O problemach seksualnych nie trzeba mówić pobożnymi ogólnikami.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 11-12/2011

Zajmując się tematyką duchowego wymiaru erotyki, teologii ciała i prowadzeniem rekolekcji dla małżeństw, po pewnym czasie trafiłem także do mediów. Moich doświadczeń nie można przedstawiać w czarno-białym schemacie, gdzie po stronie czarnej są media świeckie, a po stronie białej media katolickie. Prawdziwy obraz jest znacznie bardziej złożony i uzależniony od wielu uwarunkowań.

Ksiądz mówiący otwarcie o seksie to smakowity kąsek dla mediów świeckich i pewien kłopot dla mediów katolickich. Chcę tu opowiedzieć o tych doświadczeniach i podzielić się wnioskami. Za dużo tu będzie mojego „ja”, ale doświadczeń nie da się opowiedzieć inaczej niż osobiście.

Media świeckie: ryzyko i szansa

Mam olbrzymie pudło gazet, w których coś o mnie pisano lub którym udzielałem wywiadów. Udało mi się pojawić z całkiem ciekawymi wywiadami w pismach kobiecych i innych ukazujących się w masowych nakładach: w „Twoim Stylu”, w „Przyjaciółce”, w „Vivie”, w „Przekroju”, w psychologicznych „Charakterach”. Pisały o mnie chyba wszystkie gazety, w tym bardzo rzetelnie „Rzeczpospolita”. Pojawiałem się w różnych portalach internetowych, łącznie z największymi jak Onet, Interia, Wirtualna Polska. Wiele mediów świeckich nie miało problemu z reklamowaniem moich książek, a nawet zamieszczało ich fragmenty w swoich serwisach informacyjnych. Dorota Wellman w TVN Style poświęciła jeden z odcinków bardzo dobrego programu „Czytam, bo lubię” na życzliwe omówienie moich publikacji.

W telewizji częściej pojawiam się w programach adresowanych do kobiet, które nie są zdominowane przez bieżącą politykę, np. „Mała czarna”. Ciekawym doświadczeniem jest zwłaszcza obecność duchownego w programach „telewizji śniadaniowej”. Nie są one nastawione na konfrontację, na atak. Są z definicji miłe i lekkie w treści. Akurat te audycje co jakiś czas poruszają tematy związane z Kościołem i są gotowe zapraszać duchownych. Problem jest tylko ze znalezieniem osób, które chciałyby pojawić się przez kilka minut na antenie.

Wszystkie media mają oczywiście swój profil. Zgodnie z nim pozwalają mówić tylko to, co je interesuje. Kilka redakcji działa na zasadzie „im gorzej o Kościele, tym lepiej”. Znam przypadki, że artykuł dotyczący mojej działalności nie ukazał się, bo dziennikarz napisał coś zbyt pozytywnego o Kościele. Najwięcej jest publikacji nasączonych akcentami krytycznymi wobec Kościoła czy pisanych w lekko prześmiewczym stylu. Dlatego nastawiony życzliwie do mnie dziennikarz musi napisać coś „antykościelnego”, aby mógł też napisać coś „prokościelnego”. Bywało tak, że dziennikarz konsultował ze mną artykuł, ale potem redakcja zmieniała jego treść, nawet dopisując coś według własnego uznania. Pozytywny, kompetentny, rzeczowy artykuł jest w naszych warunkach dużym sukcesem niezależnego dziennikarstwa.

Na treść artykułów nie mam wpływu. Mam wpływ tylko na wywiad, ponieważ mam wówczas szansę mówić własnym głosem i mogę spokojnie tekst autoryzować. Wywiad ma jednak tę specyfikę, że jego jakość zależy nie tylko ode mnie, ale i od dziennikarza – od pytań, jakie zadaje, ale też jego osobowości. Trzeba także wziąć pod uwagę, że w mediach panuje silna presja na tematy komercyjne: techniczne spojrzenie na seks, antykoncepcja, rozwody. Wspólnym mianownikiem łączącym większość prasy jest to, że trudno w niej powiedzieć coś o pięknie miłości małżeńskiej, o obecności w niej Boga, o szacunku dla ciała ludzkiego, o rzeczywistych problemach ludzi, które najczęściej są inne niż te poruszane w mediach. Trudno więc powiedzieć to, co by się chciało i co stanowi o oryginalności spojrzenia katolickiego.

Najczęściej dziennikarze słabo się przygotowują do wywiadów. Rozmawiają ze mną po przeczytaniu kilku informacji wyguglowanych w internecie. Wiedzą tylko, że mówię pozytywnie o ludzkiej miłości. Nie przeczytali żadnej mojej książki, dobrze jeśli zajrzeli na moją stronę internetową. Jest to bardziej stwierdzenie faktu niż zarzut, bo rozumiem, że dziennikarze nie mają tyle czasu, aby wszystko solidnie poznać. W konsekwencji jednak tak to wygląda, że wszyscy po kolei zadają te same powierzchowne pytania co inni, ani trochę nie wgłębiając się w tematykę.

