Radykalne antykościelne postulaty wzmacniają jedynie poczucie osaczenia wśród radykałów i radykalizują tych, którzy dotąd od radykalizmu stronili.

Patrzę na tłumy pod oknem na Franciszkańskiej i próbuję zrozumieć. Co się stało, dlaczego nienawistne słowa abp. Jędraszewskiego spotkały się z tak masowym poparciem? Dlaczego miejsce, gdzie spotykaliśmy się z Janem Pawłem II w poczuciu radosnej wspólnoty, zostało przejęte przez tych, którzy słowa o „tęczowej zarazie” pojmują jako świadectwo prawdy?

Nie ma tu miejsca na głębszą analizę, pozwólcie zatem, że podzielę się kilkoma myślami, które nie dają mi spokoju. Odzywa się natura historyka, który zawsze widzi analogie i wie, że mało jest sytuacji, które nie miałyby precedensu. Otóż, kiedy widzę ludzi pod papieskim oknem w Krakowie, na Jasnej Górze i w przestrzeni wirtualnej uznających, że dziś trzeba stanąć w obronie abp. Jędraszewskiego, stają mi przed oczyma zdarzenia z czasów dość już odległych, z lat 1965 i 66.

Zbliżały się obchody milenium chrztu Polski, biskupi polscy wystąpili wówczas z profetyczną inicjatywą regulacji relacji polsko-niemieckich i podpisali orędzie, którego najbardziej znanym fragmentem stały się słowa „udzielamy przebaczenia i prosimy o nie”. Ta fraza dała pretekst do propagandowej agresji ówczesnych władz: „nie przebaczamy” głosiły hasła skandowane podczas masówek i rozwieszane w przestrzeni miejsc, gdzie odbywały się uroczystości milenijne. Społeczeństwo nie rozumiało potrzeby przebaczenia, tym bardziej prośby o nie, było ledwie 20 lat po wojnie, pamięć niemieckiego bestialstwa pozostawała wciąż żywa. Deklaracja biskupów – wielkoduszna, otwarta na przyszłość, ewangeliczna w duchu i literze – nie mogła zyskać powszechnej aprobaty. Po raz pierwszy komunistyczne władze zyskały szanse na pozyskanie zaufania społeczeństwa i naruszenie autorytetu Kościoła.

Liberalna inteligencja w większości już świątyń nie nawiedza, w ich murach dominuje klientela Ojca Dyrektora i ci, dla których Kościół jest niewinnym obiektem ataku

Nie udało się, wbrew wszelkim racjonalnym przesłankom propaganda władzy poniosła klęskę. W 1966 r., w Gnieźnie, Poznaniu, Warszawie, wszędzie tam, gdzie gromadziły się tłumy uczestniczące w obchodach milenijnych, skandowano: „przebaczamy, przebaczamy”. Czy nagle Polacy zrozumieli ewangeliczny profetyzm orędzia biskupów, czy zaakceptowali potrzebę ekspiacji także wobec Niemców? Wątpię! „Przebaczamy” nie miało wiele wspólnego z rzeczywistą rewolucją w pamięci zbiorowej narodu, było raczej deklaracją braku zaufania do władzy, protestem wobec kampanii propagandowej uderzającej w Kościół. Katolicy poczuli, że krytyka orędzia biskupów jest instrumentem w walce z Kościołem i zwarli szeregi wokół biskupów, co wcale nie oznaczało akceptacji słów o wybaczaniu.

Czy tamte wydarzenia sprzed półwiecza z niczym się Państwu nie kojarzą? Analogie historyczne mają zwodniczą moc, błędnie sugerują, że „historia się powtarza”. Owszem, powtarza się, jako „tragedia, albo farsa” miał powiedzieć Hegel, a za nim Marks. Jednak na poziomie zjawisk możemy odnaleźć szereg pouczających analogii ukazujących, że historia jest teatrem, w którym grają zawsze te same cechy ludzkiej natury. Spójrzmy na ostatnie wydarzenia związane z wypowiedziami polskich biskupów, eskalujące w słowach o „tęczowej zarazie”, wypowiedzianych przez krakowskiego metropolitę abp. Marka Jędraszewskiego.

Zapewne wielu z nas było zaskoczonych, gdy ujrzało jak masową formę przybrały akty solidarności z nim. Pewnie niektórzy mniemają, że to zorganizowana akcja, nie sądzę jednak, by tak było. Myślę, że fundamentalna i radykalna krytyka jego wystąpienia, której symbolem stała się niewczesna inicjatywa o. Pawła Gużyńskiego OP, mająca skłonić abp. Jędraszewskiego do dymisji, wywołała odruch podobny do tego sprzed półwiecza. Nie wiem, czy wszyscy, którzy przyszli w sobotę pod Franciszkańską 3 byli bezwarunkowymi apologetami biskupich słów o „tęczowej zarazie”, podejrzewam, że część wystąpiła w obronie atakowanego pasterza, który potrafił stanąć przeciw światu, coraz słabiej przez nich rozumianego i w obronie wartości, do których są przywiązani.

Nie akcje i rejtanowskie gesty, ale spokojna, organiczna praca powinna być naszym imperatywem

Winniśmy mieć świadomość, że jesteśmy dziś we wspólnocie Kościoła w mniejszości. Liberalna inteligencja, fundament „Kościoła otwartego” w większości już świątyń nie nawiedza, w ich murach dominuje klientela Ojca Dyrektora i ci, dla których Kościół jest niewinnym obiektem ataku. W takiej sytuacji wszelki radykalizm a`la o. Paweł Gużyński, szumne i dramatyczne deklaracje o potrzebie dymisji episkopatu in gremio, wezwania, aby nie wspierać Kościoła materialnie etc. etc. są przeciwskuteczne. Wzmacniają poczucie osaczenia wśród tych, którzy uznają aksjomat jedności, radykalizują tych, którzy dotąd od radykalizmu stronili, polaryzują krajobraz polskiego katolicyzmu, niszcząc resztki wspólnoty.

Dlatego jestem coraz mocniej przekonany, że trzeba dać wyraz naszemu stanowisku wobec ostatnich słów i gestów, tak jak to uczyniliśmy w oświadczeniu Klubów, ale powstrzymać się od dalszego antagonizowania i radykalizowania naszego przekazu. Nie akcje i rejtanowskie gesty, ale spokojna, organiczna praca powinna być naszym imperatywem. Czyńmy to, co jest naszym charyzmatem: organizujmy spotkania, dyskusje, czytajmy, piszmy, poszerzajmy zakres naszego oddziaływania bez podejmowania spektakularnych działań, które coraz bardziej będą nas stawiać w opozycji do kościelnego mainstreamu.

Jeśli przesadzimy w krytyce, jeśli coraz bardziej będziemy się separować od instytucjonalnego Kościoła, może nas czekać los Gomułki w 1966 r. Okaże się, że także i ci, którym wcale do nas niedaleko, zaczną skandować „przebaczamy”, zrażeni naszym radykalizmem. Podzielimy los śp. Unii Wolności, partii ludzi „dobrych i mądrych” przekonanych o swej słuszności, świetnie się czujących we własnym, bezpiecznym gronie i nie potrafiących zrozumieć dlaczego właściwie inni tego wszystkiego nie dostrzegają.

Tekst ukazał się 13 sierpnia 2019 roku na stronie Klubów „Tygodnika Powszechnego”.