Pośród obecnych konwulsji wyłania się jakiś nowy świat, już nie christianitas. Nie sposób go jeszcze dobrze opisać, ale już dziś trzeba odpowiadać na pytanie: jak ma wyglądać „nowy” sposób życia po chrześcijańsku w tej nowej rzeczywistości?

Chciałabym dorzucić swoje „trzy grosze” do aktualnej dyskusji  spowodowanej wydarzeniami w Białymstoku podczas marszu środowisk LGBT i kazaniem metropolity krakowskiego abp. Marka Jędraszewskiego. Nie mam do zaproponowania całościowej analizy ani gotowych rozwiązań. Niech to będzie zwyczajnie kolejny głos w bardzo potrzebnej dyskusji – nieco porządkujący w zamiarze.

Ferwor wykluczania

Gdyby na chrześcijaństwo w Polsce patrzeć głównie przez pryzmat mediów, to można by odnieść wrażenie, że mamy do czynienia ze zjawiskiem mocno zideologizowanym i podzielonym. Różne osoby, grupy i środowiska przedstawiają swoje stanowiska w kontrowersyjnych sprawach jako jedynie zgodne z istotą chrześcijaństwa. Przytaczane argumenty „za” lub „przeciw” odnoszą się do pojęć i doktryn. Rzadko kto zastanawia się jednak, co łączy własne stanowisko w sporach ideowych oraz – będącą przecież istotą chrześcijaństwa! – relację z żywym Bogiem objawionym w czynach i słowach Jezusa i obecnym we wspólnocie Ludu Bożego.

Czasami można odnieść wrażenie, że daliśmy się wmanewrować w walkę, w której wykluczamy siebie nawzajem ze wspólnoty wierzących w Chrystusa, nie potrzebując już nawet „wrogów zewnętrznych”, bo w ferworze wykluczania wystarczymy sami sobie nawzajem jako wrogowie. Ferwor ten obejmuje również bliskie mi środowiska, przejawiał się m.in. także na łamach portalu, gdzie publikuję te słowa.

Trzeba dzisiaj działań, które jednoczą, a nie takich, które powiększają dystans i pogłębiają podziały

Sprawa komplikuje się tym bardziej, że od wielu lat wyraźnie widać, iż przemija dotychczasowa forma świata chrześcijańskiego: christianitas, w której obowiązują prawnie zagwarantowane wartości chrześcijańskie, w której przynależność do jakiegoś chrześcijańskiego wyznania lub obrządku jest powszechna i stanowi o tożsamości społecznej.

Pośród obecnych konwulsji wyłania się jakiś nowy świat, w którym konformizm wobec chrześcijańskiego porządku odgrywa coraz to mniejszą rolę. Za to wiara w Chrystusa staje się wyborem osobowym, a życie według wartości nie jest wymogiem prawnym, czy też nie jest zabezpieczone prawem. Tego świata nie sposób jeszcze dobrze opisać, ale już dziś trzeba odpowiadać na pytanie: jak ma wyglądać „nowy” sposób życia po chrześcijańsku w tej nowej rzeczywistości?

To nie jest pytanie łatwe i nie ma na nie jednej, szybkiej odpowiedzi. Co gorsza, w świecie cyfrowym, gdzie liczą się szybka reakcja i krótki komentarz, niewiele sprzyja spokojnemu i dogłębnemu procesowi rozeznawania. Dlatego dalej funkcjonujemy w starych schematach myślowych i posługując się nimi, próbujemy rozwiązać aktualne problemy i bieżący kryzys. Schematy te zakorzenione są jednak w kilku istotnych złudzeniach, z których wymienię tutaj trzy bardziej znaczące.

Balast złudzeń

Złudzenie pierwsze polega na idealistycznym założeniu, że pojawiające się nowe propozycje światopoglądowe i ideologiczne nie są sprzeczne z chrześcijaństwem, zaś domaganie się przez nie poszanowania dokonuje się zawsze drogą pokojową, nie wykluczającą. Przede wszystkim należałoby się więc na nie otworzyć i – mówiąc kolokwialnie – „ochrzcić je”. Przeciwieństwem tego złudzenia jest przekonanie, że uda się Polskę uchronić przed tymi zgubnymi wpływami, tak, aby zachowała swój charakter chrześcijańskiego bastionu w Europie. Pomóc w tym miałoby zaostrzanie prawa i zewnętrznych norm wymuszających życie zgodne z zasadami chrześcijańskimi.

