Gdybym „przestał być księdzem”, to co z tymi, którym powtarzałem: „wierz, ufaj, kochaj. W tym jest sens”. Co miałbym im do powiedzenia, gdybym odszedł?

Tekst ukazał się miesięczniku „Więź” nr 6/2007 jako odpowiedź na ankietowe pytanie redakcji: „Dlaczego (nadal) chcę być księdzem?”.

Odejściami moich braci czuję się głęboko zraniony. Jakaś istotna część mojej siły i wierności odchodzi wraz z nimi. Jesteśmy bowiem – w Kościele, w braterstwie ludzi – systemem naczyń połączonych. Na dobre i na złe. Wiem o tym, rozumiem to i czuję. Do dna.

Ale też ich nie osądzam. Nie ważę się, nie mam prawa, nie wolno. Są na ten temat mocne zdania w Ewangelii, a pewne odcienie bólu, który ich dotknął, zostały mi (być może dotychczas – nie wiem, czy na zawsze) oszczędzone. Nie rozumiem więc – najprawdopodobniej – istoty tragedii. Poza tym: jestem grzesznikiem (to nie jest kokieteria, to jest prawda) wyglądającym Miłosierdzia. Nie wiem, czy ostoję się jutro; kto stoi, niech baczy, by się nie przewrócił – powiada Pismo. To co powiem, nie jest więc przeciwko nim. Nie jest przeciwko komukolwiek. Jest dla. To ważne dla mnie, dla pokory – skromność jest od Boga, to już wiem na pewno.

Więc chcę (nadal) być księdzem. Dlaczego? Bo 12 kwietnia 1979 roku w katowickiej katedrze o godzinie 17.02 dałem słowo mojemu biskupowi (który już nie żyje, ale ma następcę), że będę księdzem do śmierci. „Dać słowo” to ważne dla mnie: mężczyzny, chrześcijanina, księdza. Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, od Boga. Na początku jest Słowo – zawsze. Nie będę tego zbyt szczegółowo komentował, ale nie znam innego sprawdzianu prawdy miłości jak wierność. Reszta jest – jak dla mnie – zbyt sophisticated… Jestem prostym człowiekiem i brzydzę się woltyżerką, zwłaszcza we własnym wydaniu. I ufam, że słowa, których się trzymał św. Paweł jak brzytwy – „wystarczy ci mojej łaski” – są i dla mnie. Cokolwiek się ze mną dzieje i wydarzy.

I teraz bardzo ważne: gdybym „przestał być księdzem”, to co z Dziećmi? Z moimi najukochańszymi Dziećmi – setkami, tysiącami, pełnymi cierpienia, pragnień, nadziei; Dziećmi, które podprowadzałem ku Światłu? Którym odpisywałem na maile w ciemne, pełne trwogi noce, nieprzytomny z przemęczenia, stukając w klawiaturę: „wytrwaj, warto, Bóg jest dobry, wszechmocny i hojny”. Których spowiadałem prawie krwią się pocąc; którym szeptałem do słuchawki albo w listowy papier, albo z rekolekcyjnej ambony: „wierz, ufaj, kochaj. W tym jest sens”. Co miałbym im do powiedzenia, gdybym odszedł? Że to był pic? Że ja tylko tak, na chwilę? Aż znajdę coś lepszego? Że to już nie jest ważne, że teraz widzę to głębiej?

Jestem księdzem dwudziesty dziewiąty rok. Wiem, że w mojej krwi i w moim mózgu drzemią ziarna szaleństwa. Wiem to już jasno i nie potrzebuję do tego cudzej wiedzy (np. lektury św. Augustyna); wiem to po prostu z własnej biografii. Ale też wiem, że On jest większy. Że mnie bezbrzeżnie kocha. I wierzę, że mnie zachowa. I moje Dzieci.

Ufam też, że przebaczy moim odchodzącym Braciom.

O to wszystko się modlę.

Tekst ukazał się miesięczniku „Więź” nr 6/2007.