Obsesja niepodległości czyni nas ślepymi. Także na własną historię. Tysiąclecie polskich dziejów opowiadamy tak, jakby to była wyłącznie historia walki o niepodległość i tracenia jej.

Fragment książki „Turbopatriotyzm, która 28 sierpnia ukaże się nakładem Wydawnictwa Czarne

Polska spóźniła się na pociąg do nowoczesności. Przez dwieście lat polski patriotyzm kształtował się w warunkach ograniczonej suwerenności. Pechowo były to akurat kluczowe dwa stulecia dla budowy mitologii narodowych. Od rewolucji francuskiej mierzyć można bowiem w Europie czas kształtowania się nowoczesnych państw narodowych wraz z ich obywatelskim, partycypacyjnym rozumieniem patriotyzmu i tożsamości.

W czasie zjednoczenia Włoch i Niemiec, gdy Francuzi i Brytyjczycy wymyślali swoje narodowe rytuały, rozmieszczali pomniki w strategicznych punktach miast i szlifowali programy szkolne, Polska była pod zaborami. Oznacza to, że Polacy jako naród nie mogli wypracowywać własnego słownika patriotyzmu tak, jak to się działo w innych dużych europejskich krajach. Nasze umiłowanie ojczyzny mogła wprawdzie wyrażać sztuka: wiersze, powieści, pieśni czy obrazy, jednak otwarte głoszenie treści narodowych często skazywało autora na dosłowne lub metaforyczne wygnanie, a jego dzieło – na półlegalny obieg. Stąd też zamiast podręcznikowo formułowanych instrukcji, jak przeżywać patriotyzm, dostawaliśmy raczej rozproszone mity. Płótna Matejki, poezja Mickiewicza czy powieści Sienkiewicza budują DNA naszego patriotyzmu. Trzeba jednak pamiętać, że dostarczają one raczej symboli, metafor czy obrazów niż gotowych przepisów, zwłaszcza dotyczących wspólnego świętowania. Najistotniejszą być może konsekwencją takiego stanu rzeczy jest to, że polska kultura polityczna tworzyła się w warunkach permanentnej rewolucji, nie wytwarzając wzorców działania w „czasie zwykłym”.

To w tych okolicznościach dominantą naszego patriotyzmu stała się obsesja niepodległości – poczucie, że jest ona nie tylko wartością najwyższą, lecz także nieustannie zagrożoną przez obce, wrogie nam siły zewnętrzne i wewnętrzne. To bardzo ważne, by obsesję odróżnić od miłości. Ktoś, kto kocha małżonka, uważa go za najważniejszą osobę na świecie, dba o niego, pielęgnuje związek. Osoba ogarnięta obsesją nie ma siły na miłość. Całą jej energię pochłaniają lęki i mroczne fantazje o zdradzie, krzywdzie czy innych nieszczęściach oraz rytuały mające zapobiec najgorszemu. Szpiegowanie, przeszukiwanie kieszeni, czytanie SMS-ów.

Obsesja często przedstawia się jako miłość, jest jednak czymś radykalnie od niej odmiennym. Gorączkowe pragnienie niepodległości, nieustanny lęk o nią i obawa przed tym, że okaże się tylko iluzją kontrolowaną przez nowych zaborców, to powracający motyw naszej narodowej mitologii. Nie przywara konkretnych polityków czy partii, lecz nawyki, które dziedziczymy, czytając lektury, śpiewając pieśni patriotyczne, dorastając w polskim domu.

Traumy

XX wiek tylko nas w tej obsesji umocnił. I wojna światowa doprowadziła nowoczesny patriotyzm zorganizowany wokół kategorii narodu na skraj przepaści. (Oglądana z tej perspektywy II wojna jest kolejnym wielkim krokiem naprzód). Był to kulminacyjny, a zarazem zwrotny punkt w dziejach europejskiego patriotyzmu. Trauma okopów rozpoczęła erozję budowanego od ponad stulecia modelu. Erozja ta dokonała się wprawdzie z opóźnieniem, jednak już po wielkiej wojnie dla niemal wszystkich w Europie było jasne, że miłość ojczyzny posunięta poza pewną (trudną do ustalenia) granicę czyni społeczeństwo podatnym na manipulację i może prowadzić do bardzo niebezpiecznych rezultatów.

II wojna światowa jest powszechnie pamiętana jako wojna sprawiedliwa, gdzie zło i dobro były wyraźnie rozdzielone między strony konfliktu. Nie zapewnia więc dostatecznie jasnej opowieści o niebezpieczeństwach nacjonalizmu. Dlatego w Europie Zachodniej wciąż tak ważna jest pamięć I wojny światowej, przywoływanej jako konflikt tym bardziej traumatyczny, że pozbawiony sensu. Przefiltrowana przez europejską pamięć zbiorową wielka wojna jest momentem gorzkiego rozczarowania patriotyzmem, a przynajmniej pewną jego formą.

