W zagęszczonym kodeksie poetyk i stylów potrafił znaleźć miejsce przede wszystkim na swoje słowo. Był ostatnim przedstawicielem tych, którzy wierzyli w zbawczy wpływ poezji.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 9/1969.

„Zniża się wieczór świata tego j nozdrza wietrzą czerwony udój …” – pisał Józef Czechowicz i w kilka miesięcy potem, zgodnie z jego przewidywa­niem, nadleciała „jaskółek zamieć” i jak przeczuwał – „bombą tra­fiony” zginął 9 września 1939 roku.

Pozostał piewcą Lublina i Lubelszczyzny. Piewcą uroków Starego Miasta, czarów zabytkowej prowincji Kazimierza, Zamościa, Puław. Poetą najtkliwszych uczuć synowskich we wzruszających wierszach do matki. Poetą piękna natury. Twórcą unowocześnionej stylizowanej balla­dy („Narzeczona”, „Wieczorem”).

Jego twórczość, wierna zapisom nastroju wyznaczyła mu jedno z po­czesnych miejsc wśród poetów dwudziestolecia międzywojennego. W zagęszczonym kodeksie poetyk i stylów potrafił Czechowicz znaleźć miejsce przede wszystkim na swoje słowo. Poprzedzające go praktyki awangar­dowe, kładące nacisk na czynności kreacyjne, wynikające z założeń rachunku, geometryzowania, dedukcji, musiały Czechowicza z jego mu­zycznością i spontanicznością postawić na pozycji przeciwstawnej w sto­sunku do jego de nomine szkoły. Stąd też tak mało typowych dla awangardy pierwiastków wykrywała w nim analiza przeprowadzona w duchu Peipera, Przybosia czy Brzękowskiego.

Słowa Czechowicza to powołanie, ciężki nakaz, który nakłada obowiązki, to solidne rzemiosło więcej niż spontaniczne natchnienie

Fraza Czechowicza nie ma niczego z owej „precyzji”, w pierwszym stopniu ograniczającej per­spektywę słowa, zatrzymującej ruch wizji, co tak bardzo uwidacznia się na przykładzie awangardy krakowskiej. Słowa Czechowicza są po­głosem treści wynikających niespodzianie z nieznanych pokładów świadomości, zawierających w sobie tę szczyptę „naiwności”, która cechuje pierwsze widzenie zjawiska.

Słowa Czechowicza to przede wszystkim jakże szczęśliwy dla wiersza, ukazujący się, rodzący impuls wyobrażeń – w przeciwieństwie do efektów mechanicznego snycerstwa. To nie szyfr ukazujący znaczenie tekstu dopiero po dokonaniu odpowiednich translacji, ale wyraz autonomiczny w jednorodnym kształcie, zawierający treść przekazywanego doznania. Słowa Czechowicza to powołanie, ciężki nakaz, który nakłada obowiązki, to solidne rzemiosło więcej niż spontaniczne natchnienie. To poezja bezinteresownej radości, piękna nie wprzężonego w utylitarne cele. Wreszcie – to wielkie serdeczne marzenie:

może usłyszę któregoś dnia
nutę człowieczą z samego dna
nutę co dzwoni mocno i ostro
a niebo całe dźwiga jak sosrąb
(„Jesienią”)

Marzenie, aby „ludzie oddali się w służbę pięknu z takim zapałem, z jakim oddają się pieniądzom, uciechom, marnościom… O, gdyby świat cały osy­pała taka zawieja piękna, jak groźne śnieżyce, dziwności i grozy! O ludzie! gdybyście się wszyscy tak dali usidlać poezji i sztuce, i innym przejawom, jak dajecie się usidlać wszystkiemu, prócz tego właśnie – radosne byłoby to milenium i skutki takiego prze­obrażania świata byłyby nieobliczalne, a wstrząsnęłyby wszystkim, co jest mocniej niż wszelkie przeszłe i przyszłe rewolucje…”.