Dobra nowina nie jest ideologią – jest Osobą, Synem Boga żywego

Złudzenie drugie polega na przyjęciu, że istnieje tylko jeden model bycia „prawdziwym katolikiem”. Dla jednych będzie to model  bycia katolikiem „otwartym”, dla drugich – „konserwatywnym”. Fałszywe jest jednak przekonanie, że wobec własnego wyboru ideowego nie ma alternatywy. Nie można zwłaszcza przyjąć, że sposób bycia chrześcijaninem opisywany przez obecnych w mediach publicystów i komentatorów – z prawa i z lewa, żyjących głównie w wielkich miastach – jest taki sam jak na prowincji.

Złudzenie trzecie wiąże się z przekonaniem, że szukając odpowiedzi na pytanie, jak być prawdziwym chrześcijaninem w zmieniającej się rzeczywistości, dostaniemy w miarę skuteczne wskazania od naszych biskupów (albo ogólniej: od duchownych). Zwolennicy tego przekonania nie dostrzegają, że biskupi i duchowni na ogół nadal żyją w rzeczywistości christianitas, zapatrzeni są więc w stary świat i ten jego porządek, w którym stali się liderami. Widzą zatem raczej potrzebę trzymania się sprawdzonych form działania (i co najwyżej ich ulepszania) niż szukania form nowych na fali wyzwań płynących z propagowanych post-, a nawet antychrześcijańskich modeli układania sobie życia.

Pułapka samozadowolenia

Gdy mamy do czynienia z tak głębokimi, wręcz epokowymi, zmianami – które śmiało można określić jako dezintegrację – przestają funkcjonować dotychczasowe punkty odniesienia gwarantujące stabilność. Aby zapewnić sobie poczucie bezpieczeństwa, indywidualni ludzie i całe grupy stosują różne metody.

Gdy w Polsce po wielu latach zmienił się system polityczny, rozpoczął się szybki proces transformacji kulturowo-obyczajowych – podobny do tego, jaki w krajach zachodnich widoczny był od lat 60. XX wieku. Odpowiedzią Kościoła na te przemiany stał się II Sobór Watykański. Recepcja soboru w komunistycznej Polsce była jednak znacznie utrudniona. Kościół przez wieki wydawał się monolitem spajającym wszystko – wymiar narodowy, kulturowy, obywatelski i wychowawczy. Duchowieństwo spełniało funkcje, do których nie potrzeba święceń kapłańskich.

Fałszywe jest przekonanie, że istnieje tylko jeden model bycia „prawdziwym katolikiem”: dla jednych – „otwartym”, dla drugich – „konserwatywnym”

Wielu chciałoby ten świat nadal pozostawić w takim kształcie, bo wydaje się im, że do tej pory dobrze funkcjonował. Wielu uważa, że jako wspólnota kościelna jesteśmy lepsi niż chrześcijanie na zlaicyzowanym Zachodzie, że skutecznie bronimy katolickiej tożsamości, której tamci się wyparli. Jeśli się od nich możemy czegoś nauczyć, to tylko tego, że zawczasu należy ratować kulturową christianitas, którą chętnie nazywamy chrześcijańskimi korzeniami.

Niechętnie natomiast przyjmujemy do wiadomości, że to właśnie samozadowolenie z kulturowej roli instytucji kościelnych jest w dużej mierze odpowiedzialne za dzisiejszą niezdolność do wyciągania wniosków ze zmian zachodzących w społeczeństwie, np. w odniesieniu do formacji kandydatów do kapłaństwa, która walnie przyczyniła się do kryzysu związanego z wykorzystywaniem seksualnym małoletnich, bo utrwaliła klerykalny model funkcjonowania Kościoła jako instytucji.

Czas rozeznawania

Jak w każdym kryzysie – potrzebne jest rozeznawanie. A ono wymaga czasu.

Punktem wyjścia chrześcijańskiego rozeznawania jest dobra nowina, że Bóg się wcielił, przyjął ludzką naturę i kondycję po to, by zbawić ten świat; że pragnie zbawienia każdego człowieka, niezależnie od tego, czy jest on bardzo tradycyjny czy bardzo otwarty, czy ma taką lub inną orientację seksualną, czy mieszka u siebie bądź przyjechał tu w poszukiwaniu wolności i/lub pracy, czy jest biedny albo bogaty…

Biskupi i duchowni na ogół nadal żyją w rzeczywistości christianitas, zapatrzeni w stary świat. Widzą zatem raczej potrzebę trzymania się sprawdzonych form działania niż szukania form nowych

Podejmując proces rozeznawania, o którym za św. Ignacym z Loyoli niejednokrotnie mówi też papież Franciszek, mamy stanąć przed żywym Bogiem, patrzeć na świat i usłyszeć jego wołanie o zbawienie. Jest nam potrzebne poznanie tego, jaki jest ten (nasz!) świat, czym żyją w nim ludzie – i w wielkich miastach, i na prowincji. Co boli tych, którzy się uważają za otwartych i co niepokoi tych, którzy ciągle oglądają się wstecz.

