Niech ojcowie franciszkanie wybaczą, ale nie tak winno wyglądać religijnie motywowane „rycerstwo”.

Zastanawiałem się, czy zareagować na „obrazek”, który pojawił się na stronie Wydawnictwa Ojców Franciszkanów w Niepokalanowie, ukazujący kilkuletnią dziewczynkę obejmującą obraz Pana Jezusa oraz realnej wielkości imitację karabinu. Postanowiłem to jednak zrobić, choćby ze względu na pamięć dzieci, które zginęły w Powstaniu Warszawskim.

„Obrazek” ów sygnowany jest symbolem Rycerstwa Niepokalanej i opatrzony biblijnym cytatem: „Niewiastę dzielną któż znajdzie? Jej wartość przewyższa perły (Prz 31,10)”. W dyskusji, która rozgorzała pod zdjęciem, pomysłodawcy bronią poprawności teologicznej i pedagogicznej „świętego obrazka” jak niepodległości. I dają taką oto wykładnię ikonologiczną: „Oczywiście, że najważniejsza jest walka z grzechem i do tej wartości karabin w ręku dziecka nawiązuje w zestawieniu z biblijnym cytatem”. Nie wydaje mi się jednak, że tak winno wyglądać religijnie motywowane „rycerstwo”.

Walka, ale jaka?

Renesans idei militarnych w Kościele w Polsce jest faktem. Pojawiają się plutony modlitwy, szwadrony Maryi, rozmaite armie Boga czy wojownicy św. Józefa, który – sic! – nigdy w żadnym wojsku nie był. O różańcu z upodobaniem mówi się jak o broni, o modlitwie – jak o walce. Wideo ukazujące mężczyzn potrząsających w kościele mieczami znają już chyba prawie wszyscy. Chciałoby się powiedzieć, Ecclesia militans ma się dobrze.

Ideał walki duchowej – zresztą bardzo dobrze rozpoznany i opisany w historii chrześcijańskiej duchowości – nie jest obcy franciszkanom z Niepokalanowa. Św. Maksymilian Kolbe założył wszak formację, która po łacinie nosi w sobie wyraz „militia”. Nie da się pomyśleć życia chrześcijańskiego bez walki, ba – wszelkiego życia, wszak już Hiob pytał: „Czyż nie do bojowania podobny jest byt człowieka?” (Hi 7,1).

Karabin trzeba wycelować ostatecznie w drugiego człowieka

Walkę jednak można rozumieć dwojako, także tę duchową: można się skupić na walce z wrogiem wewnętrznym albo zewnętrznym. Walczyć z grzechem pomieszkującym naszą duszę albo szukać go poza nami. Trudno uznać jakiekolwiek narzędzie walki, jakąkolwiek broń za ikoniczny wyraz walki wewnętrznej. Nikt o zdrowych zmysłach nie używa broni przeciwko sobie. Biegłości w posługiwaniu się taką bronią uczy się człowiek jedynie w perspektywie użycia jej przeciwko komuś innemu. Karabin trzeba wycelować ostatecznie w drugiego człowieka.

Nie mogę niestety uciec od skojarzeń. Nie dalej jak wczoraj zakończyła się na filmowym kanale Ale Kino! emisja drugiego sezonu kryminalnego serialu „Wróg publiczny”. Głównym wątkiem kryminalnym było poszukiwanie militarystycznej sekty religijnej, której guru porywał dziewczynki po I Komunii Świętej i wychowywał je – a może raczej szkolił i tresował – na maszyny do zabijania, gdy przyjdzie stawić czoła tym, którzy pozostali w świecie: nieczystym i zagubionym. Zabicie człowieka było aktem inicjacji.

Na pytanie, czym jest Kościół walczący, odpowiedź dał niedawno papież Franciszek, pisząc w 4 punkcie adhortacji „Gaudete et exultate”: „Lubię dostrzegać świętość w cierpliwym ludzie Bożym: w rodzicach, którzy z wielką miłością pomagają dorastać swoim dzieciom, w mężczyznach i kobietach pracujących, by zarobić na chleb, w osobach chorych, w starszych zakonnicach, które nadal się uśmiechają. W tej wytrwałości, aby iść naprzód, dzień po dniu, widzę świętość Kościoła walczącego. Jest to często «świętość z sąsiedztwa», świętość osób, które żyją blisko nas i są odblaskiem obecności Boga, albo, by użyć innego wyrażenia, są «klasą średnią świętości»”. Wspomniana tutaj walka nie ma – jak widać – nic wspólnego z jej militarnym rozumieniem. To o wiele bardziej heroiczne zmaganie się z codziennością.

