Oddolna chrystologia

Autor książki proponuje spojrzeć na filmy biblijne jako na nowy locus theologicus, a więc miejsce, w którym rodzą się raczej teologiczne pytania niż teologiczne odpowiedzi. Jak słusznie zauważa, te specyficzne filmowe chrystologie są zasadniczo „oddolne” i pokazują odpowiedzi kultury na kwestię Jezusa. O ile jednak klasyczne apokryfy zostały już dobrze zbadane, o tyle współczesne, filmowe czekają jeszcze na szczegółowe badania.

Filmów tych nie należy odrzucać, ale – uznając, że Jezus apokryfu filmowego daleki jest od Jezusa ewangelicznego – trzeba by zapytać, co one mówią o wierze i religijności współczesnego człowieka. Nie wystarczy bowiem opis krytyczny, który zaowocuje listą filmów zalecanych i niezalecanych z duszpasterskiego punktu widzenia, choć taki katalog filmów religijnych z gruntowną analizą ikoniczną, filmoznawczą, teologiczną i biblijną bardzo by się przydał, także duszpasterzom. Ostatecznie jednak – jak mówi Lis – „trzeba pozostawić widzowi wolność rozumienia filmowego obrazu Jezusa, odrzucenia lub przyjęcia go”, a także trzeba zostawić wolność działania samemu Duchowi Świętemu, ponieważ „dzieło filmowe, najbardziej nawet apokryficzne, może w nieoczekiwany sposób doprowadzić widza do odkrycia Tego, kogo film zarazem przedstawia i skrywa”.

Za każdym razem – nawet w przypadku filmów teologicznie i historycznie najwierniejszych – mamy do czynienia z autorską wizją, która staje się filtrem dla prawdy Ewangelii

Na koniec wypada się zgodzić z ks. prof. Lisem: „O ile […] publikacje teologów czy filozofów z reguły trafiają do wąskiego grona czytelników, o tyle filmy, których oddziaływanie wzmacniane jest za sprawą atrakcyjnego języka audiowizualnego, mają zasięg w setkach milionów widzów”. Ta wielka widownia to nasi wierni bądź potencjalni wierni. Być może film bardziej kształtuje ich obraz Boga niż nasze przepowiadanie. Dlatego nie można ignorować współczesnego filmu religijnego. Trzeba go jednak umieć zinterpretować, aby nie doszukiwać się figur Chrystusa, gdzie ich nie ma, albo nie przegapić tam, gdzie są ukryte.

Zanim jednak powstanie postulowany przez ks. Lisa leksykon współczesnego filmu religijnego, warto sięgnąć po niniejszą publikację. Szczegółowa i gruntowna analiza tych kilkunastu filmów to świetne narzędzie dla duszpasterzy, kaznodziejów, katechetów, a także materiał do dyskusji po wspólnym oglądaniu współczesnych filmowych apokryfów. Nie ze wszystkim trzeba się w tych interpretacjach z Autorem zgadzać, trzeba jednak mieć dobre argumenty, by te interpretacje odrzucić.