Co stanowi dla mnie największą trudność? Wcale nie celibat – jak się wydaje wielu publicystom piszącym o problemach duchowieństwa. Wściekam się najczęściej sam na siebie, na swoje słabości i zaniedbania, oraz – nie ukrywam – zdarza się, że czasami nie rozumiem niektórych postaw w Kościele.

Tekst ukazał się miesięczniku „Więź” nr 6/2007 jako odpowiedź na ankietowe pytanie redakcji: „Dlaczego (nadal) chcę być księdzem?”.

Nigdy nie myślałem o tym, żeby „odejść” z kapłaństwa. Do seminarium wstąpiłem jako młody, ale już dojrzały człowiek, może dlatego bardziej świadomy. Nie byłem przeznaczony od dziecka na księdza. Pamiętam Pierwszą Komunię, na którą dojechałem wozem drabiniastym, i bierzmowanie, którego udzielił mi bp Józef Rozwadowski. Gdyby ktoś w liceum zasugerował mi, że zostanę księdzem, powiedziałbym mu, że jest chyba niespełna rozumu. Szkoła średnia to były ogromne rozterki w wierze i wątpliwości. A jednak Bóg jest nieodgadniony i w swojej nieskończonej miłości zaryzykował, dając mi łaskę powołania w czasie studiów świeckich, kiedy zmieniało się moje życie w wymiarze aksjologicznym, kiedy odnalazłem Boga i powróciłem do Kościoła.

Jaka była wizja mojego kapłaństwa, gdy wstępowałem do seminarium? Jak to określa kard. Jean-Marie Lustiger, opuścić znajome wybrzeże i wyruszyć ku ziemiom niechrześcijańskim, które są wokół nas, również tu, w Polsce. Być otwartym, zgodnie ze słowami św. Pawła, aby stać się „wszystkim dla wszystkich”. Mimo słabości i trudności na drodze kapłańskiej, staram się być wierny tej wizji po dzień dzisiejszy. Trzymanie się tej „lustigerowskiej” wizji, najlepiej opisanej w książce pod znamiennym tytułem „Wybór Boga” (obok Biblii zawsze mam ją pod ręką), daje radość i szczęście.

Co stanowi dla mnie największą trudność? Wcale nie celibat – jak się wydaje wielu publicystom piszącym o problemach duchowieństwa. Wściekam się najczęściej sam na siebie, na swoje słabości i zaniedbania, oraz – nie ukrywam – zdarza się, że czasami nie rozumiem niektórych postaw w Kościele (mam na myśli także świeckich). Niektórzy chcą „rzucać ogień” i wypalać zło, nie bacząc na to, że człowiek jest mieszaniną pszenicy i kąkolu. To prosta droga do postawy skupiającej się na demaskacji – najczęściej urojonego – wroga, a nie na ewangelizacji. Pisał o tym ks. Józef Tischner w „Księdzu na manowcach”.

Ja nie chcę wypalać kąkolu, jeśli miałby na tym ucierpieć jeden kłos pszenicy, który może być w każdym z nas. Nie chcę bowiem doprowadzić się do stanu, w którym spełniałbym obrzędy bez dostrzegania ich sensu. A jest to największy dramat posługiwania kapłańskiego. Jak twierdzi kardynał Carlo Maria Martini, nikt nie może powiedzieć, iż doszedł do punktu, w którym nie grozi mu utrata poczucia sensu spełnianych przez siebie świętych czynności – nawet biskup. Może dlatego emocjonalnie reaguję na „Rzeczpospolitą teczkową”, w której nie dostrzega się człowieka, a dominuje idea „oczyszczania”, która coraz bardziej przypomina mi „majakowszczyznę” – „Jednostka zerem”.

A poza tym jest jeszcze przebaczenie, które stanowi, mówiąc za kardynałem Martinim, najwyższy znak boskości chrześcijaństwa. Św. Ignacy Antiocheński zauważył, że jeśli umiem przebaczyć, to znaczy, że znalazłem się w sercu Ewangelii i zaczynam być chrześcijaninem.

Co utwierdza w powołaniu? Modlitwa! Ksiądz musi być człowiekiem modlitwy – rozmodlenia, ale nie dewocji. Rozmodlenie w moim rozumieniu to oparcie się na Bogu, co jest szczególnie ważne, kiedy następuje jakiś kryzys. Oprzeć się na Panu Bogu! To niełatwe, ale wiem, że jest to jedyna ochrona przed rutyną, bylejakością czy „zurzędniczeniem”. Przeżycie Eucharystii i sakramentu pojednania daje najwięcej radości, to oczywiste. Dla mnie szczególnie ważny jest konfesjonał. Przyznaję, że nie mógłbym żyć jako ksiądz bez tej szafy w kącie kościoła. Symbolicznej szafy, bo spowiadam w różnych miejscach. Świadomość, że ktoś po wielu latach pojednał się z Bogiem, nadaje sens mojemu kapłaństwu. Dla jednego uśmiechu, błysku szczęścia w oku człowieka, który podnosi się z klęczek, warto było zostać księdzem. Warto było pójść za Jego głosem.

