Podczas obchodów 80. rocznicy wybuchu II wojny światowej prezydent Duda jasno i wyraźnie wskazał na różnicę losów Polaków i Żydów pod okupacją niemiecką.

„W długiej wojnie o kulturę pamięci (…) wczoraj zdobyty został ostatni bastion” – napisał 2 września dziennikarz izraelskiej gazety „Haaretz” Ofer Aderet. Amerykanie i Niemcy, przyjmując narrację polskiego rządu, uhonorowali polskie ofiary i polskich bohaterów, zapomnieli jednak o Żydach i Holocauście – tak Aderet podsumowuje oficjalne obchody wybuchu II wojny światowej w Warszawie. Zauważa, że prezydent Andrzej Duda wprawdzie wspomniał o żydowskich ofiarach, ale umieścił je w kontekście panującego wówczas nieokreślonego terroru, co – zdaniem publicysty – wypacza historyczną prawdę.

Aderet zastanawia się, dlaczego tak się stało. Bierze pod uwagę, że wpływ na przebieg uroczystości mógł mieć fakt wielu wydarzeń poświęconych wyłącznie Holokaustowi. Jednak zdecydowanie bliższe jest mu inne wytłumaczenie. Jego zdaniem, zarówno prezydent, jak i premier unikali podjęcia tematu zagłady polskich Żydów, obawiając się, że konsekwencją tego będą pytania o udział polskich obywateli w nazistowskich zbrodniach.

Dlaczego Ofer Aderet napisał w „Haaretz” nieprawdę? Mam nieodparte przeczucie, że to efekt nieszczęsnych „dyskusji” z ostatnich kilkunastu miesięcy

Co właściwie mówił polski prezydent o żydowskich ofiarach 1 września? „Polscy obywatele narodowości żydowskiej zostali zamknięci w gettach. Zostali oznakowani, byli traktowani jak nie-ludzie, byli mordowani, głodzeni i w końcu poddano ich absolutnej, zbiorowej eksterminacji” – powiedział w Warszawie. Tego samego dnia w Wieluniu określił II wojnę światową jako „największą hekatombę w dziejach ludzkości”. Przypomniał, że życie straciło w niej 6 milionów polskich obywateli, „w tym 3 miliony pochodzenia żydowskiego, bestialsko zamordowanych w obozach zagłady w wielu miejscach”.

Delikatnie mówiąc, nie uważam Andrzeja Dudy za dobrego prezydenta, ale to właśnie on jasno i wyraźnie wskazał na różnicę losów Polaków i Żydów pod okupacją niemiecką. W Wieluniu mówił przecież, że katastrofa wojenna została wywołana przez „pogardę wobec innych narodów” i realizowana „poprzez uważanie innych nie za ludzi, lecz za podmioty zupełnie innej kategorii, które należy całkowicie zniszczyć, jak całkowicie miał być zniszczony naród żydowski, albo takie, z których należy uczynić niewolników, jak miało to być z naszym narodem”. Jednych – zniszczyć, z drugich – uczynić niewolników…

Ofer Aderet napisał zatem nieprawdę. Dlaczego akurat on – wrażliwy autor znakomitej relacji z otwarcia muzeum w Markowej i przyjazny Polsce współpracownik „Tygodnika Powszechnego”? Trudno uwierzyć, że po prostu świadomie kłamał. A jeśli przyjąć, że przeczytał wyłącznie agencyjną depeszę, to dlaczego uznał, że nie musi jej sprawdzać? I czemu przyjął hipotezę, że przyczyną pominięcia zagłady polskich Żydów jest chęć uniknięcia tematu roli, jaką odegrali w niej polscy obywatele? Mam nieodparte przeczucie, że to efekt nieszczęsnych „dyskusji” z ostatnich kilkunastu miesięcy: przed 26 stycznia 2018 r. (data przyjęcia przez Sejm nowelizacji ustawy o IPN) i przed szarżami polskiego premiera w obronie tej nowelizacji artykuł Adereta wyglądałby zupełnie inaczej i raczej nie przyszłoby mu do głowy pisać o „ostatnim bastionie” i unikaniu przez polskie władze niewygodnych pytań.

Trudno się dziwić, że tekst w „Haaretz” wywołał gwałtowną reakcję nie tylko zawodowych obrońców „dobrego imienia Polski i Polaków”. Szkoda tylko, że wrzawa wokół niego zupełnie przesłoniła inny, bardzo ważny artykuł, który pojawił się 2 września w „Rzeczpospolitej”. „Lekcja, którą warto powtarzać” Davida Harrisa, dyrektora wykonawczego Amerykańskiego Komitetu Żydowskiego, to bardzo ważne wystąpienie. Jak twierdzi w nim autor, wciąż niestety nie odrobiliśmy pięciu uniwersalnych lekcji z II wojny światowej. Ciągle nie rozumiemy – wylicza – że brak wyobraźni polityków może mieć katastrofalne skutki, że polityka ustępstw nie działa w przypadku agresorów, że nie należy ufać totalitarnym reżimom, że opór przeciw nim jest możliwy, a dehumanizacja innych prowadzi do niewyobrażalnych zbrodni. I że mimo wszystko wciąż jednak jest dla nas nadzieja.

Dokładnie takiej refleksji potrzeba na marginesie obchodów tragicznej rocznicy.