Homoseksualizm dorosłego dziecka to dla rodziny wyzwanie, którego podjęcie może jej pomóc w naprawieniu wzajemnych zawikłanych relacji – i w zbliżeniu do Boga.

Autoryzowany tekst wypowiedzi Cezarego Gawrysia w panelu „Bolesna inność: rodzina a osoby homoseksualne” podczas VIII Zjazdu Gnieźnieńskiego 12-14 marca 2010 roku

Jestem dziennikarzem i publicystą. Przed siedmiu laty napisałem reportaż o lubelskiej grupie „Odwaga”, założonej przez panie z Instytutu Niepokalanej Matki Kościoła (Ruch Światło-Życie), które potem nieoczekiwanie zaproponowały mi poprowadzenie grupy wsparcia dla chłopców i młodych mężczyzn o skłonnościach homoseksualnych. Ponieważ nie było innych chętnych, zgodziłem się. Przez dwa lata spotykaliśmy się więc w „grupie zaufania” z siedmioma młodymi ludźmi w wieku 17-19 lat. Zachowałem z nimi kontakt do dzisiaj. Potem zająłem się tematem osób homoseksualnych jako publicysta. W reakcji na moje publikacje wiele takich osób zgłasza się do mnie, dzieląc się doświadczeniem swego życia. Zanim do tego krótko nawiążę, chciałbym najpierw wypowiedzieć ogólną refleksję, nawiązującą wprost do tematu naszego panelu, który brzmi, przypominam: „Bolesna inność: rodzina a osoby homoseksualne”…

Od trzech dni słyszymy, jak ważna w życiu człowieka jest rodzina. Chcę tu zwrócić uwagę na jeszcze jeden jej wymiar. Posłużę się w tym celu cytatem z ks. Józefa Wrzesińskiego, wielkiego obrońcy i przyjaciela rodzin, założyciela międzynarodowego ruchu ATD Czwarty Świat, walczącego z nędzą i wykluczeniem społecznym. Oto słowa Ojca Józefa Wrzesińskiego, którego proces beatyfikacyjny toczy się w Rzymie: „Ostatnim szańcem człowieka, jego ostatnim schronieniem, jest niewątpliwie rodzina. Ona stanowi ostatnią obronę przed przeciwnościami, poniżeniem, wykluczeniem, zniszczeniem samego siebie”.

Wiadomo, że osoby homoseksualne narażone są w szczególny sposób na przeciwności, na poniżenie i wykluczenie, a także często na pokusę zniszczenia samego siebie. Przeżywają załamania, stany depresyjne, samotność, bywa też, że podejmują działania autodestrukcyjne. Wiadomo zarazem, że osoby te, jak mówi KKK, „o głęboko osadzonych skłonnościach homoseksualnych”, nie są zdolne do małżeństwa i nie mogą zakładać własnych rodzin. Tej szansy, która jest powszechnym powołaniem i tęsknotą człowieka, są pozbawione. Tym większe znaczenie ma dla nich oparcie w rodzinie pochodzenia: w rodzicach, rodzeństwie, dalszych krewnych. A z tym niestety bywa różnie.

Owszem, znam rodziny, gdzie ujawnienie przez dorastającego syna skłonności homoseksualnych doprowadziło do głębokiej przemiany wzajemnych relacji między rodzicami jako małżonkami, do zbliżenia syna z ojcem, jednym słowem – do wyzwolenia w rodzinie większej wzajemnej miłości.

Słyszymy czasem, że Kościół jest „lekarzem ludzkich dusz”. To nieporozumienie! Lekarzem jest tylko On, Jezus Chrystus. Kościół ma być… pielęgniarką

W tym miejscu chciałbym wyraźnie powiedzieć, że uproszczona teza, głoszona przez niektórych katolickich publicystów, ale także przez ludzi Kościoła, jakoby homoseksualizm (wymieniany czasami jednym tchem z aborcją i eutanazją) był zagrożeniem dla polskiej rodziny, odbierana jest przez znane mi osoby homoseksualne jako demagogiczna, niesprawiedliwa i krzywdząca. Podzielam ich opinię. Powiedziałbym raczej, że homoseksualizm dorosłego dziecka to dla rodziny wyzwanie, którego podjęcie może jej pomóc w naprawieniu wzajemnych zawikłanych relacji – i w zbliżeniu do Boga! Bo, jak mówią słowa znanej kościelnej pieśni: „Gdzie miłość wzajemna i dobroć, tam znajdziesz Boga żywego”.

Oczywiście postawa rodziny wobec homoseksualnego dorosłego dziecka może być też diametralnie inna. Znam kulturalną, wykształconą kobietę, która swojej dorosłej córce postawiła ultimatum: „Jeśli zamieszkasz ze swoją przyjaciółką, to nie jesteś już moją córką”. Ta matka powoływała się przy tym na sankcję religijną. Czy nie zapomniała jednak o czwartym przykazaniu, które – jak wyjaśnia św. Paweł – obowiązuje obie strony? Nie tylko dziecko ma szanować rodziców, choćby im na starość rozum odjęło, ale i rodzice mają szanować wolność swego dziecka, nie mogą cofnąć swojej miłości, nawet gdy ono błądzi. Czy nie potwierdza tego dobitnie przypowieść o synu marnotrawnym i dobrym ojcu?