Był ostatnim przedstawicielem tych, którzy wierzyli w zbawczy wpływ poezji. Urodził się 15 marca 1903 roku w Lublinie. Po wczesnej i tra­gicznej śmierci ojca w 1912 r. matka sama borykała się z utrzymaniem czteroosobowej rodziny. Dzieciństwo przyszłego poety upłynęło w biedzie i niedostatku, i ono też pozostanie w twórczości Czechowicza wspomnieniem pełnym smutku i goryczy:

kiedyś dzieciństwo złe szczenię szczekało w dni wodospadach
głodnego na tapczanie gorączka mnie żarzyła i jadła
połatane ubranko szeptem opowiada
ręce chropawe od pracy dla mnie kradły

Jednak matka poety, kobieta niezwykle ambitna, ciężką pracą fizyczną zapewniła swym dzieciom możliwość wykształcenia. Najstarszy syn Sta­nisław po ukończeniu szkoły średniej studiował prawo (zmarł na gruź­licę, mając 26 lat), córka Kazimiera ukończyła szkołę średnią (zginęła w czasie ostatniej wojny w wieku 40 lat). Józef ukończył w Lublinie Seminarium Nauczycielskie oraz Wyższy Kurs Nauczycielski. Pierwszą placówką zawodową młodego nauczyciela była szkoła we wsi Słobódka. Przebywa tam w latach 1921-1923.

Na ten okres przypadają pierwsze próby pisarskie Czechowicza. Poprzez brata nawiązuje kontakty ze śro­dowiskiem literackim Lublina. W 1923 roku przenosi się do pracy we Włodzimierzu. Po otrzymaniu stypendium studiował w Instytucie Peda­gogiki Specjalnej w Warszawie. Następnie pracuje w szkole specjalnej, początkowo jako nauczyciel, później zaś na stanowisku kierownika. Była to praca niełatwa, ciężka, wśród dzieci niedorozwiniętych umysłowo. Mimo dużego taktu pedagogicznego i zapału, praca nauczycielska obca była jego psychice, wyobraźni, umiłowaniu swobody, poszukiwaniu no­wości. Świadczą o tym najlepiej notatki z dziennika z 1922 roku, w którym m. in. czytamy:

13 maja. Sobota
Bardzo mi smutno od rana. Jest chmurno. Dzieci senne. Lekcje wloką się tak, że końca doczekać się trudno. (…) Zabijam nudą poprawianiem zeszytów (…).
16 maja
Smutno. Cóż więcej zanotować?

W 1923 roku na łamach lubelskiego czasopisma „Reflektor” debiutuje prozą poetycką – „Opowieści o papierowej koronie”. Rozpoczyna pracę dziennikarską (w latach 1924-1925 redaguje dodatek literacki do „Prze­glądu Lubelsko-Kresowego”). Wraz z Konradem Bielskim, Wacławem Gralewskim, Stanisławem Grędzińskim i Czesławem Bobrowskim tworzy grupę poetycką „Reflektor” i wydaje czasopismo pod tym tytułem, któ­rego tylko cztery numery ujrzały światło dzienne i to w znacznych odstępach czasowych (1923-1925). Wspomnienia tych czasów odnajduje­my w wierszu Czechowicza pt. „We czterech”:

Jest nas czterech na starcie
jest nas czterech na złej linii komety
jest nas czterech (to ja jestem czwarty)
jest nas czterech celujących do mety

W roku 1927 wydaje tomik poezji pt. „Kamień”. Młodzieńczy ten tom, ze względu na swą bezsporną wartość, nie mógł nie zyskać przychylnej opinii krytyki, aczkolwiek nie bez rezerwy w ocenie tak oryginalnego i zaskakującego debiutu. W „Reflektorze” umieszcza wiersz „Na wsi”, jeden z najlepszych swoich utworów, stanowiący zapowiedź nieprzeciętnego talentu.

Władysław Sebyła i Konstanty Ildefons Gałczyński przepowiadają Czechowiczowi wybitną przyszłość poetycką. Gałczyński tak pisze m. in. o „Kamieniu”: „Macie silne ręce, Czechowicz. Witamy Was w «Kwadrydze»”.

W roku 1930 ukazuje się „dzień jak co dzień” (mimo tak znacznego upływu czasu zawierający obsesyjne reminiscencje z pierwszej wojny światowej), przedstawiający poezję Czechowicza w pełnej dojrzałości. Widzenie świata i styl poetycki, zawarte w wierszach wchodzących w skład tomu, wyznaczyły kierunek rozwoju poety, którego indywidual­ność w zasadniczych sprawach została tam określona. Oprócz tonu roz­paczy i przygnębienia, nie odstępującego nigdy poezji Czechowicza, wy­raźny akcent zyskuje miłość do matki, której poeta poświęcił wiele pięknych strof:

patrzę patrzę
teraz ręce oczy jak mosty przerzucają się do mnie
most miłości wspomnień przebaczeń zapomnień
fabryka palce kominów w ciepłym zmierzchu macza
przystanek czerwonym wzrokiem zerknął tu szyderczy
przedmioty czyżbym się wstydzić was musiał
dla was powiem słowa inaczej
siwy uśmiech silniejszy od śmierci
matusiu

Uczucie to towarzyszy goryczy ciężkiej młodości poety wrażliwego, refleksyjnego, nie znajdującego czynnej postawy wobec niesprawiedli­wości i przemocy otaczającego go świata. Konflikt ze światem wyraża się również w typowej dla Czechowicza dezaprobacie osiągnięć cywi­lizacji technicznej, co autora „dnia jak co dzień” tak znamiennie różni od innych przedstawicieli awangardy poetyckiej, opiewających nowo­czesną technikę, urbanizację itp.

