Kilka razy wałęsałem się po przedsionkach nieba. Niezbyt często, ale było to na tyle intensywne, że zacząłem tęsknić. Czy te doświadczenia były zapowiedzią, przedsmakiem, rodzajem filmowego trailera? Mam nadzieję.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 7/2012.

Zacząłem pisać „reportaż z nieba”. Ale zdanie po zdaniu okazywało się, że brnę w ślepą – dosłownie!– uliczkę. Oko nie widziało, ucho nie słyszało, a ja starałem się opisać. Słowa okazywały się bezradne, miałkie, puste. Stanąłem pod ścianą i przypomniałem sobie dewizę św. Augustyna: cokolwiek powiemy o Bogu, już Nim nie jest: On zawsze jest inny: większy, bardziej kochający…

Wszystko, co tu napiszę, nie jest prawdą. Będzie inaczej. O niebo lepiej. Zamiast opowieści w rodzaju religious fiction proponuję rodzaj śledztwa. Na podstawie poszlak i dowodów, które On pozostawił, spróbujmy opisać Jego dom, zajrzeć przez lekko uchylone okno do Królestwa.

Nie byłem w niebie – to oczywiste. Kilka razy wałęsałem się po przedsionkach. Niezbyt często, ale było to na tyle intensywne, że zacząłem tęsknić. Czy te doświadczenia były zapowiedzią, przedsmakiem, rodzajem filmowego trailera? Mam nadzieję.

Jak tam będzie? Pięknie. Słucham wskazówek św. Tomasza i próbuję poznawać przez analogię.

Najważniejszy telegram świata

Jechałem znad morza na wschód. O bladym świcie. Było dokładnie tak, jak w wierszu Jacka Podsiadły: „Obudziłem się w pędzącym pociągu, nie wiedząc gdzie jestem, jak zwykle”. Za brudnymi oknami mojego pociągu parowały mazurskie jeziora. Wynurzały się z mgły. W oddali znikały uśpione, zardzewiałe stacyjki. Zapamiętałem nazwy: Łankiejmy, Korsze. „Za oknem – to znowu Podsiadło – był las. Słońce paliło w krzakach pierwszego papierosa. Wyskoczyłem na pierwszej stacji. Poszedłem. Drogą. Ze słońcem po lewej, księżycem po prawej ręce. Akcje słońca szły w górę, akcje księżyca spadały. Jeziora parowały. Anioły śpiewały, bydlęta fruwały, rodził się dzień”.

Z ciemności wyłoniła się plama światła. Przytuliłem nos do szyby. Spojrzałem na zegarek. Było grubo po północy. Za oknem, tym razem, busa – który mknął przez pogrążoną w śnie Rumunię – na ryneczku małego, ukrytego w Karpatach miasteczka tańczyli weselni goście. Wirowali w rytm muzyki cygańskiej kapeli, której dźwięki odbijały się od wysokich, stromych schodów. Tyle zapamiętałem. Zasnąłem. Nad ranem musiałem upewnić się, czy to nie był sen. Na szczęście inni pasażerowie też to widzieli. Odetchnąłem.

Kilka lat później znów jechałem przez Rumunię. Przesunąłem zegarek o godzinę do przodu. Mknąc po krętych drogach z Satú Mare do Sygietu – krainy nieprzypadkowo zwanej bajkową – z każdym kilometrem cofałem się w czasie. Rok po roku, epoka po epoce. W końcu wylądowałem w zagubionych u podnóża gór wioskach, gdzie czas zatrzymał się kilkadziesiąt lat temu. Zza zakrętu, w zabitej dechami wiosce regionu Maramuresz, wyłonił się… wóz ciągnięty przez woły. Na ławeczkach przed misternie rzeźbionymi drewnianymi bramami staruszki wystawiały twarze na ostatnie promienie słońca. Pod ich nogami leżały potężne wiklinowe kosze, z których wysypywały się jabłka i orzechy. Staruszki zastygły w bezruchu na swych drewnianych ławach. Nie obchodził ich żaden kryzys gospodarczy ani polityczne zawirowania.

