Prorok w kulturze masowej pełnił rolę księdza, lekarza i objazdowego teatrzyku. Od niedawna ma w ofercie także i inne usługi. Ot choćby taką: „za niewielką opłatą zapewnię ci komfort myślenia, że jesteś kimś lepszym ode mnie”.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 3/2007.

Jesienią 1994 roku, tuż po sromotnie przegranych przez partię demokratyczną wyborach do Kongresu, prezydent Bill Clinton (wraz z małżonką) wezwał do Białego Domu pięcioro amerykańskich guru w dziedzinie osobistego rozwoju, autorów książek o dobrym samopoczuciu, budowaniu kariery i strategii podejmowania życiowych decyzji.

Na Pennsylvania Avenue przybyli m.in. Anthony Robbins (autor takich wydawniczych hitów jak „Pięć kluczy do bogactwa i szczęścia”, „Siedem nawyków skutecznego działania” czy „Trzydzieści metod wywierania wpływu”), Marianne Williamson, również autorka bestsellerów, okrzyknięta przez prasę „hollywoodzką mistyczką”, oraz Jean Houston, szerzej znana w USA jako „święta psycholożka”. Goście znakomicie odgadli intencje, jakie kierowały gospodarzami, byli też świadomi efektu marketingowego, z jakim wiąże się ich obecność w politycznym centrum świata. Postanowili więc nie oszczędzać się. Prym wiodła tu zwłaszcza pani Houston, która komentując niepowodzenia Hillary Clinton we wdrażaniu planu reformy służby zdrowia, nazwała prezydentową „Mozartem z obciętymi rękami”, „współczesną Joanną D’Arc”, dodając że „niesie ona brzemię pięciu tysięcy lat poddaństwa kobiet”. Następnie nakłoniła Pierwszą Damę do konwersacji z duchem Eleanor Roosevelt (jej „archetypem duchowym”) oraz Gandiego („potężnym symbolem stoickich wyrzeczeń”). Pani Hilary zreflektowała się dopiero, gdy zaproponowano jej pogawędkę z „uosobieniem wszystkich zdradzonych i wyobcowanych”, Jezusem Chrystusem, który – podobnie jak ona – dwa tysiące lat temu też chciał wprowadzić w Palestynie istotne reformy i też spotkał się z niezrozumieniem społeczeństwa.

Dyktatura idiotów

Francis Wheen, autor znakomitej książki „Jak brednie podbiły świat”, z której pochodzi cytowana wyżej historia, ma na podorędziu jeszcze z pół setki innych. Skoro już jesteśmy w świecie polityki – Wheen opisuje uzależnienie Ronalda Reagana od astrologa swojej żony Normana Vincenta Peale’a, guru w dziedzinie marketingu bezpośredniego (ze szczególnym uwzględnieniem obnośnej sprzedaży odkurzaczy), który oczarował Eisenhowera, Nixona i Forda. Wspomina też doktora Edwarda de Bono, jednego z prominentnych konsultantów brytyjskiej Partii Pracy, który zasłynął propozycją zakupu barwnych kapeluszy dla urzędników państwowych (żółty wkładaliby mówiąc o zaletach projektu, czarny – o wadach itd.) i mądrościami w rodzaju: „Kiedy masz problem, szukasz rozwiązania”, „Ptak różni się od samolotu, choć jeden i drugi lata w powietrzu”. W książce znajdziemy wreszcie postać najwybitniejszego chyba specjalistę od produkcji czegoś, co Wheen nazywa „płynem do kąpieli dla duszy” – obecnego również na polskim rynku księgarskim Deepaka Choprę, amerykańskiego endokrynologa, który został multimilionerem, gdy tylko odkrył w sobie powołanie do pisania poradników. Zgłębia w nich tajemnice medytacji transcendentalnej, ajurwedy (indyjski system medyczno-filozoficzny) i ziołolecznictwa oraz zamieszcza wysokiej klasy refleksje („Wszystko, co czynię, to boski moment wieczności”). I tak dalej. I temu podobnie.

Gdy czyta się książkę Wheena, co i rusz trzeba powstrzymywać się, by nie wyskoczyć z fotela, nie zacząć rwać włosów z głowy i krzyczeć, że żyjemy pod niewidoczną, ale powszechną dyktaturą idiotów. Problem w tym, że w historii ludzkości chyba nigdy nie było inaczej. Wystarczy sięgnąć po klasyczne „Żywoty i poglądy sławnych filozofów” Diogenesa Laertiosa – od postaci à la dr de Bono aż roiło się w starożytnej Grecji.