Nam wszystkim Bóg posyła dziś swojego Syna nie po to, aby nas potępił, lecz, aby nas zbawił. Ta dobra nowina nie jest ideologią – jest Osobą, Synem Boga żywego. Potrzebna jest nam kontemplacja tej dobrej nowiny, która jest odpowiedzią żywego Boga na ból jednych i na niepokój drugich.

Christianitas i multi-kulti

Kiedyś przemówił do mnie pogląd Ludwiga Wittgensteina z drugiej części „Dociekań filozoficznych”, gdzie czytamy: „Gdyby lew przemówił naszym ludzkim głosem, to i tak byśmy go nie rozumieli, bo nie żyje naszą ludzką formą życia”. Mam wrażenie, że aktualnie mamy właśnie wiele takich odmiennych „form życia” (Lebensformen), które powodują, że nie rozumiemy siebie nawzajem.

„Forma życia” wielu biskupów i księży jest zupełnie inna niż „forma życia” wielu ludzi świeckich. Tak wielkim różnicom sprzyja, opisany wyżej, czas intensywnych przemian kulturowo-obyczajowych. Niektórzy biskupi i księża, ale również część świeckich, pozostali w świecie christianitas. Większość świeckich jest natomiast zanurzona  w świecie „multi-kulti” z jego wieloma propozycjami. Ta druga grupa żyje pośrodku tej wielobarwnej rzeczywistości, w „formie życia” nagradzającej szybkość reakcji i wyrazistość opinii, w których cytaty z Ewangelii szybko reinterpretuje się tak, żeby pasowały do aktualnej rzeczywistości. Pierwsza grupa natomiast zna tę rzeczywistość jedynie z drugiej ręki albo ze stronniczych publikacji, co pogłębia niezrozumienie.

Samozadowolenie z dotychczasowej kulturowej roli instytucji kościelnych jest odpowiedzialne za dzisiejszą niezdolność do wyciągania w Kościele wniosków ze zmian zachodzących w społeczeństwie

„Forma życia” tzw. otwartego intelektualisty, który zajmuje się śledzeniem nowych trendów, różni się od „formy życia” wielu ludzi, którzy albo nie są zainteresowani ideologicznymi „nowinkami”, albo są zagubieni w tym szybko zmieniającym się świecie i dlatego są gotowi bronić znanej sobie rzeczywistości, która dawała im do tej pory stabilność i bezpieczeństwo.

Ta różnica rodzi zrozumiałe napięcia, które z kolei łatwo wykorzystywać, także politycznie. A można by przecież długo jeszcze wymieniać te różne „formy życia”, które coraz bardziej nas dzielą.

Potrzeba wspólnoty

W tej sytuacji potrzebujemy w Kościele siebie nawzajem. Trzeba dzisiaj działań, które jednoczą, a nie takich, które powiększają dystans i pogłębiają podziały. Potrzebujemy w Polsce miejsc spotkania i uczciwego dialogu, tych z lewa i tych z prawa (nie zapominając również o tych ze środka), tych z wielkich miast i tych z prowincji.

Myślę tu również o relacjach między duchownymi a świeckimi. Ich spotkania muszą nabrać nowej jakości, powinny się dokonywać w inny sposób niż do tej pory.

Nie chodzi więc o to, aby biskup, proboszcz czy inny duchowny łaskawie zapraszał jakąś świecką osobę, aby mogła coś powiedzieć w dziedzinie, na której się zna, a potem i tak centrum decyzyjnym będzie grono klerykalne. Albo też z drugiej strony – że bardziej zaangażowani świeccy (z prawa czy z lewa) zaproszą wybranego kapłana/biskupa/zakonnika, by „coś” im powiedział, co potem i tak po swojemu zinterpretują.

Potrzeba nam dzisiaj WSPÓLNEGO rozeznawania, jak być Kościołem tu i teraz. Wymaga to czasu, w którym każdy będzie mógł wnieść to, co jest jego doświadczeniem i kompetencją. Bez tego będziemy zdolni tylko do manipulowania jedni drugimi albo do wykluczania się nawzajem z Kościoła.