Nasza wiara w Święty, Powszechny i Apostolski Kościół nie opiera się na ludzkiej wielkości jego synów, nawet tych w purpurze.

Tekst ukazał się miesięczniku „Więź” nr 6/2007 jako odpowiedź na ankietowe pytanie redakcji: „Dlaczego (nadal) chcę być księdzem?”.

Za każdą decyzją o odejściu z kapłaństwa kryje się ludzki ból. Przed laty doświadczałem go razem z człowiekiem, który jako młody ksiądz przeżywał poważny kryzys. Był moim rówieśnikiem i przyjacielem. Pozostał nim do dziś. Pozwala nam to na taki rodzaj szczerości, że możemy rozmawiać o sprawach najbardziej bolesnych i intymnych. Odchodził w trudnych zmaganiach z samym sobą, ze swoją psychiką kołaczącą się w lękowych stanach kapłańskiej służby, w konflikcie z własnym, wrażliwym sumieniem. Proces ten trwał kilka lat, a ja towarzyszyłem mu trochę bezradnie, lecz z niezachwianą przyjaźnią. Widziałem ostateczną szczerość jego walki. Później wyznał mi, że swoje odejście nosi w sobie jak niezabliźnioną ranę i traktuje to jako pokutę. „Przyjaciel to ten, który nie sądzi” – napisał kiedyś Antoine de Saint-Exupéry. Toteż nigdy nie osądziłem mojego przyjaciela i dalej razem jesteśmy w Kościele – każdy na swój sposób, obaj aktywnie zaangażowani w jego życie.

Nie chciałbym również wydawać wyroków w sprawach odejść z kapłańskich szeregów ludzi znanych i publicznie uzasadniających swoje trudne decyzje. Próbuję je zrozumieć. Nie mam jednak tak bliskiej perspektywy i tak głębokiego wglądu jak we wspomnianym przypadku. Dlatego skupię się na jednym, zewnętrznym nurcie uzasadnień. W większości z nich pojawia się motyw niemożności współpracy z przełożonymi czy też odnalezienia się w strukturach organizacyjnych Kościoła. Wiem, że tego rodzaju doświadczenia mogą być bardzo bolesne, związane z poczuciem krzywdy, zamykające horyzont. Sam ocierałem się o stany ostracyzmu w pewnych kręgach kościelnych po niezgodnych z odczuciem niektórych hierarchów wypowiedziach dotyczących dialogu religii i sztuki czy też publicznych interpretacjach zjawisk kulturowych. Najtrudniejsza do zniesienia jest wówczas niemożność debaty, przedstawienia swoich głębszych motywów czy wyjaśnienia nieporozumień. Gdy argument siły przedkładany jest nad siłę argumentów – umiera dialog, a wraz z nim zaufanie. Wtedy może pojawić się demon zwątpienia.

W moim najwcześniejszym, jeszcze kleryckim doświadczeniu Kościoła hierarchicznego dana mi była łaska „dalekiego horyzontu”. Jako student teologii przeżyłem dramat wielkiego zawodu, rozczarowania małością ludzkich ambicji mojego przełożonego. Nie będę przytaczał konkretów, gdyż dotyczą one zmarłego, a o zmarłych nie należy mówić źle. Poza tym miał on bardzo dużo dobrych cech i autentycznych walorów – jak każdy człowiek. Tyle że od kogoś, komu mamy ślubować cześć i posłuszeństwo, spodziewamy się niemal ideału. Z głową pełną buntu i wątpliwości, ze łzami złości w oczach doświadczyłem wówczas łaski odsłaniającej mi dalszy horyzont Świętości Kościoła. Nasza wiara w Święty, Powszechny i Apostolski Kościół nie opiera się przecież wyłącznie na ludzkiej wielkości jego synów, nawet tych w purpurze. I albo szczerze uwierzymy w tę najprostszą prawdę wiary, albo pozostaniemy w horyzoncie psychologiczno-socjologicznych uwikłań, które nie dają łaski i mogą pozbawić nadziei. Pamiętam, że wówczas pomogły mi również notatki wybitnych teologów, którzy w czasach przedsoborowych skazywani bywali na milczenie czy banicję. Tacy kapłani jak Henri de Lubac czy Yves Congar w swoich zapiskach pełnych bólu i goryczy pozostawili jednak również dużą dozę pokory, a przede wszystkim wiary w Świętość Kościoła.

Pan Bóg pozwolił mi wówczas – prawie trzydzieści lat temu – zobaczyć i uwierzyć! Zostałem w seminarium i nadal chcę być księdzem. Z poczuciem własnej niedoskonałości i słabości. W Świętym Kościele grzeszników.

Tekst ukazał się miesięczniku „Więź” nr 6/2007 jako odpowiedź na ankietowe pytanie redakcji: „Dlaczego (nadal) chcę być księdzem?”.