Ludzie gotowi są dziś płacić prorokom duże pieniądze, byleby tylko nie mówili rzeczy niewygodnych

Żydzi i chrześcijanie znajdą sceny uderzająco podobne do tych opisanych powyżej w Biblii. Bill Clinton dzwoni po hochsztaplerów – też mi nowość, co drugi żydowski król stając w obliczu kryzysu państwa, monarchii czy osobistych problemów wzywał na swój dwór grono wizjonerów, duchowych przewodników, lokalnych idoli, by poprawili mu samopoczucie, połasili się doń i utwierdzili w przekonaniu, że postępuje słusznie. Tyle że w Biblii ta grupa „proroków królewskich” – banda lizusów, klakierów, osobistych trenerów i „psychicznych masażystów” – zawsze miała jasną opozycję, jaką był prorok prawdziwy, natchniony, jedyny, który miał odwagę stwierdzić: król jest nagi. Za swoją szczerość płacił zwykle wysoką cenę (patrz prorok Jeremiasz, co chwila wrzucany do cystern z błotem, poniżany i wypędzany), czasem jednak udawała mu się rzecz niesłychana: zmieniał dalszą drogę króla (patrz Natan, który łaja Dawida po jego grzechu z Batszebą).

Ale to wyjątki. Tzw. społeczeństwo od zawsze organicznie nie znosi ludzi takich jak Natan czy Jeremiasz, bo są to ludzie, na których nie ma się wpływu. Można ich przekupywać, bić i tłamsić, a oni i tak powiedzą, co myślą. Gdy myślą inaczej – pokazuje się im wyniki sondażu, maluje krzywą Gaussa i odsyła do cysterny, względnie do domu wariatów.

Obniżanie poprzeczki

Prorok bije bowiem wprost w pierwsze prawo socjotechniki: ludzie są umiarkowani, lubią spokój. I dlatego od tysięcy lat cieszą się wzięciem prorocy ulepieni z ludzkich potrzeb. Guru, idole, liderzy, trenerzy, którzy – zamiast na nas krzyczeć – „docieplą” nas, poprawią nasze, i tak nadwerężone w zmaganiach ze światem, samopoczucie. Współczesny „prorok” to nie tyle misja, co usługa. Dlaczego Elvisa Presleya nazywano „prorokiem z Memphis”? Bo trafił w najgłębsze, najbardziej skrywane pragnienia – jak nikt umiał rozerwać wciąż rozdrapujące powojenne blizny społeczeństwo. Jako pierwszy powiedział głośno to, co czuli wszyscy: „może dość już żałoby? Let’s rock and roll!”. Prorok w kulturze masowej pełnił więc rolę księdza, lekarza i objazdowego teatrzyku. Od niedawna ma w ofercie także i inne usługi. Ot choćby taką: „za niewielką opłatą zapewnię ci komfort myślenia, że jesteś kimś lepszym ode mnie”.

Intelektualistom zdarza się dziś mówić: „kiedyś to były czasy: Hegel, Weber, Sartre, Mozart, Chopin, Debussy”. Popełniają błąd, patrząc na przeszłość z naszej perspektywy. Nazwiska prawdziwych proroków przetrwały wieki, ale gdy żyli, horyzont wyglądał inaczej. Masową wyobraźnią od zawsze rządziła tandeta, większość sąsiadów Shakespeare’a, zamiast czytać poezje, układała pewnie sprośne rymowanki; w czasach Bacha na masowym rynku z pewnością prym wiodły ówczesne Dody czy Mandaryny. Specjaliści od kreowania celebrities dobrze wiedzą, że ludzie od zawsze zamiast słuchać uczonych prelekcji, woleli cieszyć wzrok widokiem fikających karlic oraz kazać śpiewać wioskowym wariatom, sami z uciechy bijąc się po kolanach.