Ksiądz mówiący otwarcie o seksie to smakowity kąsek dla mediów świeckich i pewien kłopot dla mediów katolickich

W mediach istnieje olbrzymia presja na sukces. Liczy się poczytność lub oglądalność, bo za tym idą reklamy i pieniądze. Dziennikarze się licytują, kto jest lepszy, czyje artykuły ludzie czytają. Wiadomo, że szukają tematów nośnych, między innymi seksu. Gdy widzą księdza, który coś na ten temat mówi, daje im to szansę zainteresowania większej grupy odbiorców. Są też redakcje, które dostrzegają, że jakiś procent czytelników to katolicy i też chcą mieć dla nich jakąś ofertę i z tego powodu zależy im na współpracy.

Presja na poczytność sprawia jednak, że etyka przegrywa z sensacją. Pierwsza fala wywiadów i artykułów o mnie, często ironizujących, mogła się pojawić tylko jako sensacja. Dopiero kolejne były bardziej rzeczowe. Na sensację był nastawiony np. telewizyjny program Michała Figurskiego „Jazda figurowa”. Zgodziłem się w nim wystąpić, bo prowadzący zawsze pozwalał gościom mówić i prezentować swoje poglądy. Tak też było w moim przypadku. Wiedziałem, że przede mną będzie występować Maja Jeżowska, ale nie wiedziałem, że po rozmowie ze mną dołączy do nas męska prostytutka. Taka konfrontacja księdza z prostytutką to dopiero sensacja! Oczekiwano, abym zabrał głos, być może potępił. Postanowiłem głosić Dobrą Nowinę – powiedziałem, że i ten chłopak jest kochany przez Boga. Poza anteną jeszcze z nim chwilę porozmawiałem. Po programie podszedł do mnie dyrektor telewizji i przywitał się, gratulując udanego występu. Okazało się, że wszyscy z ukrycia śledzili bardzo uważnie, co się wydarzy i jak się zachowam. Zgadzając się na współpracę z mediami, trzeba więc mieć świadomość, że zastawiane są różne pułapki – nie ze złej woli czy złośliwości, ale w celach marketingowych. Media są przemysłem, w którym wszystko ma swoją wartość rynkową, także i człowiek.

W mediach można zaistnieć, ale w jednej chwili można też zniknąć. Dzisiaj można być pochwalonym, jutro przeżyć nagonkę. Można powiedzieć to, co się chce, albo być wmanipulowanym w jakieś dziwne konteksty. To nie ja jestem dysponentem informacji i kontekstu, w jakim się ona ukaże. Udzielając krótkich nagrywanych wypowiedzi, czasami z góry obmyślam sobie bon mot i niekiedy udaje mi się trafić – właśnie on się ukazuje się w programie. Zawsze trzeba uważać, bo jakieś słowo może zostać wyrwane z kontekstu i wykorzystane przeciwko mnie.

Trudno przewidzieć, co się wydarzy po wywiadzie. Ciekawą historię miałem z „Gazetą Wyborczą”. Owocem rozmowy z Piotrem Pacewiczem i Katarzyną Wiśniewską były nie tylko kolejne wywiady. Przeczytał ją również Hiszpan, tłumacz, katolik, dzięki czemu wyszła jedna z moich książek po hiszpańsku. Wywiadem z „Dużego Formatu” zainteresował się także znany dziennikarz niemiecki, ze „Sterna”. Umówiliśmy się w Warszawie. Takiego warsztatu dziennikarskiego w Polsce nie spotkałem. „Stern” miał kiedyś wpadkę, bo podał jakieś spreparowane informacje i teraz mają wewnętrzny system dokumentowania i sprawdzania źródeł. Na każde zdanie musi być dowód. Dziennikarz zapoznał się z przetłumaczonymi fragmentami mojej książki, pojechał ze mną na kilka godzin na rekolekcje, by porozmawiać z małżeństwami, a po drodze był czas rozmowy i obiad. Dopiero na drugi dzień odbył się, już formalny, wywiad, potem rozmowy z małżonkami. Za tydzień ponownie mnie odwiedził z fotoreporterem. Napisał bardzo miły reportaż, który trafił do miliona czytelników „Sterna”.