Ukazują się dalsze tomiki: w roku 1932 – „ballada z tamtej strony”, w 1934 – „z błyskawicy”. „Stare kamienie”, wydane w roku 1935 wespół z Franciszką Arnsztajnową, to przede wszystkim hołd złożony rodzin­nemu miastu, monograficzna teka poetycka zawierająca pejzaż lubelski. Domów muzyczne milczenie”, „przedmieścia lampy”, „zegary”, „twarze nocy niewesołe” – zostały wpisane tu na zawsze i utrwalone przekazem wy­obraźni.

Mimo dużego taktu pedagogicznego i zapału, praca nauczycielska obca była jego psychice, wyobraźni, umiłowaniu swobody, poszukiwaniu no­wości

W „balladzie z tamtej strony” i „w błyskawicy” znaleźć można kilka pięknych i ciekawych wierszy, aczkolwiek zarysowuje się w tej poezji pewna mitologizacja życia i mętna historiozofia. Wiersze tracą dynamikę, stają się statyczne, pesymistyczne, nie wypływają z przeżycia, sprawiają wrażenie przesadnie „ładnych”. Zawarty jednak w „błyskawicy” wiersz o Norwidzie pt. „dom świętego Kazimierza” stanowi perłę w poezji polskiej. Cykl zaś „prowincja noc”, zrodzony z sentymentu Czechowicza do małych miast i miasteczek, pozwala żywić nadzieję, że znów zabrzmią pogłosy dawnej polskiej liryki.

Dalsze tomiki poetyckie to w 1936 – „nic więcej”, w 1937 – „Arkusz poetycki” i wreszcie w 1939 – „nuta człowiecza”, ostatni, a zarazem naj­doskonalszy tom poezji Józefa Czechowicza. Pisał go całym swym doświadczeniem. Rekapitulacja ta dokonana została w ostatnich latach życia poety, a książka wyszła z druku na krótko przed wybuchem wojny. Pełno też w niej przeczucia zbliżającej się katastrofy czy nawet własnej śmierci.

ja przy foliałach jurysta
zakrztuszony wołaniem gaz
ja śpiący pośród jaskrów
i dziecko w żywej pochodni
i bombą trafiony w stallach
i powieszony podpalacz
ja czarny krzyżyk na listach
(z wiersza ,,żal”)

Słowo Czechowiczowskie pod względem formalnym uzyskuje tu spo­tykaną dotychczas pełnię. W tym wypadku możemy mówić o Czecho­wiczu „klasycznym”. Jeżeli w poprzednich etapach jego twórczości wolno się dopatrywać niejasności, utrudniających percepcję wiersza, to „nuta człowiecza” znacznie bardziej, niż wydany trzy lata przed nią tom „nic więcej”, przemawia tonem czystym i dojrzałym. Jest też najwyższym spełnieniem tej trudnej, tragicznej i prawdziwej poezji.

Wiersze Czechowicza pojawiają się na łamach wielu czasopism, nie wyłączając także pism dziecięcych. Ukazuje się również proza „Opo­wieść o Hiramie Czarnoksiężniku”, dramaty, m. in. „Czasu jutrzennego” i „Bez nieba”, wreszcie liczne felietony, recenzje i artykuły oraz słucho­wiska radiowe. A oryginalna ta twórczość obejmuje jeszcze liczne przekłady poetyckie z literatury rosyjskiej, czeskiej, angielskiej, francuskiej, ponadto fraszki i utwory dla dzieci (pisane najczęściej pod pseudonimami J. H. C. lub Henryk Zasławski).

Do stolicy przenosi się Czechowicz już jako znany poeta. I tu włącza się w wir działalności kulturalno-literackiej. Już wcześniej współpra­cuje z takimi pismami stołecznymi jak „Kwadryga”, „Droga” czy „Zet”. W Warszawie pracuje w redakcjach kilku czasopism. W latach 1934-36 wydaje „Miesięcznik Literatury i Sztuki”, w 1935 kolumnę literacką w „Państwie Pracy”, a w 1937 r. jest sekretarzem redakcji „Pionu”. W rok później zakłada kwartalnik „Pióro”. Jest redaktorem „Pło­myczka”. W latach 1938-1939 – kierownikiem literackim Polskiego Radia.