Dlaczego Elvisa Presleya nazywano „prorokiem z Memphis”? Bo trafił w najgłębsze, najbardziej skrywane pragnienia – jak nikt umiał rozerwać wciąż rozdrapujące powojenne blizny społeczeństwo

Na czym polega sekret popularności telewizyjnych show, zaczynając od Big Brothera, a na „Tańcu z gwiazdami” kończąc? Dzięki nim nawet najgłupszy osobnik w kraju, który zasiądzie z puszką piwa przed telewizorem, ma prawo wyrazić opinię na temat oglądanych na ekranie osób. Patrzy na swoich idoli i może bezkarnie powiedzieć, że są debilami, nie umieją tańczyć, a na dodatek mają krzywe nogi. Skąd wziął się największy fenomen kultury masowej ostatnich lat, niejaka Paris Hilton? Dziedziczka hotelowej fortuny, którą świat poznał dzięki opublikowanym w internecie nagraniu wideo, na którym uprawia seks ze swoim chłopakiem, od kilkunastu miesięcy nie schodzi z pierwszych stron gazet i portali. Kilkaset milionów ludzi patrzy na równie piękną co głupiutką Paris Hilton tylko po to, by mieć „podkładkę”, by zawiesić sobie samym poprzeczkę kilka centymetrów niżej. Przy niej nawet dozorca z wiejskiej szkoły ma pełne prawo czuć się Einsteinem. I wszyscy są zadowoleni, również finansowo.

Na swojej głupocie zarabia nie tylko Paris – w Stanach można kupić koszulki i gadżety z napisami „Paris to zdzira”, „Nienawidzę głupiej Paris”. Rozdarte i udręczone geopolityką społeczeństwo oczyszcza swoje emocje, wylewając brudy na ofiarnego kozła (koźlicę). Tylko jak długo jeszcze można to robić bezkarnie? Amerykański „Newsweek” opublikował ostatnio tekst poświęcony Hilton i krążącym wokół niej koleżankom (niegdyś znana piosenkarka, dziś imprezowiczka Britney Spears, aktorka Lindsay Lohan czy córka słynnego Lionela – Nicole Ritchie), ostrzegając, że nastolatki zapatrzone w wymienione wyżej dziewczęta, które używają życia kopulując, paląc i pijąc gdzie popadnie, mogą wspomnianą poprzeczkę obniżyć sobie tak bardzo, że już nie podniosą się z ziemi. Ale przecież gdy zniknie Paris, na jej miejsce zaraz wskoczy kto inny. Pragnienie oglądania ludzi mniej rozgarniętych nie znosi próżni, jest silniejsze od wszystkiego. Prorok, który chce być kochany, musi udawać że jest od nas głupszy.

Antyteza nawrócenia

Albo – alternatywnie – łasić się do nas, przekonując, że jesteśmy strasznie mądrzy. Tę technikę – niedostępną pannie Paris – stosują z kolei z lubością ci prorocy, od których aż roi się w świecie nauki i religii. Francis Wheen w cytowanej wyżej książce wyzłośliwia się, że współcześni „masowi idole intelektualni” tacy jak Francis Fukuyama czy Samuel Huntington, pisząc swoje książki, hołdują zasadzie znanej z homeopatii – im mniejsza dawka lekarstwa, tym silniejszy będzie jego skutek. Publikują więc jedną za drugą pozycje składające się tak naprawdę wyłącznie z tytułowej tezy (jak choćby „Koniec historii i ostatni człowiek” Fukuyamy), żerując przy tym na odwiecznej skłonności ludzi do słuchania tych, którzy wieszczą jakiś koniec (może to być koniec świata, koniec cywilizacji – wszystko jedno). Czytając takie książki każdy może bowiem powiedzieć sobie: „Że coś tak jakby się kończy? No, kurczę, ja też coś tak czułem!”.

Oto kolejne przykazanie współczesnego „proroka” – jeśli chce być słuchany, dobrze byś opowiadał truizmy i banały. Zapowiedź końca świata to prorocka klasyka – stara, ale skuteczna. Przekonują o tym choćby Świadkowie Jehowy, grupa wyznaniowa, która większą część swojej ideologii opiera na przestrzeganiu przed zbliżającym się końcem świata (wyznaczanym już na lata 1844, 1854, 1874, 1914, 1925, 1975, 1995, a obecnie – 2034), która mimo tych wszystkich wpadek wciąż nie traci jakoś znacząco na popularności.

