Nigdy więc nie zastanawiałem się nad tym, czy mógłbym przestać być księdzem. Nie oznacza to, że nie przeżywałem trudniejszych momentów w swoim kapłańskim życiu. Odczytywałem je jednak jako sygnał, że powinienem więcej się modlić i częściej chodzić do spowiedzi. I pomogło.

Tekst ukazał się miesięczniku „Więź” nr 6/2007 jako odpowiedź na ankietowe pytanie redakcji: „Dlaczego (nadal) chcę być księdzem?”.

Wydaje mi się, że pytanie jest z gruntu źle postawione. Tym, co mnie w nim razi, jest – po pierwsze – fakt, że człowiek musi się tłumaczyć z tego, że jest wierny. Jakby było to czymś nienormalnym… Odejścia z kapłaństwa zawsze się zdarzały, ale było to coś wstydliwego, co człowiek starał się ukryć przed światem, tak jak każdą klęskę. Po drugie, pytanie sugeruje, że pewnego dnia ksiądz może przestać być księdzem i że zależy to od kaprysów jego woli. Zupełnie innej teologii sakramentu święceń uczymy się w seminariach. Można pytać, dlaczego ktoś źle wykonuje swoją posługę kapłańską albo w ogóle ją porzuca, ale jeśli przyjmuje się święcenia, to raz na zawsze.

Myśl ta dotarła do mnie z całą ostrością nazajutrz po otrzymaniu święceń diakonatu, wyrywając mnie ze snu w porze wschodzącego słońca. Do tego momentu mogłem się wahać, wadzić z Panem Bogiem, robić Mu łaskę, ale teraz klamka zapadła. Ponieważ sakrament wyciska niezatarte piętno, mogę jedynie być dobrym albo złym sługą Chrystusa, ale z tej drogi nie da się zawrócić, nie zapierając się zarazem samego siebie. Stąd pytanie tytułowe należałoby raczej sformułować: „Dlaczego nadal chcę być sobą?”.

Można by w tym miejscu snuć analogię do sakramentu chrztu, jak i nieco bardziej odległą – do sakramentu małżeństwa. Wprawdzie zdarzają się przypadki, gdy ludzie proszą o wykreślenie ich imienia z ksiąg parafialnych, ale umieszczana w tym wypadku przy ich nazwisku adnotacja od strony ontologicznej niczego nie zmienia. Czyni ich jedynie chrześcijanami, którzy publicznie zaparli się wiary. Zdarzają się także wśród chrześcijan rozwody, ale nawet urzędowy dokument nie ma mocy „wykasowania” sakramentu. Ludzie ci, choć wiarołomni, nadal przed Bogiem są mężem i żoną. Mogą mieć kochanków i kochanki, a z nimi kolejne dzieci, ale nie mogą uczynić tych kochanków współmałżonkami. Podobnie jest i z księdzem. Kapłaństwo jest przecież bardzo konkretnym sposobem odpowiedzi na pytanie wypowiedziane przez zmartwychwstałego Jezusa: „Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie bardziej niż oni?”.

Nigdy więc nie zastanawiałem się nad tym, czy mógłbym przestać być księdzem. Nie oznacza to, że nie przeżywałem trudniejszych momentów w swoim kapłańskim życiu. Odczytywałem je jednak jako sygnał, że powinienem więcej się modlić i częściej chodzić do spowiedzi. I pomogło.

Jednak obok obowiązków i wyrzeczeń, jakich domaga się życie kapłańskie, są także kapłańskie „przyjemności”. Po pierwsze, wielki dar, jakim jest możliwość sprawowania sakramentów, zwłaszcza Eucharystii. Prawo do wypowiadania słów konsekracji w pierwszej osobie; doświadczenie, jak w moich dłoniach chleb i wino przemieniają się w Ciało i Krew Chrystusa. Jest to poruszające przeżycie, mimo iż nie za każdym razem jestem wystarczająco uważny, aby chłonąć je z pełną świadomością.

Po drugie, możliwość odpuszczania grzechów w sakramencie pojednania. Konieczność stanięcia oko w oko z całym światem zła i niegodziwości, do jakich zdolny jest człowiek, ale także świadomość, że jedno słowo Chrystusa czyni je niebyłymi. Zdejmuje ciężar z barków człowieka i czyni go na nowo wolnym. Jest to sakrament nie tylko spotkania z mocami ciemności, ale także ze świętością. Wielką radością jest spowiadanie ludzi, którzy podążają drogą świętości. Za sprawą zaufania spowiednik wprowadzany jest przez penitenta w tę sferę intymnego piękna, która dostępna jest tylko Bogu. Mam także świadomość, że chociaż miłość moich penitentów do Chrystusa nie zależy bezpośrednio ode mnie, to jednak w jakiś sposób powiązana jest z moją wiarą i świadectwem. Przychodzą do mnie do spowiedzi, ponieważ spodziewają się, że żyję tą samą miłością i podążam tą samą co oni drogą. Nie chciałbym ich zawieść. Piękno ich dusz jest tak delikatne.

Obok obowiązków i wyrzeczeń, jakich domaga się życie kapłańskie, są także kapłańskie „przyjemności”. Po pierwsze, wielki dar, jakim jest możliwość sprawowania sakramentów, zwłaszcza Eucharystii

Spowiadając kiedyś w Wielką Sobotę i przyglądając się kolejce do konfesjonału, uświadomiłem sobie na nowo, że ludzie ci, jako ochrzczeni, mają prawo, aby miejsce po drugiej stronie konfesjonału nie było puste. Mają prawo dostępu do sakramentów czy mówiąc dokładniej: dostępu do Chrystusa. A ja przyjąłem na siebie zobowiązanie, aby poprzez swoją posługę czynić im Chrystusa dostępnym.

Poczucie obowiązku zawsze odgrywało istotną rolę w moim życiu, ale z całą pewnością moja motywacja nigdy do niego się nie sprowadzała. Pamiętam mszę krzyżma w warszawskiej katedrze, podczas której po raz pierwszy dotarły do mnie słowa wypowiadane podczas każdej niemal liturgii: „Dziękujemy Ci, że nas wybrałeś…”. Wcześniej bywały chwile, gdy wydawało mi się, że przyjmując kapłaństwo, robię niejako łaskę Panu Bogu. Wystarczył jeden moment oświecenia, chwila prawdziwej łaski, bym na kapłaństwo spojrzał z bezgraniczną wdzięcznością jako na dar darmo dany. Od tej pory modlę się głównie o to, abym potrafił jak najpełniej oddać się do dyspozycji Jezusowi.

W „Męczeństwie św. Polikarpa” namawiany do zaparcia się Chrystusa biskup Smyrny wypowiada następujące słowa: „Osiemdziesiąt sześć lat Mu służę, a nic złego mi nie uczynił. Jakże mógłbym lżyć mojego Króla, który mnie zbawił?”. Jestem dopiero w połowie drogi, jaką przeszedł ów człowiek. Głęboko jednak jestem przekonany, że najpiękniejsze jeszcze przede mną, gdyż, jak każda prawdziwa miłość, także ta dojrzewa wraz z upływem czasu.

Tekst ukazał się miesięczniku „Więź” nr 6/2007 jako odpowiedź na ankietowe pytanie redakcji: „Dlaczego (nadal) chcę być księdzem?”.