Czechowicz przeczuwał każdym drgnieniem serca zbliżającą się nie­ubłaganie wojnę

W stolicy, tak jak w Lublinie, Józef Czechowicz skupia wokół siebie grupę młodych poetów, tworząc nową awangardę. Pomaga i opiekuje się również grupą lubelskich twórców, przebywających w Warszawie. Pozostaje do końca wierny swemu miastu, czemu dał wyraz we wstępie do „Antologii współczesnych poetów lubelskich”, wydanej tuż przed śmiercią w 1939 roku, gdzie czytamy te oto słowa:

„…tu jest mój dom poetycki, więcej, tu jest nasz dom poetycki. Z ulic i zaułków Lublina, rodzinnego miasta nas wszystkich, albo też przynajmniej miasta najbliższego sercu naszemu, wysłuchaliśmy nieuchwytnych dla obcego powiewów i przeobrażamy je w słowa i wiersze siłą ożywiające (…). Miasto rodzinne, ilekroć mi ciężko lub najciężej, do ciebie zwracam się pamięcią, a gdy pa­mięć twarde przeżycia przypomina to sercem, to wyobraźnią. Miasto na skłonie pagórka rozłożone, dzwoniące kościołami dzie­ciństwa, poddające mury odwiecznej budowli słońcu, które tam tyle razy wschodziło to samo, co i gdzie indziej, lecz inne. Ujmu­jąc świat w poetyckie kreacje błądzimy wśród półsłów i półczuć, wikłamy się w to, co nie wypowiedziane i tylko jakieś cienie, jakieś lubelskie zamglone sylwety pomagają uprościć wszystko, sprowadzić znów do ludzkiego prawdziwego człowieczeństwa, od­wrócić klęski sławy, która brzydnie, serca, które pustoszeje (…). Wsparci o wspomnienie uliczek, fragmenty murów ocienionych starymi drzewami, nawet o linię cienia, kładącego się w przezłoconym powietrzu tamtejszego lata gdzieś na Jezuickiej czy Złotej ulicy, otwieramy dłonie ku światu i znajdujemy w nich przygarście pociechy”.

Czechowicz przeczuwał każdym drgnieniem serca zbliżającą się nie­ubłaganie wojnę. Do jego twórczości wdziera się niepokój o istnienie narodu, prześladuje go obraz własnej śmierci, smutne realia codziennego życia. Gorzkim rozrachunkiem z historią, a równocześnie z samym sobą, jest wiersz „moje zaduszki”:

… o piwiarnio w której się budzę
obnażone konary lip
ci pijani ubodzy ludzie
dorożkarska szkapa u szyb
wolno kładę na kartach rękę
trudno śpiewać śpiewaniem pisać
zziębli z torów zbierają węgiel
węgiel brudzi listopad liszaj…

W niektórych wierszach poeta posłuży się motywami religijnymi dla ukazania pełniejszego obrazu krzywdy społecznej:

…ach ślepi ach głodni nakryci gazetą
po bramach śpią ludzie centurie chór
im sianem stajenki jest asfalt i beton
z ciał można ułożyć piękny wzór
lulajże człowieku lulajże lulaj
ulubione pieścidełko samotności
(„Wigilia”)

Ten motyw starej kolędy stał się dla Czechowicza odskocznią dla ukazania współczesności, obrazu ludzi pozbawionych pracy, śpiących na asfalcie i betonie ulic, ludzi samotnych w swoim cierpieniu.

I wreszcie wizje wojny, która go prześladowała od najwcześniejszych lat, najgłębiej przedstawia w jednym z najznakomitszych wierszy poezji polskiej, w „żalu”:

o żniwa żniwa huku i blasków
czy zdąży kręta rzeka z braterskiej krwi odrdzawieć
nim się kolumny stolic znów podźwigną nade mną
nadleci wtedy jaskółek zamieć
świśnie u głowy skrzydło poprzez ptasią ciemność
idźże idź dalej

Dystans trzydziestu lat, który dzieli nas od wybuchu drugiej wojny światowej, pozwala nam spojrzeć w nowych, szerszych proporcjach na twórczość Czechowicza. Zespolone w jedną całość trzy nurty: nowoczes­ność, ludowość i tradycje literatury polskiej promieniują w jego liryce silnym piętnem indywidualizmu, zapewniając jej urok i niepowtarzal­ność. Poezja ta oddziałuje czystym prawdziwym wzruszeniem. Wzru­szeniem głęboko ludzkim, szczerym i prostym.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 9/1969. Tytuł pochodzi od redakcji