W dyskusjach o kapłaństwie zawsze przytaczam zdarzenie sprzed kilku lat. Była zima. Wracałem tramwajem z warszawskiej Pragi od zaprzyjaźnionego księdza. Ubrany byłem w ciepłą kurtkę z kapturem na głowie. Anonimowość zapewniona. Tramwaj wjechał na most Śląsko-Dąbrowski, gdy nagle ktoś chwycił mnie za rękę. W pierwszym odruchu pomyślałem, że to złodziej, kieszonkowiec. „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus” – usłyszałem. Zdziwiony spojrzałem na młodego człowieka, którego, jak sądziłem, w ogóle nie znałem. „Ksiądz mnie nie pamięta. Jestem Marek. Trzy lata temu spowiadałem się u księdza na placu Trzech Krzyży. Wie ksiądz, po tej spowiedzi zmieniło się moje życie”. Zacząłem grzebać w pamięci. Wśród setek spowiedzi trudno przypomnieć sobie tę jedną. Ale przypomniałem sobie. Ona była ważna również dla mnie. Na chusteczkach higienicznych wymieniliśmy numery telefonów. Ktoś wykpi, że to sentymentalne. Może, ale prawdziwe. Dla takich momentów warto być księdzem. Wróciłem późnym wieczorem do swojego mieszkania i był to radosny wieczór. Cieszyłem się, bo staram się być normalnym człowiekiem. Nie powinniśmy zatem zbytnio utyskiwać na rzeczywistość, która przecież składa się właśnie z takich drobnych, pozornie nieistotnych zdarzeń, nadających codzienny sens naszemu powołaniu.

Dla jednego uśmiechu, błysku szczęścia w oku człowieka, który podnosi się z klęczek, warto było zostać księdzem. Warto było pójść za Jego głosem

Gdybym odszedł z kapłaństwa, wtedy wielu osobom, które spowiadam, które mi zaufały jako księdzu, sprawiłbym ból. Zapewne przeżyliby rozczarowanie, które niekiedy jest początkiem wątpliwości i kryzysu wiary. Ale nie tylko to trzyma mnie przy kapłaństwie. Bo naprawdę trzyma tylko On – Jezus. Strasznie to banalne, ale innej odpowiedzi być nie może. Św. Paweł w 1 Liście do Koryntian pisze: „Skoro jeden mówi: «Ja jestem Pawła», a drugi: «Ja jestem Apollosa», to czyż nie postępujecie tylko po ludzku? Kimże jest Apollos? Albo kim jest Paweł?[…] Otóż nic nie znaczy ten, który sieje, ani ten, który podlewa, tylko Ten, który daje wzrost – Bóg” (1 Kor 3, 4-5, 7).

W tym miejscu muszę jeszcze przytoczyć słowa Jana Pawła II z encykliki „Redemptor hominis” o głębokim szacunku dla tego, co „w człowieku się kryje”, dla tego, co już on sam w głębi swojego ducha wypracował w zakresie spraw najgłębszych i najważniejszych – szacunku dla tego, co już w nim zdziałał ten Duch, który „tchnie tam, gdzie chce”. Czy trzeba lepszych słów, gdy zastanawiamy się nad naszym działaniem w Kościele?

Staram się zrozumieć moich kolegów, którzy porzucili kapłaństwo. „Na roku” było nas wyświęconych czterdziestu czterech. Odeszło sześciu. Niech Bóg rozsądzi. Zdecydowali się na dramatyczny krok życiowy. Nie uważam ich za odszczepieńców i zdrajców. Nie mam do tego prawa. Chciałbym się z nimi spotkać, ale unikają kontaktów. Z reguły zrywają ze środowiskiem księży, zaczynają inne życie. Byłem bardzo szczęśliwy, gdy dwa lata temu w czasie procesji Bożego Ciała zauważyłem w tłumie kolegę z roku, który nagle odszedł z kapłaństwa i już założył rodzinę. Po procesji wyciągnąłem go z tłumu. Długo gadaliśmy, bardzo długo…

Tekst ukazał się miesięczniku „Więź” nr 6/2007 jako odpowiedź na ankietowe pytanie redakcji: „Dlaczego (nadal) chcę być księdzem?”.