Ponieważ liczy się poczytność, redakcje wymyślają nośne tytuły, które zainteresują ludzi. Wiadomo, że dobry tytuł to połowa sukcesu. Z zasady dziennikarz piszący czy redagujący tekst nie ma wpływu na tytuł publikacji ani na grafikę. Kilka razy miałem taką sytuację, że tytuł był całkowicie niezgodny z autoryzowaną treścią albo grafika była zrobiona bez wyczucia i smaku. Kiedyś jedna z ogólnopolskich gazet zmanipulowała moją wypowiedź. W tekście powiedziałem, że wypowiedź papieża na temat prezerwatywy nic nie zmienia w nauczaniu Kościoła, że to nie jest przełom. Natomiast tytuł (który udawał cytat!) brzmiał: „To jeszcze nie przełom”. Dodane małe „jeszcze” całkiem zmieniło sens wypowiedzi. Czasami zdarza się, że lead, czyli pierwszy akapit wprowadzający w tematykę wywiadu, jest niezgodny z moją późniejszą wypowiedzią i wprowadza zamęt moralny. Zdarzało się też, że gazeta w wersji drukowanej prezentowała wyważone informacje, ale już jej wersja internetowa tak sprawę przedstawiała, że całkowicie fałszowała moje poglądy. Na takie sytuacje nie ma wpływu i nie sposób się przed nimi obronić. Dopiero po czasie widzę, gdzie taka praktyka jest wypadkiem przy pracy, a gdzie stałą polityką gazety, która nie troszczy się o rzetelność informacji.

Kiedyś dziennikarka, korespondentka francuskiej agencji prasowej, napisała news na temat mojej działalności. Wyjątkowo rzetelny, solidny dziennikarsko. Napisała nawet o teologii ciała Jana Pawła II, co się rzadko zdarza. Wolna i niezależna dziennikarka, która sama odpowiada za swoją pracę. Potem ten news dotarł do BBC, a stamtąd rozszedł się – w różnych okrojonych wersjach – po całym świecie, nawet do Singapuru. Chyba ona po raz pierwszy nazwała mnie „mistrzem katolickiej kamasutry”. Ponieważ jest to dobry medialny tytuł, wielu dziennikarzy tak zaczęło przez jakiś czas tytułować swoje artykuły, a nagłówek ten pojawiał się w różnych częściach świata. Rozumiem media i nie mam do nich żalu, że tworzą takie porównania. Ważne jest, że sam się tak nie określam. Nie protestuję też, rozumiejąc, że w tych pomysłach jest dobra wola pokazania mnie jako kogoś, kto dba o szczęśliwe pożycie seksualne ludzi. A tak dziennikarzom kojarzy się kamasutra. Przysparza mi to jednak kłopotów. W „Naszym Dzienniku” i w Radiu Maryja pojawiły się zarzuty, że uważam się za mistrza kamasutry, że nie mam tożsamości kapłana katolickiego, a nawet sugestie, że propaguję wierzenia wschodu.

Wspólnym mianownikiem łączącym większość prasy jest to, że trudno w niej powiedzieć coś o pięknie miłości małżeńskiej, o obecności w niej Boga, o szacunku dla ciała ludzkiego, o rzeczywistych problemach ludzi

Część publikowanych tekstów zawiera błędy nie ze złej woli, ale z racji ludzkiej słabości. Miałem takie doświadczenie przed kilku laty z „Newsweekiem”, gdy jeszcze w nim pracował Tomasz Terlikowski. Zmieniłem słowa cytatu, nie zgadzając się na jakieś sformułowanie (często dziennikarze po swojemu parafrazują moje słowa, zamieszczając je jako cytaty, które potem poprawiam tak, aby lepiej odzwierciedlały moje poglądy), a jednak tekst poszedł do druku w wersji nieautoryzowanej. Natomiast małżeństwo, które opowiedziało swoją historię pod autentycznym nazwiskiem, w ogóle siebie w niej nie rozpoznało.

Błędy robią wszyscy dziennikarze, jak to ludzie słabi i ułomni. Ja też robię błędy i nie zawsze potrafię dobrze wyrazić swoje myśli, co potem jest na różne sposoby wykorzystywane przeciwko mnie. Spotykam się z ludźmi, którzy słyszą po swojemu, według swojej wrażliwości i zrozumienia. Nigdy więc nie wiadomo, na ile artykuł będzie opisywał w możliwie wierny sposób rzeczywistość, a na ile informacja przejdzie przez zaskakujące filtry umysłu dziennikarza. Nie zawsze jest to manipulacja, bardzo często zwykły człowiek ze swoim sposobem myślenia, stereotypami, uprzedzeniami.

Wiele artykułów było pisanych na zasadzie przeciwstawienia „jeden dobry ksiądz-wszyscy inni źli”. Wiele razy dziennikarze pytali mnie, co na to biskupi, itd. Wiem, jaka odpowiedź może zaowocować tygodniową sławą. Konflikt przecież znakomicie sprzedaje się w mediach. Tego typu działania mają też sprowokować polaryzację w Kościele i jego skłócenie. Chodzi o doprowadzenie do sytuacji, że komuś puszczą nerwy, a następnie przeciwstawianie „dwóch Kościołów” – dobrego i złego. Jest to logika mediów, które mają swoje interesy i żywią się konfliktem.