Skoro na tym „gorszym ze światów” Bóg stworzył zapierające dech w piersiach „okoliczności przyrody”, czy w niebie nie miałby ich powtórzyć?

Zielone pola Mazowsza zlewały się w niewyraźną smugę. Z nieba lał się żar. Pędziliśmy z Januszem Kotarbą na jakiś koncert. Za zakrętem zauważyliśmy siedzącą babuleńkę. Sprzedawała maliny i czereśnie. Stanęliśmy, kupiliśmy owoce, a po chwili „palce mieliśmy na oślep skrwawione ich sokiem”. Słuchaliśmy nowej płyty Triquetry. Gdy zanurzałem rękę w papierowej torebce, głośniki ryknęły: „STOP. Śmierci już nie ma”. Najważniejszy telegram świata. Przedsmak nieba.

Rzucam jedynie kilka przykładów z brzegu. To pierwsze obrazy, impresje, które spływają, gdy przymykam oczy. Jedne z miliona podobnych. Skoro na tym „gorszym ze światów” Bóg stworzył takie, zapierające dech w piersiach „okoliczności przyrody”, czy w niebie nie miałby ich powtórzyć? W wersji ulepszonej, odartej ze zła? To jedynie intuicja. Ale – wierzę – prawdziwa.

– Istnieje ciągłość miedzy tym światem a tamtym – podobnego zdania jest ks. dr Grzegorz Strzelczyk – Tyle, że Pan Bóg przeniesie go do wersji 2.0. Podciągniętej, ulepszonej. Wierzę w to, że Bóg – najbardziej kreatywna trójosoba wszechświata będzie nas nieustannie czymś zaskakiwał. Niebo będzie dopełnieniem stworzenia. Skoro ten świat będzie przemieniony, to dlaczego miałby być z niego usunięty aspekt estetyczny? Umieramy w Boga. To jedyne „miejsce”, w które można umrzeć. Po śmierci od razu wpadamy w Jego objęcia. Każdemu z nas Jezus obiecuje jednak jeszcze więcej: zmartwychwstanie ciała. Rozbrajająca jest ewangeliczna opowieść o Jezusie spotykającym nad jeziorem uczniów. Nie dowierzają, myślą, że to jakiś duch, a On wypala wprost: „Macie tu coś do jedzenia?” Materialność zmartwychwstania jest dla wielu zgorszeniem. A ten fragment genialnie pokazuje nam, że istnieje niepodważalna ciągłość miedzy życiem doczesnym a rzeczywistością zmartwychwstania. Są one – powiedzielibyśmy dziś – kompatybilne. To nie jest tak, że będziemy się musieli wszystkiego wyrzec, że po śmierci stracimy smak, nie będziemy się pamiętać, rozpoznawać, rozumieć. Wręcz przeciwnie. Tam ryby będą lepsze!

Sygnały z tamtej strony

Czułem się w tym tłumie bardzo obco. Drażniło mnie skandowanie imienia „Jezus” i starsze kobiety wznoszące dłonie do góry. Trzasnąłbym ostentacyjnie drzwiami, gdyby tylko jakieś znajdowały się pod ręką. Stałem na spalonej słońcem trawie na jednym z kongresów Odnowy w Duchu Świętym. Ukryty, wycofany, odwrócony tyłem do dwustutysięcznego tłumu. Z głośników, z których płynęły pieśni uwielbienia, dobiegł głos kapłana: „Zaraz nastąpi wystawienie Najświętszego Sakramentu”. W oddali, sto metrów przede mną, dostrzegłem milimetrowy punkcik. Lśnił. Wysoko na murach Jasnej Góry kapłan ustawiał na ołtarzu monstrancję. Zbyt daleko, bym mógł coś więcej dostrzec.

Nie widziałem szczegółów. Nie tylko dlatego, że jestem krótkowidzem. Zasłaniał mi tłum i wzniesione do nieba dłonie. Nagle – pamiętam to dokładnie – zamarłem w bezruchu. Wszystko dokoła przestało istnieć. Oniemiałem z zachwytu. Stałem zatopiony w ciszy. Bardzo irracjonalne doświadczenie… Jak długo trwało? Dziesięć sekund? Minutę? Czułem się tak, jakby ktoś wpuścił mnie do przedsionka. Odsłonił rąbek Tajemnicy i szepnął: „Warto za tym tęsknić. Warto biec”. W Obecności, której doświadczyłem, nie było nawet cienia oskarżenia.