Błyskotliwie ujmuje to Paul Fussell w kluczowej dla współczesnych badań nad pamięcią książce „The Great War and Modern Memory” (ang. wielka wojna i nowoczesna pamięć, Oksford 1975). Oglądana oczami literaturoznawcy wojna to przede wszystkim starcie poetyckich obrazów, figur czy nawet słów. Fussell wpada więc na genialny pomysł ułożenia słownika pojęć, którymi posługiwano się w przeddzień katastrofy. „Przyjaźń” była w nim „braterstwem”, „wróg” „łotrem”, nie było żadnych zabitych czy zmarłych, lecz „polegli”, „krew” okazywała się „słodkim winem młodości”, „martwe ciała” to „popioły i kurz”, a zamiast (amputowanych) rąk i nóg dostajemy „członki”. Ten słownik miłości i poświęcenia, pisze dalej Fussell, był nie tylko źródłem wojny, lecz także jej pierwszą ofiarą. Ci, którzy przeżyli okopy, nie utraciwszy zdrowia ani zmysłów, byli zmuszeni na nowo wymyślać język opisu świata. Pamięć wielkiej wojny to punkt zwrotny dla patriotyzmu w znacznej części Europy.

Na wystawionym przez historię rachunku widnieją nie tylko przeszłe krzywdy i niezabliźnione rany, lecz także ciężary obsesji, które niesiemy ze sobą w wiek XXI

To kolejne rozjazdy, na których pociąg polskiej historii pomknął całkiem innym torem niż reszta Europy. Badania pokazują, że I wojna światowa w zasadzie nie istnieje w naszej pamięci. Nie upamiętniają jej sejmowe uchwały, zajmuje niewiele miejsca w podręcznikach, jej traumatyczny wydźwięk całkowicie tłumią późniejsze horrory nazistowskich i komunistycznych zbrodni. Istnieje jednak jeszcze bardziej prozaiczna przyczyna tej nieobecności. Polska jako państwo nie była uczestnikiem wielkiej wojny. Żołnierze polegli na polach bitew nosili mundury znienawidzonych zaborczych armii i nierzadko strzelali do innych Polaków.

Co więcej, wkrótce po wojnie i niejako w jej następstwie nasz kraj odzyskał niepodległość. To wydarzenie, wraz z procesem scalania ziem polskich, a więc kolejnych „zaślubin z morzem” i „powrotów do macierzy”, całkowicie zdominowało pamięć o roku 1918. 11 listopada, gdy większość Europy w smutku i zadumie wspomina koniec trwającej ponad cztery lata hekatomby, my świętujemy wyłącznie odzyskanie niepodległości. Nawet kiedy wspominamy traktat wersalski, przywołujemy go – jak uczynił to polski Sejm w dziewięćdziesiątą rocznicę podpisania układu – jako dokument, dzięki któremu „Polska po 123 latach niewoli wracała do rodziny niepodległych państw europejskich, mając dostęp do morza i odzyskując ziemie zaboru pruskiego – Wielkopolskę, Śląsk i Pomorze Gdańskie”. Traktat wersalski był istotny tylko o tyle, że nareszcie wyszliśmy na swoje…

Dwudziestolecie międzywojenne to czas nadrabiania zaległości. Intensywny, lecz krótki. Podjęto wówczas pewne próby budowy zrębów patriotyzmu dumnego, modernizacyjnego, lecz nigdy wolnego od obsesji niepodległości. Nim jednak zdążył się wytworzyć nowy kanon, w którym inna byłaby rola państwa, kultury, przestrzeni publicznej, nadeszły kolejne nieszczęścia. II wojna światowa i czas stalinowskiego terroru były jak spełniony koszmar umysłu owładniętego obsesją niepodległości. Eksterminacja elit, niszczenie dziedzictwa kulturowego, budowanie sieci tajnych współpracowników podkopujących fundamenty zaufania, na którym opiera się społeczeństwo… Do tego aktywne, systematyczne niszczenie tradycji patriotycznej, usuwanie pamięci, walka z umarłymi równie zaciekła jak ta toczona przeciw żywym. To wszystko fakty, nie obsesja. Ale fakty, na nieszczęście, doskonale zgodne z paranoją – potwierdzające ją, uprawomocniające, układające się w wielki, neonowy napis: „a nie mówiłem?!”.

Potwór

Żeby lepiej zrozumieć ten mechanizm, wyobraźmy sobie człowieka, którego przez lata dręczył obsesyjny lęk przed chorobą. Codziennie spędzał godziny przed lustrem, oglądając się z każdej strony w poszukiwaniu objawów, gotowy na najgorsze. Aż pewnego dnia wypatrzył niepokojące znamię. Popędził do lekarza i okazało się, że to rak. Taki pech. Naszego bohatera odratowano i z medycznego punktu widzenia wszystko skończyło się dobrze. Także dlatego, trzeba przyznać, że obsesja uczyniła go ostrożniejszym i bardziej uważnym. Ale domyślacie się, co było z nim dalej? Już nigdy w pełni nie cieszył się odzyskanym zdrowiem. Od tamtej pory całe dnie spędzał przed lustrem i w gabinetach lekarzy, wertując poradniki medyczne, w każdej chwili gotowy na nowy atak podstępnej choroby. Bo przecież obsesja okazała się prawdą, czyż nie?