Nie dotyczy to wyłącznie spraw Kościoła. Gdy kiedyś dziennikarze spytali prof. Lwa- Starowicza, co myśli na temat moich „porad”, a on – znając je jedynie z opisu dziennikarza – wypowiedział się krytycznie, to potem przez rok dziennikarze formułowali pytania przeciwstawiające moje apostolstwo opinii seksuologów. Rzeczywistość medialna nie miała nic wspólnego z realną. Z tej logiki konfliktu trzeba zdawać sobie sprawę i zawsze badać u źródła faktyczny stan rzeczy, by bezpośrednio dowiadywać się o tym, co się dzieje naprawdę.

Czasami zdarza się, że głębokie teologicznie wywiady pojawiają się na portalach niekojarzonych z katolicyzmem, np. niedawno na portalu prawy.pl pojawił się wywiad o budowaniu miłości przed ślubem pod tytułem „Odkryć pokłady miłości bardziej subtelnej”. Takich zaskakujących sytuacji mam coraz więcej. Temat, którym się zajmuję, jest chętniej poruszany przez katolików działających w mediach świeckich niż kościelnych. Coraz bardziej żyje nim zatem Kościół, w którym większość to małżonkowie; o wiele bardziej niż media oficjalnie go reprezentujące.

Media katolickie: ignorancja i waleczność

Jeżeli w mediach świeckich konfrontuję się nieustannie z „wielkim erotomanem”, który usiłuje wciągać mnie w orbitę swoich wpływów, to w mediach katolickich mierzę się z „wielkim eunuchem”, który jest stale gotowy narzekać na coraz gorszą kondycję małżeństwa i rodziny, pomstować na narastanie fali rozpadu związków i powszechnego nieprzestrzegania zasad etyki seksualnej, demaskować fałszywe poglądy niechrześcijańskiego świata. Takie podejście nie jest jednak w stanie pokazać piękna chrześcijańskiego spojrzenia na miłość i mądrości katolickiej etyki seksualnej. Ba! Twierdzi się nawet, że temat ten nie powinien być publicznie poruszany. Wewnątrzkościelna ignorancja wobec powagi problemów w sferze seksualnej i nieznajomość realiów jest olbrzymia. Ten fakt wyjaśnia, dlaczego także w mediach kościelnych nurt inspirujący się teologią ciała i teologią miłości nie może się przebić ze swoim przekazem.

Mimo to sprawy idą powoli do przodu. Coś pozytywnego udało mi się powiedzieć w „Gościu Niedzielnym”, „Przewodniku Katolickim”, wyjątkowo ciekawym a mało znanym dwumiesięczniku „La Salette”, w debiutujących „Zbliżeniach”, w miesięczniku „W Drodze” lubiącym poruszać ważne tematy i oczywiście w WIĘZI, zawsze gotowej na analizowanie zmian zachodzących w świecie.

Wielkim sukcesem była współpraca z, nieistniejącym już, „Magazynem Familia”, gdzie prowadziłem rubrykę „Pytania i odpowiedzi”, która była pierwszą w Polsce, a myślę, że nie tylko, próbą otwartego omawiania problemów seksualnych katolików, pragnących kształtować swoje życie seksualne w zgodzie z wyznawanymi zasadami moralnymi. Udało się pokazać, że o problemach seksualnych nie trzeba mówić tylko pobożnymi ogólnikami i ładnymi sformułowaniami teologicznymi, których racji nie sposób zakwestionować, ale które nikomu nie pomagają w zrozumieniu swego ciała, seksualności i zaakceptowaniu płodności.

Największy problem mają media walczące w obronie Kościoła. Chcąc być ortodoksyjnie katolickie, stają się najlepszym źródłem pasjonujących informacji o złu

Olbrzymia szansa w tej tematyce stoi przed radiem katolickim. Kilkanaście razy próbowałem zainteresować dziennikarzy radiowych, aby zrobili reportaże przekazujące mądrość i doświadczenia małżeństw katolickich, ale prawie nigdy nie spotkałem się z pozytywnym odzewem. Wyjątkami są Radio Em z Katowic i Radio Wawa. W Radiu Plus udało się zrobić kilka audycji na żywo ze słuchaczami i nagrać krótkie (2-3 min.) wypowiedzi o miłości, małżeństwie, seksualności. Bardzo miła inicjatywa, ale ograniczona formułą radia komercyjnego. Radio Maryja dwa razy mnie zaprosiło, raz z moim „dyżurnym” tematem. W sumie niewiele. Teologia miłości i teologia ciała mają olbrzymi potencjał kształtowania myślenia i postaw katolików, budzą ewangeliczny ferment, ale nie wpisują się w schematy myślowe ukształtowane przez wieki.