To nie było żadne pełne zanurzenie, a jedynie nieśmiałe brodzenie po płyciźnie. Delikatne muśnięcie rzeczywistości nie z tej ziemi. Zaskakujące tym bardziej, że nie byłem na nie przygotowany. Stałem nastroszony, z nieodłącznym „Alleluja i do tyłu” na ustach. Ot, niespodzianka.

Gdy po powrocie do domu szukałem wskazówek, które pomogłyby mi oswoić i nazwać to doświadczenie, natknąłem się na pełne tęsknoty słowa, które sam Chrystus wypowiedział do św. Małgorzaty Marii w Paray-le-Monial: „Tak bardzo płonę pragnieniem bycia kochanym przez ludzi w Najświętszym Sakramencie, że to pragnienie Mnie spala; a nie znajduję nikogo, kto starałby się je zaspokoić”. Tak. To było to! Czuję intuicyjnie, co miał na myśli Pierre Goursat, założyciel wspólnoty Emanuel, notujący: „Serce Jezusa można porównać do siedmiokrotnie rozpalonego pieca, w którym przechadzali się trzej młodzieńcy, oddając chwałę Bogu. Podczas adoracji człowiek wchodzi w ten rozpalony piec miłości i dobroci”.

O podobnym doświadczeniu opowiadał mi niedawno kompozytor Michał Lorenc: „Nie chodziłem wtedy do Kościoła. Poproszono mnie, bym był ojcem chrzestnym dziecka. Zgodziłem się. I w czasie Mszy wydarzyło się coś niezwykłego. Trudno o tym opowiedzieć. W czasie przyjęcia Komunii wydarzyło się coś, co wymyka się nazwom. To był stan ogromnego pokoju, odjechania w inną rzeczywistość. Trwało to pewnie jedynie kilkanaście sekund, ale dla mnie było długą podróżą w czasie. Nie potrafiłem uporządkować w żaden sposób tego odczucia. Przyszło z zewnątrz. To jest nie do opowiedzenia”. Opisy podobnych doświadczeń są ryzykowne. Narażam się na śmieszność i kpinę. Takie sygnały, które przychodzą z „tamtej strony” nie są częste. Są jak „zajączki” puszczane lusterkiem na ścianę. To jest błysk, odbicie słońca. Błyszczy i znika. Na jak długo starcza? Starcza, by żyć.

Czy w niebie będzie bezpiecznie i czy bezpieczeństwo ma coś wspólnego z przyjemnością? Spytam dzieciaków – pomyślałem. – Tak – Marta i Łukasz nie mają wątpliwości

Trapista ojciec Michał Zioło opowiadał mi: „Zapisałem kiedyś w swym «dzienniczku» – to bardzo osobiste, więc proszę się nie gorszyć ani nie wyśmiewać – że mam doświadczenie Boga. Nie jakąś wizję, ale poczucie, że zawarliśmy z sobą konkretną umowę. Jesteśmy razem. Mówię Mu bardzo proste słowa, proszę Go o banalne rzeczy. Nie płaczę w rękaw, tylko mówię, że jest ciężko. I Pan Bóg odpowiada w bardzo precyzyjny sposób…”.

– Jaki Jezus przyszedł do ojca w Wielki Piątek kilkanaście lat temu? Opowiadał ojciec o tym doświadczeniu na jednych z rekolekcji…– przerwałem trapiście. Cisza. Dyskretny uśmiech zakłopotania. – Łagodny? – nie daję za wygraną – Tak… – Delikatny? – Dokładnie tak…Przyszedł taki, jakiego domyślałem się już w dzieciństwie. Przyszedł do mnie. Nieśmiały, bezbronny. Nie narzucający się. Bóg przychodzi do mnie takiego, jaki jestem. Przychodzi i mówi: „Dlaczego się smucisz?” – „Bo jest smutno” – odpowiadam. I Pan Bóg to szanuje. Lubię analogię dzieci-rodzice. Dzieci bawią się, szaleją, bo wiedzą jedno: rodzice są niedaleko. Czuwają, słyszą. Możemy się bawić.

