Ani opinia publiczna, ani politycy, ani hierarchowie nie są jeszcze gotowi na odważne i całościowe działania w sprawie przestępstw seksualnych. A to oznacza, że nie jest możliwe powołanie skutecznych, profesjonalnych i bezstronnych komisji.

Czy Polsce potrzebna jest państwowa komisja zajmująca się zbadaniem przestępstw nadużyć seksualnych wobec dzieci i młodzieży dokonywanych wewnątrz Kościołów i związków wyznaniowych? Czy powinna ona zostać powołana przez państwo? A jeśli tak, to jaki powinien być jej skład i czym powinna się ona zająć? Te pytania stawia przed nami zaprezentowany przez Fundację „Nie lękajcie się” projekt ustawy powołującej Komisję Prawdy i Zadośćuczynienia, która miałaby zajmować się właśnie tą sprawą.

Jaka komisja?

Nie ukrywam, że od początku – inaczej niż część środowisk zarówno katolickich, jak i liberalno-lewicowych (a to one najwięcej na ten temat mówiły) – uważałem, że optymalnym rozwiązaniem byłoby powołanie komisji dotyczącej pedofilii w Kościele przez sam Kościół. Jeśli bowiem taka komisja zostanie powołana przez państwo, to będzie – co nieuniknione w podzielonej Polsce – upolityczniona i wykorzystana do brutalnej walki politycznej. Ani ofiarom, ani państwu, ani Kościołowi ta walka nie jest potrzebna. A jakby tego było mało – wątpliwe, by państwowa komisja badająca przestępstwa seksualne w Kościele mogła rzeczywiście rozwiązać jakiekolwiek problemy. Lewica bowiem będzie ją wykorzystywała do niszczenia autorytetu Kościoła, a prawica do przekonywania, że nic się nie stało. Role będą rozdane, media ustawione, a dla sprawy nic nie będzie z tego wynikać.

Projekt ustawy zaprezentowany przez Fundację „Nie lękajcie się” przyznaje zbyt dużą rolę prawnikom, zaś niesłusznie całkowicie wyklucza duchownych

Dlatego lepiej byłoby, gdyby zamiast powoływać państwową komisję do zbadania przestępstw seksualnych w Kościele, zbadano ten problem we wszystkich instytucjach, które w Polsce zajmują się dziećmi i młodzieżą. Wzór australijski jest tu bardzo dobry. Czy jest to możliwe? Formalnie tak. Projekt takiej komisji przedstawiło przecież niedawno Prawo i Sprawiedliwość. Jednak pośpiech w procedowaniu oraz wybór jej członków w praktyce zarezerwowany dla przedstawicieli rządowego obozu nie wróży sprawie nic dobrego. Na bezstronnej komisji nikomu w Polsce nie zależy. Nie da się jej wykorzystać politycznie, nie da się odegrać w niej odpowiednich ról, a ujawnienie skali problemu nie tylko w Kościołach i związkach wyznaniowych nikomu nie jest na rękę.

Wątpię też niestety, by – posługując się dobrym wzorcem francuskim – polski episkopat był w stanie powołać dobrą komisję kościelną, która zajęłaby się wyjaśnieniem podejrzeń i oskarżeń oraz ustaliłaby skalę zjawiska. Kościół w Polsce, w ogromnej większości, przyjął bowiem strategię obronną, która zakłada, że w istocie problem nie istnieje, a jeśli istnieje, to jest taki sam jak wśród murarzy, zaś winę za wszystko ponoszą liberalne media. Przy takim podejściu komisja zajmująca się problemem nie ma więc racji bytu.

Dlaczego bez księży?

Jeśli zatem nie zrobiło tego jeszcze ani (rzetelnie i w całości) państwo, ani (wcale) sam Kościół, było jasne, że problemem zajmie się środowisko ofiar duchownych – w Polsce wspierane przez niewielką grupę lewicowo-liberalnych i często mocno antyklerykalnych polityków, którzy słuszne postulaty ofiar wykorzystują do własnych celów. I tak się stało.

To uwikłanie polityczne autorów projektu, a także ich (w przypadku ofiar zrozumiała) niechęć do instytucji i duchownych pozostaje główną skazą zaprezentowanego projektu. Nie widać bowiem powodu, by z prac komisji wykluczyć osoby duchowne (a taki wniosek znajduje się w zaprezentowanym projekcie). I chodzi nie tylko o to, że jest to dyskryminacja duchownych (a wrzucenie wszystkich kapłanów do jednego worka, tylko z powodu przestępstw nielicznych jest zwyczajnie nieuczciwie i niesprawiedliwe wobec tysięcy uczciwych duchownych, a przede wszystkim wobec tych, którzy od dawna walczą z pedofilią w Kościele). Rzecz przede wszystkim w tym, że duchowni lepiej niż świeccy znają i rozumieją wewnętrzne życie instytucji, panujące tam układy, także to, jak prawo i normy zakonne czy wewnątrzkościelne przekładają się na realia życia. To spojrzenie i ta wiedza, a także doświadczenie, mogłyby przydać się w pracach komisji.