Ciekawy jest przypadek portalu Fronda.pl, który nie posiada oficjalnego „stempla” katolickości. Tu mam takie doświadczenie, że Fronda.pl nie zauważa absolutnej większości moich działań, ale niech tylko coś o mnie napisze (na swoim poziomie) „Super Express”, to pełni żarliwości „frondowi” katolicy czują się w obowiązku bardzo szczegółowo relacjonować swoim czytelnikom moje rzekome poglądy. Walcząca o tożsamość Kościoła Fronda.pl staje się tym samym przybudówką tabloidu, bo przecież to nie ja, lecz redaktorzy „Super Expressu” są autorami tekstów. Redaktorzy portalu powinni znać moje stanowisko, bo przecież przed ponad trzema laty pismo „Fronda” drukowało obszerny wywiad ze mną. W sumie zwraca uwagę paradoks możliwy tylko w mediach katolickich: aby czytelnicy Frondy.pl mogli zapoznać się z moimi poglądami, muszę nawiązać współpracę z „Super Expressem” albo „Gazetą Wyborczą”, bo inaczej portal informacyjny, walczący 24 godziny o zachowanie rozpływającej się tożsamości Kościoła, mnie nie zauważa. Gwoli sprawiedliwości trzeba przyznać, że Fronda.pl potrafi też pytać, prosić o komentarz i jest jedynym portalem redagowanym przez katolików, który szybko reaguje na wydarzenia. Często wyczuwa się jednak w podejściu jej przedstawicieli coś, czego nie ma w u innych dziennikarzy – brak emocjonalnego dystansu do wydarzeń.

Gdy już pojawiłem się w „Wyborczej”, to od razu „Nasz Dziennik” uznał, że ma prawo mnie zaatakować. Najwyższe tony czystej moralności! Do tej pory nie spotkałem się z tak zaciętym i systematycznym szukaniem na mnie haków przez kogoś, kto uważa się za gorliwego katolika. Z artykułu Marka Czachorowskiego wynika, że nasz biedny papież cierpi prześladowanie na całym świecie za sprzeciw wobec prezerwatywy, a ja prezerwatywy propaguję. Na dowód podano zdanie z mojej książki, gdzie tylko stwierdzam (po całej liście argumentów przeciw prezerwatywie, o których ten „uczciwy” publicysta nic nie napisał), że człowiek ostatecznie wybiera to, co chce. Do tej pory przede wszystkim dziennikarze pism antykościelnych śledzili moją działalność tylko w jednym celu – aby każdą informację zinterpretować w sposób negatywny… Wypowiedzi Czachorowskiego poszły potem w eter przez Radio Maryja – w nieco zakamuflowanej formie, ale jednak wymierzonej wyraźnie przeciw mnie. W pewnym stopniu były skuteczne, bo pojawiły się zwroty moich książek w księgarniach przez osoby starsze, które kupiły je w prezencie dla swoich dorosłych dzieci.

Bardzo to bolesne, bo wykorzystano Radio Maryja do szerzenia nieufności wobec mnie wśród osób starszych, które nie są kulturowo przygotowane na otwarte poruszanie tematyki życia seksualnego, nie rozumiejąc, że przyszłość Kościoła to młode pokolenie, które ma poważne problemy na linii seksualność–wiara. Muszę jednocześnie przyznać, że w Radiu Maryja miałem zawsze wsparcie ze strony małżonków prowadzących audycje wtorkowe poświęcone tematyce małżeństwa i rodziny, którzy mnie dwa razy zaprosili do tej audycji i zawsze bronili. Obraz współpracy z tym środowiskiem nie jest więc czarno-biały.

Gdy dziennikarze proszą mnie, abym w wywiadzie użył słowa „orgazm”, odpowiadam, że jak pozwolą mi powiedzieć też coś o Bogu, to mogę spełnić ich prośbę

Jak widać, największy problem mają media walczące w obronie Kościoła, które są nastawione na krytykę i zwalczanie wroga. Chcąc być ortodoksyjnie katolickie, stają się najlepszym źródłem pasjonujących informacji o złu (prawdziwym lub domniemanym), jakie się dzieje w świecie, o wszystkich sukcesach diabła w ostatnich dniach. Na pozytywne informacje o tym, co dobrego Bóg robi w świecie i w Kościele, nie ma miejsca, czasu i zainteresowania.

Ten pozornie ewangeliczny radykalizm jest coraz bardziej niebezpieczny dla Kościoła. Kto bardziej radykalny w demaskowaniu zła, ten umacnia swoją pozycję w Kościele jako „prawdziwy” katolik. Ludzie tego typu są szczególnie niebezpieczni, gdy zaczynają się wypowiadać w obszarze „religia i seks”. Połączenie tych tematów stanowi podwójną „bombę” emocjonalną, bo w tych dwóch sferach ludzie mają najwięcej problemów i dylematów. Łącząc religię i seksualność, chodzi się po polu minowym, nie wiedząc, kiedy i gdzie mina wybuchnie.