Czy w niebie będzie bezpiecznie i czy bezpieczeństwo ma coś wspólnego z przyjemnością? Spytam dzieciaków – pomyślałem. – Tak – Marta i Łukasz nie mają wątpliwości.

Bliskość. Kolejny atrybut nieba.

„U ludzi to niemożliwe, u Boga na wszystko jest czas. Zaświaty przyszły na świat i kręcą się wokół nas. I piją ze mną herbatę i sadzą cynie po wsiach” – śpiewa Tomasz Budzyński, zdradzając kwintesencję chrześcijaństwa. Zaświaty piją z nami herbatę, stoją na przystanku, cieszą się, płaczą. Jezus w łodzi, na weselu, przy kolacji. Pan z szalejącymi dzieciakami na ręku. Zgłodniały Bóg pytający „Macie coś do zjedzenia?” Bóg przygotowujący dla mnie miejsce przy stole. Czym sobie zasłużyłem? Niczym.

Bez suszenia zębów

„Zabrania się być starym” – wolał cadyk Nachman z Bracławia. Schroniłem się przed trzaskającym, siedemnastostopniowym mrozem w sali GS-u w Lelowie. Tańczyli w nim chasydzi. Wirując przez długie godziny przemienili obskurne peerelowskie pomieszczenie w pełen światła przedsionek nieba. Szeptali modlitwy nad grobem cadyka Dawida, wierząc, że ma on zdolność przekazania ich Temu, którego Imienia nie odważają się głośno wymawiać. „Radość to wielkie lekarstwo” – cytowali jak z rękawa. „Być zawsze radosnym to wielka micwa. Smutek jest wygnaniem Boskiej obecności”.

– Święty Augustyn radzi, by nauczyć się tańczyć, bo w niebie będziemy się czuć nieswojo – uśmiecha się bernardyn Cyprian Moryc. – Jak tańczymy w naszej lubelskiej wspólnocie? Zawsze po kole. Symbolizuje ono doskonałość. Wewnątrz jest Bóg. Ruchy tancerzy są gestami przychodzenia do Niego, zmagania się, by Go poznać, a nawet cofania się przed Nim, zasłaniania twarzy. Jest gest pokazujący, jak zuchwale biegniemy do Niego, a później cofamy się, kryjemy. Wzbraniamy się, bo Jego obecność zaczyna nas przerażać. Gesty siły sąsiadują ze znakami kompletnej bezradności. W tańcu jesteśmy i groteskowi i patetyczni. Jak w życiu…

– Fabuła „Imienia róży” Umberto Eco jest osadzona na tezie, że Chrystus na kartach Ewangelii się nie śmieje. Był to dla mnie, czytelnika, poruszający wątek – opowiada ks. prof. Jerzy Szymik – Z tego jednak, co wiem o Bogu i co dostrzegam jako duszpasterz, widzę, że Pan Bóg ma spore poczucie humoru. Potrafi ku naszemu dobru „zakpić” z naszego nadęcia, z tego żałosnego napuszenia „kto my to nie som”. Ale to nigdy nie jest Bóg-cynik. Chrześcijaństwo nie jest suszeniem zębów, a do jego przykazań nie należy: „keep smiling” – dodaje ks. Szymik. – To radość na o wiele głębszym poziomie, radość obejmująca również bóle życia. Radość z tego, że śmierć została pokonana.

Czy w niebie będzie przyjemnie?

Zostaniemy przytuleni. Tyle, że, czuję to nosem, będzie to doświadczenie tak intensywne, że wykroczy poza najszerzej rozumiane pojęcie „przyjemności”. Ojciec Joachim Badeni opowiadał o bezradnych próbach przekazania doświadczenia religijnego. „Kto tego nie doświadczył, nic nie zrozumie. Nic a nic” – wzruszał ramionami.