Nieprecyzyjne zapisy proponowanej ustawy mogą zostać odniesione do spowiedzi i wykorzystane do łamania jej tajemnicy

Innym zarzutem wobec projektu pozostaje fakt, że przesadnie dużą rolę przyznaje on prawnikom. Nie wydaje się, by aż siedmiu członków komisji musiało wywodzić się z zawodów prawnych. Rola prawników jest oczywiście ważna, ale w podobnej komisji konieczni są także wykwalifikowani archiwiści, śledczy, więcej niż jeden seksuolog, a także psycholodzy i znający problemy Kościoła teolodzy czy historycy. Oczywiście zaproponowana przez Fundację ustawa umożliwia ich wejście do komisji (bo mogą być oni wyznaczeni przez inne organy), ale – powtórzę – przesadnie duże znaczenie przypisuje ona prawnikom.

I wreszcie zarzut, być może przesadny, ale jednak taki, o którym nie można nie wspomnieć, bowiem dotyczy on kwestii z perspektywy katolickiej fundamentalnej. Nieprecyzyjne zapisy dotyczące kary pozbawienia wolności do lat 3 dla osób, które „mając wiarygodną wiadomość o karalnym przygotowaniu albo usiłowaniu lub dokonaniu czynu zabronionego (…) nie zawiadomiły odpowiednich instytucji wymiaru sprawiedliwości” może zostać odniesiony do spowiedzi i wykorzystany do łamania jej tajemnicy. Może to obawy nieuzasadnione, ale doświadczenie innych krajów uczy, że takie postulaty są formułowane, i że w Australii czy Kalifornii prawo próbuje się wykorzystać przeciwko tajemnicy spowiedzi. Zapisy w tej sprawie muszą być więc niezwykle precyzyjne, tak by nie budziły obaw fundamentalnych.

Opinia publiczna a instytucje

Zarzuty, które sformułowałem, nie oznaczają, że nie widzę pozytywnych elementów tego projektu. Jednym z nich jest to, że podnosi on wiek, do którego zgłaszać można przestępstwa seksualne. Jest rzeczą jasną, że jego podniesienie jest nie tylko kwestią sprawiedliwości i miłosierdzia wobec ofiar, ale także efektem poszerzającej się wiedzy medycznej i psychologicznej na temat mechanizmu wypierania traumy oraz długiego czasu niezbędnego, by osoba pokrzywdzona doszła do pełnej świadomości i była w stanie o swojej krzywdzie opowiedzieć. To powinno zostać zmienione jak najszybciej. Niezależnie od tego, że moim zdaniem projekt przedłożony przez fundację nie wejdzie nawet na etap procedowania.

Na koniec dodam tylko, że obawiam się, iż ani opinia publiczna, ani politycy, ani hierarchowie, ani nawet polscy katolicy nie są jeszcze gotowi na to, by zdecydować się na odważne i całościowe działania w sprawie przestępstw seksualnych i molestowania dzieci, młodzieży i bezbronnych dorosłych. A to oznacza, że nie jest możliwe powołanie skutecznych, profesjonalnych i relatywnie bezstronnych komisji zajmujących się tymi sprawami. Na tym etapie przerażająca kwestia pedofilii i dobro ofiar pozostają wygodną bronią w walce politycznej, w której po jednej stronie znajdują się zwolennicy obrony dobra instytucji, a po drugiej zwolennicy wykorzystania realnych skandali do radykalnego rozdzielenia państwa i Kościoła.

Nie, nie twierdzę, że po obu stronach (a także – co częstsze – poza tymi dwoma stronami) nie ma ludzi szczerze zaniepokojonych, zatroskanych, chcących poznać prawdę i doprowadzić do zadośćuczynienia i sprawiedliwości w miłosierdziu. Oni są, ale… jest ich wciąż za mało, by mówić o powołaniu komisji, która realnie zajmie się problemem, a nie jedynie stanie się kolejną przestrzenią walki partyjnej. Dlatego w tej chwili istotniejsze wydaje się budzenie świadomości opinii publicznej, także tej wewnątrz Kościoła, a nie powoływaniu instytucji. Na to przyjdzie czas później.