W Kościele katolickim w Polsce bardzo brakuje ośrodka jednoczącego i rozeznającego różnorodność charyzmatów. Opierając się na przekazie medialnym jako podstawowym źródle informacji, bardzo łatwo możemy doprowadzić do rozbicia Kościoła. Kiedyś w ten sposób wobec mnie zadziałał redaktor „Tygodnika Powszechnego” Artur Sporniak. Nie wiem, czy było to działanie świadome. W artykule chwalącym mnie (oczywiście jako „wyjątkowego kapłana”…) pojawiła się uwaga, że moje nauczanie jest niezgodne z Katechizmem Kościoła Katolickiego. Plus komentarz, że coś z tym trzeba zrobić – najlepiej zmienić Katechizm, bo wiadomo, że Kościół jest zacofany. Tyle że w polskich warunkach był to donos na mnie do biskupów. Gdyby rewelację Sporniaka wzięli oni na serio, to powinni stanowczo zareagować sankcjami wobec mnie. Pikanterii dodaje fakt, że jako ten ponoć „wyjątkowy kapłan” nie mogłem opublikować swojego artykułu w tymże „Tygodniku Powszechnym” w jednej z debat na temat seksualności, bo nie wpisywał się w linię pisma.

W tym samym czasie, gdy „TP” „chwalił” moje poglądy, uznając je za niezupełnie katolickie, piękną laurkę katolickości wystawił mi w „Gazecie Wyborczej” seksuolog Andrzej Depko, który uznał, że w niczym niestety nie odbiegam od nauki Kościoła i zarzucił mi, że z racji swojego światopoglądu nie wypełniam kilku punktów Powszechnej Deklaracji Praw Seksualnych rekomendowanej przez Światową Organizację Zdrowia, m.in. prawa do seksualnej przyjemności, łącznie z zachowaniami autoerotycznymi, oraz prawa do swobodnych kontaktów seksualnych, które naruszam, mówiąc tylko o życiu seksualnym małżonków. Pan Depko ostrzegał, aby moje książki czytać do końca i nie ulegać pochopnemu zachwytowi. Uważa mnie bowiem za osobę zaburzoną seksualnie z racji życia w celibacie. Kiedyś u red. Rymanowskiego w TVN24 odmówił mi jako kapłanowi prawa udziału w debacie na temat ludzkiej seksualności.

Być czy nie być?

Obecność w mediach świeckich ma zatem olbrzymią wartość – nie tylko z racji ich zasięgu, ale też z powodu słabości mediów katolickich, które wagi poruszanych przeze mnie problemów nie dostrzegają i/lub nie odważają się prowadzić interakcji z katolikami w tej dziedzinie. Gdy coś się dzieje w tematyce seksualnej, zaraz mam telefon z jakiejś gazety świeckiej albo z TVN z prośbą o wypowiedź do przygotowywanego newsa albo z zaproszeniem do studia telewizyjnego. Na pewno nie będzie to jednak telefon z pisma czy radia katolickiego. Do ewangelizacji przez media są potrzebni ludzie niezależni, twórczy, odważni, poszukujący, umiejący zainteresować czytelnika, przyciągnąć jego uwagę, mający kontakt z realnym życiem. Widzę tymczasem w mediach katolickich brak profesjonalizmu, zaangażowania, walki o czytelnika czy słuchacza.

Przygoda z mediami świeckimi daje okazję spotykania się z ludźmi o orientacji skrajnie materialistycznej. Charakteryzują się oni wprost niewyobrażalną ignorancją wobec Kościoła i jego nauki. Mają bardzo wąski, wręcz biologiczny pogląd na życie, który uznają za naukowy i „jedynie słuszny”. Nie dopuszczają jakiejkolwiek głębszego spojrzenia na człowieczeństwo. Z tego też powodu są intelektualnie niezdolni do dialogu z katolikami. Charakteryzują się wręcz maniakalną potrzebą nieustannego oskarżania Kościoła, której racjonalnie nie można wytłumaczyć. Ludzie ci bez żadnego skrępowania głoszą swoje poglądy publicznie. W tej sytuacji – gdy wszyscy tak gorliwie głoszą nawet patologiczne poglądy na temat seksualności ­­– Kościół także powinien odważnie głosić swoją naukę i tłumaczyć ją wiernym. Nie po to, aby odzyskać utracone pole, lecz z miłości do ludzi, którzy potrzebują zrozumieć czym jest miłość, zrozumieć swoje ciało i swoją seksualność.

Obecność w mediach świeckich rodzi duże ryzyko przekłamań, a wręcz utraty własnej podmiotowości. Bardzo często ktoś przekręca moje słowa i dla sensacji puszcza je w obieg. To dotyczy np. kwestii pieszczot oralnych w czasie gry wstępnej, które w mediach natychmiast stają się po prostu seksem oralnym ­– i tak już to dalej idzie w świat… Z moich wypowiedzi „obcinane” są pewne tematy: cała sfera duchowości i teologii, kontekst sakramentu małżeństwa, budowanie więzi, wartość wstrzemięźliwości seksualnej i wiele pytań natury moralnej, w którym to kontekście padają moje rady dotyczącego erosa. Media prezentują mnie jako „seksuologa w habicie” (którym nie jestem), pomijając cały aspekt teologiczny, który stanowi ok. 70 proc. moich katechez.