Zobaczymy Go twarzą w twarz. Wyraźnie, nie przez kłamstwa czy zniekształcenia zwierciadeł. Słowo „przyjemność” jest bezradne wobec tego doświadczenia. Staje się puste, miałkie i mdłe. Bliskość, jakiej doświadczymy, wymyka się językowi mediów, nieustannych promocji i reklam. W najlepszy – czytaj: najbardziej porażający – sposób opisał ten stan Marek Stokowski w swym „Stroicielu lasu” – jednej z najlepszych powieści ostatniej dekady. Dariusz Basiński z Mumio, czytający tę książkę w radiowej Trójce, powiedział, że dowiedział się z niej więcej o Bogu niż z opasłych tomów traktatów teologicznych. Zacytuję rozbrajający fragment, który od miesięcy nie daje mi spokoju. Wraca jak bumerang. Wiele mówi o Królestwie.

Sygnały, które przychodzą z „tamtej strony” nie są częste. Są jak „zajączki” puszczane lusterkiem na ścianę. To jest błysk, odbicie słońca. Błyszczy i znika. Na jak długo starcza? Starcza, by żyć

„Kilkanaście metrów dalej, na zwalonej sośnie siedział człowiek. Siedział tyłem do sublokatora spod 12-tki, pochylał się lekko i wodził patykiem po ziemi. Ubrany był w rodzaj tuniki, sięgającej aż do kostek. Na ramiona opadały mu splątane, ciemne włosy. Przypominał bezdomnego a zarazem króla, samotnego władcę na wygnaniu, bez korony i bez armii.

M – podobnie jak stworzenia leśne, wodne i powietrzne – był onieśmielony obecnością bezdomnego króla. Stał i patrzył. Tym razem nie podam, ile trwało to, co robił, bo czas także się zagapił. W osobliwym przygarbieniu siedzącego objawiała się powaga, nawet smutek. Im dłużej M patrzył, tym bardziej to widział i tym mocniej dziwił się nieznajomemu, bo sam był radosny jak kiedyś, w dzieciństwie, gdy jeździł rowerem na nowe lotnicho.

Człowiek rysujący coś na ziemi, odwrócił się lekko i spojrzał przez ramię. M rozpoznał go. Od razu. Rozpoznał i zdębiał. Właśnie taki półzdębiały podszedł do zwalonej sosny na odległość szeptu i zaczął się jąkać: – Przepraszam…

Tamten czekał, patrząc ze spokojem. M zawahał się, czy mówić dalej. Skoro już zdarzyło mu się to spotkanie, skoro mógł się zwrócić do monarchy bez korony i bez armii, to powinien był powiedzieć coś ważnego, coś naprawdę istotnego, zapytać o wszystko, co go tak głęboko nurtowało, a zapytał o coś dziwacznego: – Czemu nigdy się nie śmiejesz?

Nadal trwała wielka cisza, roztrącona lekko jego głosem. – Ja właściwie nie pamiętam, żebyś kiedykolwiek chociaż się uśmiechnął… – wymamrotał M, niepewnie, bo nie mógł dać głowy, że przeczytał z całkowitym zrozumieniem właściwe rozdziały tej księgi, którą zostawiła siostra Dominika.

Zapytany dźwignął się z siedziska na pniu drzewa. Stanął przed sublokatorem pani Kosakowej i przytulił go do siebie, bardzo mocno. M w ogóle przestał istnieć. To znaczy, on istniał, ale nie osobno w swojej skórze, nie oddzielnie od człowieka, który go otaczał ramionami, ani nie odrębnie od obejmującej ich zieleni. Wrócił do istnienia osobnego, kiedy poczuł na policzku wilgoć. Potem na tunice bezdomnego ujrzał plamy. M widział, jak rosną, nasycają się czerwienią. I wówczas zrozumiał, że to ciało pod tkaniną i dusza pod ciałem są w istocie nie gojącą się, otwartą raną. Odsunął się prędko – nie z odrazy, ale z lęku, że zadaje dodatkowy ból poranionemu.

Tamten stał przed M, bez słowa, i dawał odpowiedź”.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 7/2012.