Wrzeciono czy kałasznikow

I to jest dobry moment, by powrócić do biblijnego cytatu, który został wykorzystany w owym „świętym obrazku”. Dodajmy: wykorzystany wbrew jego pierwotnemu sensowi. Pismo Święte nie jest „cytowalnią”, z której w sposób absolutnie dowolny można sobie wybrać cytat i wykorzystać, ignorując jego pierwotne znaczenie. Poemat o dzielnej niewieście, który kończy Księgę Przysłów, ani jednym słowem nie wspomina o wojnie, walce, bitwie, broni, jakiejkolwiek formie żołnierstwa czy rycerstwa, a nawet o duchowym bojowaniu. Przeciwnie. Dzielna niewiasta – przypomnę! – „o len się stara i wełnę, pracuje starannie rękami”, „wyciąga rękę po kądziel”, „z zarobku swych rąk zasadza winnicę”, „sporządza sobie okrycia”, „nie jada chleba lenistwa”, „otwiera dłoń ubogiemu”, „żywność rozdziela domowi” itd. I nic o karabinach.

Czyżby już i do Niepokalanowa dotarła feministyczna krytyka Biblii, która dokonuje dekonstrukcji tekstu z punktu widzenia kobiety będącej w sytuacji patriarchalnej opresji? Może to ikona jakiegoś militarno-feministycznego nurtu w łonie chrześcijaństwa? A wtedy zrozumiałym się staje, że kądziel zamienić trzeba na kałasznikowa. Wrzecionem – jak wiemy – w bezpośredniej walce zdziała się niewiele. Kłują się nim królewny.

Pismo Święte nie jest „cytowalnią”, z której w sposób dowolny można sobie wybrać cytat i wykorzystać, ignorując jego pierwotne znaczenie

A stąd już tylko krok do rewolucyjnie rozumianej teologii wyzwolenia, której ikoną jest obraz argentyńskiego malarza Carlosa Alonso zatytułowany „Chrystus z karabinem na ramieniu”, namalowany po zabójstwie Che Guevary. Swą popularność zawdzięcza on związaniu z teologią wyzwolenia, gdzie stał się symbolem człowieka, który z bronią w ręku walczy o sprawiedliwość i lepszy świat – pomija jednak odniesienie do Boga. Nie da się tego wyobrażenia usprawiedliwić w ortodoksyjnej hermeneutyce teologicznej i ikonologicznej.

W odniesieniu do idei Chrystusa z karabinem trafnie pisała Dorota Mastalska, „Taki obraz Chrystusa nie przystaje do tego, jaki przekazała nam Ewangelia ani też z tak wyraźnym sformułowaniem skierowanym do Piotra: «Schowaj swój miecz do pochwy, bo wszyscy, którzy za miecz chwytają, od miecza giną» (Mt 26, 52)”. I dalej: „«Walka ludzi pokoju» bez przelewu krwi czy w rozumieniu «oko za oko, ząb za ząb», przemienianie świata przez miłość na sposób ewangelicznego zaczynu, to droga wyzwolenia, jaką proponuje nam Chrystus”.

Obrazek, w którym zostały ze sobą skomponowane trzy elementy ikoniczne: wizerunek Pana Jezusa, dziecko i karabin – niestety, wpisuje się w paradygmat chrześcijaństwa, które walczy karabinem.

Bomby jak cukierki?

I na koniec jeszcze jeden wątek. 2 czerwca 2011 r. pod warszawskim pomnikiem Małego Powstańca pojawiła się instalacja, której przyświecało hasło: „Przywrócić dzieciństwo Małemu Powstańcowi”. Inicjatorzy pisali wówczas: „Niech będzie dla nas jasne, że miejscem dzieci powinien na zawsze pozostać plac zabaw, nie zaś barykada, a ich zabawką – garść baloników i karabin na wodę, a nie KBK”. Pod pomnikiem położono kolorowy basen i zjeżdżalnię, a Powstańcowi włożono do ręki pęk balonów. Przywrócono mu choć na chwilę kolorowe dzieciństwo, którego nie mógł mieć.

19 lutego 2019 r. papież Franciszek mówił na porannej Mszy w Domu św. Marty o tym, że dzisiaj „bomby zrzucane są tak, jakby były cukierkami”. Największą krzywdę ponoszą oczywiście dzieci: „Pomyślmy na przykład o najsłabszych, o dzieciach. Rzesza głodnych dzieci, dzieci bez wykształcenia: nie mogą dorastać w pokoju. Nie mają rodziców, ponieważ zostali zamordowani na wojnach. Dzieci-żołnierze… Pomyślmy choćby tylko o tych dzieciach”.

Czy da się w tym kontekście wybronić „święty obrazek” dziecka-żołnierza, a tym bardziej dziewczynki-żołnierza? Niech ojcowie franciszkanie wybaczą, ale „karabin w ręku dziecka” na pewno nie jest żadną ewangeliczną perłą.