Jedni uważają, że wątek duchowości nie jest interesujący; inni, że argumentacja religijna nie może być prezentowana w mediach publicznych i niekonfesyjnych; inni szukają bardziej sensacji niż informacji; jeszcze inni nie chcą być utożsamieni z katolicyzmem. Taka jest cena obecności w mediach świeckich. Są one współczesnymi areopagami ­– można tam podyskutować i tym samym zaistnieć w przestrzeni publicznej, ale nie można wyrazić w pełni swojej tożsamości.

Wewnątrzkościelna ignorancja wobec powagi problemów w sferze seksualnej i nieznajomość realiów jest olbrzymia

Tylko we wspólnocie Kościoła możliwe jest swobodne pełne głoszenie Ewangelii. Niezafałszowany przekaz na temat miłości kobiety i mężczyzny powinien być głoszony zwłaszcza w ramach katechezy dla dorosłych, której jednak zasadniczo nie ma w parafiach. W tej sytuacji już kilka lat temu uświadomiłem sobie, że gdybym nie miał własnych, nawet skromnych środków przekazu, nie mógłbym prawie nigdzie zachować w pełni swojej tożsamości, także w Kościele. Te moje skromne media to: wortal internetowy www.szansaspotkania.pl, notujący 22 mln wejść rocznie, 5 książek, które się rozeszły łącznie w około 100-tysięcznym nakładzie, poradnia on-line, świadectwa małżeństw, które były na rekolekcjach. Mam nadzieję, że uda mi się „wyprodukować” filmiki i stworzyć na YouTube własny profil, dzięki któremu będę mógł przemówić własnym głosem w formie wizualnej. To taka moja walka Dawida z Goliatem o własną tożsamość, a tym samym o możliwość obecności katolika i kapłana w świecie, w którym dominującą rolę odkrywają media.

Mimo wszystko wydaje mi się, że więcej zyskuję niż tracę na kontaktach z mediami świeckimi. Ewangelizacja poprzez media świeckie to doświadczenie trudne, ale cenne. Jest okazją do spotkań i konfrontacji z materialistami, ateistami, którzy myślą całkiem inaczej niż chrześcijanie, mają inną perspektywę życia. Nie są to jednak ludzie z zasady wrodzy chrześcijaństwu. Są raczej antyklerykalni niż antykościelni. Nie są antychrześcijańscy, tylko zlaicyzowani, a często pogubieni życiowo. Zasadniczo media to świat liberalny, odchylony lewicowo, ale nie można powiedzieć, że jest to świat z założenia antychrześcijański. Mam sojuszników wśród osób wychowanych w domach tradycyjnie katolickich, którzy potem odeszli od chrześcijaństwa, ale są ludźmi dobrej woli, poszukującymi Boga i otwartymi na wartości. Takich dziennikarzy jest dużo.

Nie jest też prawdą, że w mediach świeckich nie pracują katolicy i nie pełnią tam swojej misji. Bardzo często moją obecność w mediach niezwiązanych z Kościołem zawdzięczam katolikom, którzy starali się mnie „wylansować”. Niekiedy same redakcje, godząc się na wywiad ze mną, typowały do niego jedynego katolika, którzy w tej redakcji pracował.

Istnieje oczywiście dylemat, czy funkcjonować w tym świecie – takim jakim on jest, czyli coraz mniej chrześcijańskim – czy też, w imię obrony własnej tożsamości, zamknąć się w świecie ludzi wierzących, rezygnując z kontaktu z mediami? A jeżeli rezygnować, to z jakich mediów? Czy ryzykować i narażać się na wyśmianie, manipulację, wykorzystywanie, ale jednak być w mediach świeckich, coś mówić, przynajmniej zaznaczając swoją obecność, troskę o człowieka; próbować pokazać, że jest Bóg, że są ludzie, którzy w Niego wierzą (w mediach zawsze jestem w habicie)? Czy też robić swoje po cichu, bez budzenia jakiegokolwiek publicznego zainteresowania? Czy mam biernie, cierpliwie czekać na dziennikarzy katolickich, którzy zechcą zrobić profesjonalny materiał o miłości mężczyzny i kobiety i będą chcieli odważnie dotknąć najbardziej ludzkich problemów?