Bywa jednak tak, że więź osoby homoseksualnej z jej rodziną pochodzenia jest zupełnie zerwana. Co wtedy? Kto ma być dla takiego człowieka „ostatnim szańcem, ostatnim schronieniem?”… Czy nie wspólnota Kościoła?!

Słyszymy czasem, że Kościół jest „lekarzem ludzkich dusz”. To nieporozumienie! Lekarzem jest tylko On, Jezus Chrystus. Kościół ma być… pielęgniarką (to dosadne sformułowanie nie ja wymyśliłem: usłyszałem je jednak z dobrego źródła, bo z ust ks. Andrzeja Czai, profesora dogmatyki na KUL-u, obecnie Biskupa Opolskiego).

*

Spróbuję teraz w wielkim skrócie powiedzieć, kim jest Kościół dla tych mężczyzn homoseksualnych, których znam i którzy obdarzają mnie swoim zaufaniem. Jak oni odnajdują się w Kościele – bądź jak się w nim nie odnajdują?

Muszę od razu zastrzec, że wszelkie łatwe uogólnienia są bardzo ryzykowne: występuje tu ogromna różnorodność postaw i wrażliwości, rozstań z Kościołem i wiarą, i powrotów. Niemniej wyróżniłbym pięć takich postaw.

Postawa pierwsza – tęsknota za Bogiem i dystans wobec Kościoła jako ludzkiej wspólnoty

Mówią tak: „Nie będę się pchał tam, gdzie mnie nie chcą”. Dla wielu wierzących osób homoseksualnych nauczanie Kościoła, to z listów pasterskich i kazań niedzielnych, bywa raniące, odbierają je jako odrzucenie. Przypominam sobie ich gwałtowną reakcję na wypowiedź pewnego księdza profesora, autorytetu w swojej dziedzinie, który zapytany prowokacyjnie przez dziennikarza w audycji telewizyjnej, czy homoseksualista może być chrześcijaninem, odparł spontanicznie: „Oczywiście, tak samo jak złodziej może być chrześcijaninem!”. Jest chyba jednak istotna różnica między złodziejem, dobrowolnie wybierającym niemoralny proceder i krzywdzącym ludzi, a homoseksualistą, który nie wybiera swojej orientacji i dla którego jest ona „dopustem Bożym”?

Adam, lat 40, co kilka miesięcy przystępuje z ulgą do spowiedzi i komunii, ale nie jest w stanie systematycznie uczestniczyć w niedzielnej liturgii. Jego stałą praktyką jest natomiast adoracja Najświętszego Sakramentu w pustej kaplicy. Paweł, lat 27, odwiedza czasem pusty kościół w dzień powszedni, i wtedy dopiero czuje obecność Boga.

Postawa druga – zupełne odejście od wiary

Zwierza mi się Konrad, lat 25: „Gdy byłem wierzący i praktykujący, i ulegałem swoim pragnieniom – a nie jestem w stanie się przed tym powstrzymać, jest to silniejsze ode mnie – wpadałem za każdym razem w straszne poczucie winy. Nie mogłem żyć w takim rozdarciu, bałem się, że wpadnę w schizofrenię. Za żadną cenę nie chciałbym, żeby to wróciło”.

Postawa trzecia – podwójne życie

Marek od dziecka był rozmiłowany w liturgii i służbie ołtarza, zamierzał nawet wstąpić do klasztoru. Zdobył zawód i pracuje, a wciąż jest ministrantem i lektorem. Przy ołtarzu odzyskuje godność. Jednocześnie prowadzi w ukryciu gejowskie życie, szuka wciąż nowych przygód, nie tracąc nadziei, że znajdzie wreszcie bratnią duszę, wymarzonego przyjaciela.

Janusz, zakonnik, lat 32, ceniony kaznodzieja, wyznaje mi: „Jestem zupełnie pusty, nie modlę się, nie spowiadam, żyję tylko jednym marzeniem – by być z mężczyzną”.

Postawa czwarta – „dokonuję wyboru i biorę to na swoje sumienie”

Łukasz, lat 35, adept ruchu Światło-Życie, oddany z pasją swojej pracy zawodowej, mądry człowiek. Po wielu latach różnych terapii i pracy nad sobą zdecydował się na zamieszkanie z przyjacielem, równie jak on wartościowym człowiekiem. Obaj chodzą teraz razem do kościoła. Nie przystępują do Eucharystii, ale żyją w wewnętrznym pokoju.

Postawa piąta – trwanie w wierze i posłuszeństwie Kościołowi

Jacek jest człowiekiem niezwykle pobożnym, wielkiego hartu ducha i niezachwianych zasad. Nie akceptuje swoich skłonności, chodzi na kosztowną terapię, sam zarabia na siebie i studiuje, żyje samotnie. Jest w moich oczach prawdziwym bohaterem. Co jakiś czas dostaje jednak przykrych objawów neurologicznych. Terapeuta powiedział mu: „Pan stłumił w sobie pragnienia homoseksualne i one teraz wychodzą w postaci objawów”.

Każdy z przedstawionych wyżej przypadków rodzi inne pytania: duszpasterskie, teologiczne, psychologiczne… Nie mam gotowych odpowiedzi na te pytania, ale uważam, że Kościół, którego „podstawową drogą jest człowiek” (Jan Paweł II), i który ma być „pielęgniarką człowieka” (bp Andrzej Czaja), powinien sobie te pytania stawiać.