Polska przez dekady bała się potwora ukrytego pod łóżkiem. A potem okazało się, że w jej sypialni naprawdę czają się monstra. I to najstraszniejsze z możliwych. Ale ta historia ma szczęśliwe zakończenie. Potwory udało się pokonać. Przegrały! Czy teraz ostatecznie to one miałyby się okazać zwycięskie, bo nigdy więcej nie damy już rady spokojnie zasnąć?

Był czas, gdy musieliśmy walczyć o naszą niepodległość. Zresztą nie tylko o nią. Nierzadko także o biologiczne – a nie jedynie kulturowe – przetrwanie. Zwyciężyliśmy. Ale cena, jaką za to ponosimy, jest o wiele wyższa, niż mogłoby się wydawać. Na wystawionym przez historię rachunku widnieją nie tylko przeszłe krzywdy i niezabliźnione rany, lecz także ciężary obsesji, które niesiemy ze sobą w wiek XXI.

Brzemię

Obsesja niepodległości sprawia, paradoksalnie, że z nieufnością, a nawet nienawiścią traktujemy własne państwo. Dla kolejnych pokoleń szkoła była narzędziem zaborców i okupantów, podobnie jak pomniki, nazwy ulic i placów czy publiczne ceremonie. Stąd z jednej strony głęboka nieufność do wspólnych świąt, z drugiej zaś nieumiejętność ich organizowania, brak utrwalonych scenariuszy. Kiedy Polacy wychodzili na ulice, to zawsze po to, by protestować. Nasze najważniejsze formy pamięci to marsze, strajki i protesty. Nawet zgromadzenia na cmentarzu, w większości europejskich krajów stanowiącym przestrzeń wyłączoną z bieżącej polityki, mają w Polsce niezwykle silny potencjał antysystemowy. Potrafimy być razem, ale tylko przeciw komuś. Dotyczy to, warto zauważyć, wszystkich stron bieżących politycznych sporów.

Obsesja niepodległości czyni nas ślepymi. Także na własną historię. Tysiąclecie polskich dziejów opowiadamy tak, jakby to była wyłącznie historia walki o niepodległość i tracenia jej. Nie dostrzegamy różnicy między państwem Mieszka, Jagiełły, Rzeczpospolitą Obojga Narodów i współczesną Polską. To przecież tylko kolejne odsłony odwiecznego starcia między Polską i nie-Polską. Gdy czytamy o Kościuszce, widzimy jedynie bohatera walki z zaborcami, ale już nie genialnego inżyniera z czasu amerykańskiej wojny o niepodległość, zwolennika zniesienia pańszczyzny i wyzwolenia chłopów. Bo historia opowiedziana za pomocą innego klucza – globalnego, płciowego, klasowego, wieloetnicznego – tylko by nam zaciemniała obraz. Stąd problem, jaki mamy z mówieniem o dziejach kobiet, Żydów czy chłopów.

Turbopatriotyzm

Marcin Napiórkowski, „Turbopatriotyzm”,Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2019

Obsesja niepodległości sprawia też, że nie mamy pomysłów na niepodległość odzyskaną czy zastaną. Kiedy nie ma już o co się bić i ginąć, a trzeba by się wziąć do szanowania i rozbudowy tego, co mamy (w tym również do kasowania biletów i sprzątania psich kup), stajemy nagle osłupiali, bez siły, woli i fantazji, których przecież nigdy nie brakowało nam w powstańczej walce. Na to historia nas nie przygotowała. Przez dwa stulecia nasz patriotyzm był z natury partyzancki. Był bronią słabych przeciw silnym. Składał się ze skryptów oporu i nieposłuszeństwa. Doskonale miewamy się tylko wówczas, gdy jesteśmy niezadowoleni. Z sukcesem czujemy się obco i nieswojo. Szukamy więc drugiego dna. Może to wcale nie niepodległość, tylko jakiś Matrix; spisek służb, Niemców, Żydów, komunistów, wielkich korporacji, zagranicznych mediów i sieci dyskontów spożywczych? Może rządząca partia przywraca dyktaturę (sterowana z Moskwy) albo opozycja szykuje zamach stanu (za niemieckie pieniądze)?

Oto polska mitologia pamięci. Zestaw nieuświadamianych nawyków, które stały się naszą drugą naturą. Trochę ponury, ale innego nie mamy. W różne strony można z tym teraz pójść, wiele zdziałać i zmienić. Nic nie jest przesądzone raz na zawsze. Ale nie warto udawać, że to brzemię pamięci nie istnieje, że nie dźwigamy go na swoich barkach. Na wyparciu niczego dobrego się nie zbuduje.