Ponieważ wszystkie większe media ukazują, w ten czy inny sposób, stronniczą i okrojoną interpretację mojej działalności, mogę występować we wszystkich, albo nie występować w żadnym. Jak na razie uznałem, że temat wart jest nagłośnienia. Raz przeszkadzają mi media uznane za katolickie, innym razem media świeckie. Raz rośnie nieufność katolików do mnie, innym razem ludzi spoza Kościoła. Właściwie każde środowisko prowadzi swoją własną grę, próbując mnie wmontować w jakąś swoją politykę, wizję świata, swoje krótkoterminowe lub dalekosiężne cele. Inni znowu udają, że nie istnieję, co jest według bp. Adama Lepy najbardziej przebiegłą formą manipulacji. Taka sytuacja także dramatycznie uświadamia, jak bardzo są potrzebne Kościołowi własne, niezależne finansowo środki przekazu, otwarte na bogactwo duchowe całego Kościoła.

Sukcesem w mediach świeckich jest nie tyle pokazanie piękna duchowości chrześcijańskiej czy małżeńskiej, ile to, że się w ogóle uda coś powiedzieć o Bogu, o głębszej miłości, zaistnieć w dyskursie publicznym. Sukcesem jest być zaakceptowanym przez dziennikarzy, którzy nie wstydzą się zrobić wywiadu z zakonnikiem. Sukcesem jest ludzka życzliwość dziennikarzy. Największym zaś sukcesem jest przełamywanie – a może jedynie osłabianie, poprzez pozytywną i alternatywną propozycję – stereotypu, że Kościół tylko potępia, straszy grzechem, zabrania przyjemności seksualnej i każe rodzić dużo dzieci, to właśnie czyniąc sensem każdego moralnego aktu seksualnego. Smutne i zarazem ciekawe, że wiele ludzi w Polsce – zarówno ci, co nie chodzą do kościoła, jak i ci, którzy chodzą bardzo często – taki właśnie obraz nauki Kościoła ma zakodowany.

Gdy coś się dzieje w tematyce seksualnej, zaraz mam telefon z jakiejś gazety świeckiej albo z TVN z prośbą o wypowiedź albo z zaproszeniem do studia. Na pewno nie będzie to jednak telefon z pisma czy radia katolickiego

Media świeckie mogą być zaledwie przyczółkiem ewangelizacji. Mogą być użyteczne, aby móc publicznie zakwestionować okołokościelne stereotypy, ale nie ma sensu wymagać od nich czegoś więcej. To i tak może wielu ludziom pomóc i pozwolić im na szukanie głębszych uzasadnień. Gdy ktoś zacznie szukać, ma możliwość odnalezienia strony internetowej, kupienia książek, pojechania na rekolekcje…

Ewangelizacja w mediach zakłada umiejętność posługiwania się dwoma językami – dość hermetycznym językiem swojej wspólnoty kościelnej i językiem kultury, w jakiej żyjemy. Jeżeli chrześcijanin tego nie potrafi, nie ma mowy o przekładaniu Ewangelii na język zrozumiały dla współczesnego świata. Łatwo wtedy o negatywne nastawienie do świata, o poczucie odrzucenia, odcinanie się od złych ludzi, zrywanie współpracy – czyli de facto wycofywanie się z przepajania świata ewangelicznymi wartościami, wybór życia w getcie, w wąskiej grupie wyznawców Ewangelii.

Kościół w takiej sytuacji stałby się skupiskiem ludzi wyobcowanych, którzy swoją niezdolność do nawiązania relacji z inaczej myślącymi podnoszą do rangi cnoty, a własne przyzwolenie na zepchnięcie na margines uznają za legitymizację autentyczności wiary. Im silniejsze jest przekonanie o własnej czystości moralnej; im bardziej katolik jest zamknięty w swoim hermetycznym świecie; im bardziej posługuje się jedynie językiem niezrozumiałym dla ogółu – tym bardziej potępia świat i dochodzi do wniosku, że w tak złym świecie tylko ludzie niewierni Bogu mogą zaistnieć w przestrzeni publicznej.

Tematy seksualne stwarzają okazję do budowania pozytywnego obrazu Kościoła jako wychodzącego ku ludziom w sprawach dla nich ważnych; Kościoła, który w tak trudnych sprawach życzliwie pomaga, ale nie potępia. W tym celu działam czasem w symbiozie z dziennikarzami. Gdy proszą mnie, abym w wywiadzie użył słowa „orgazm”, odpowiadam, że jak pozwolą mi powiedzieć też coś o Bogu, to mogę spełnić ich prośbę.

Nie uczestniczę w sporze politycznym, nie jestem przedstawicielem żadnego stronnictwa. Reprezentuję kulturę stworzoną przez wiarę chrześcijańską obecną w świecie kultury laickiej, erotomańskiej, manichejskiej czy innej. Na tym poziomie mogę rozmawiać zarówno z cudzołożnikami, faryzeuszami i celnikami, jak i z ludźmi świętymi; z wierzącymi i niewierzącymi. Dopóki jest możliwa współpraca, trzeba współpracować.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 11-12/2011