Masową wyobraźnią od zawsze rządziła tandeta, większość sąsiadów Shakespeare’a, zamiast czytać poezje, układała pewnie sprośne rymowanki

„Jak może podobać mi się piosenka, którą słyszę po raz pierwszy?” – pytał inżynier Mamoń. Jak niesłychany potencjał niesie w sobie to zdanie, przekonują choćby książki jednego z najlepiej sprzedających się w Polsce autorów, Brazylijczyka Paolo Coelho. Wszystkie jego produkcje – uwielbiane przez osoby wrażliwe i skłonne do zadumy – to umiejętnie przyrządzony miks truizmów i banałów („Sekret tkwi w tym, by się nie poddać”, „Miłość odkrywa się kochając”), podlany sosem religijnej frazeologii. Dobre pięć lat temu miałem okazję rozmawiać z moją znajomą, wielką fanką twórczości Coelho oraz zapamiętałą miłośniczką serialu „Na dobre i na złe”. Serial ów od dłuższego czasu prezentuje przełożone na język telenoweli biblijne opowieści (o synu marnotrawnym, o perle w roli), opowiedziane prostym językiem i nieco podróżowione itd. Znajoma przekonywała mnie, że woli te książki i filmy od głoszonych w Kościele kazań. „Bo Coelho trafia wprost do mego serca”. Nie niepokoi. Koi. W Ewangelii takich jak on proroków nie ma krzyża. Nie nawołują oni ludzi, niczym Jan Chrzciciel – by się nawracali. Przeciwnie – głoszą antytezę nawracania, mówią: idź, tak jak szedłeś dotąd. Wsłuchaj się w siebie, na pewno masz rację. To jeszcze w sumie nie jest takie złe – współcześni ludzie, roztrzęsieni i rozdarci między tysiącami decyzji, potrzebują czasem takiego „utwardzenia”. Kłopot zaczyna się wtedy gdy taki słodki prorok przed odesłaniem nas w dalszą drogę łapie nas za rękaw i mówi: chwileczkę, należy się trzysta.

Truizm: ludzie gotowi są dziś płacić prorokom duże pieniądze, byleby tylko nie mówili rzeczy niewygodnych. Widać to dobrze we wszystkich przejawach ruchu new age – cudownych dzieciach marketingu religijnego: kościele scjentologicznym, w tzw. kościołach zjednoczeniowych. Potencjalnie niebezpieczną (bo nieprzewidywalną) relację osób (a więc bliźnich między sobą i człowieka z Bogiem) zastępuje tam znany, skodyfikowany i „bezpieczny” schemat zachowań rodem z wolnego rynku. Nie ma ryzyka, że zaraz Pan Bóg powie, że nie wolno tego, a tamto to grzech. Klient płaci, klient wymaga. Klient nasz pan. A Pan? „Pan jest energią, ale to ty jesteś kanałem, w który ta energia może się wpuścić” – usłyszałem kiedyś na kazaniu w jednym z kościołów zjednoczeniowych w Chicago. Pastor głoszący ową teologię „channelingu” przy wyjściu z kościoła sprzedawał kasety z nagranym wcześniej kazaniem. Większość banknotów rzucanych na tacę w czasie tradycyjnej kolekty miała nominały 50 i 100 dolarów.

Oddać błaznowi co błazeńskie

Pointa. Na niego i na wszystkich wymienionych wyżej proroków XXI wieku nie ma chyba się co zżymać. Ba – gdy jest się świadomym ich tricków, patrząc na nich można czasem zdrowo się uśmiać. Oto też chyba przede wszystkim chodzi, by odróżniać proroka od błazna. I nie przestraszyć się tego pierwszego. Ilekroć rozmawiam z moimi znajomymi, mam poczucie, że owszem – uznają oni wielkich proroków takich jak Jan Paweł II czy Matka Teresa, traktując ich jednak jak postaci z nieco innego świata. Podziwiają ich, ale pewnie i trochę się obawiają. Przywykli, że naszym codziennym światem rządzą prorocy tacy jak my. Którzy od świętości wolą święty spokój.

Zastanawiałem się kiedyś, skąd bierze się takie podejście. Dziś chyba już wiem – jeśli istnieje Szatan, nie objawia się on dziś ludziom pod postacią ponętnych dziewic. On obcina ludzkie aspiracje. Ucina niebo tuż nad naszą głową, czyniąc ze świętości, czystości, miłości sprawy niedościgłe, które zdobyć mogą tylko nieliczni. I dlatego niemal każdego świętego, proroka, który przychodzi głosząc prawdy Boże, współcześni mu traktowali jak wariata – to, o czym mówi, jest dla nas lot na Księżyc, podczas gdy Paris Hilton (albo inna Doda) jest w zasięgu ręki. I jeśli można mieć do niej o coś pretensję, to tylko o to, że będąc wszędzie, zasłania nam nas samych, nie pozwala iść wyżej, koncentrując wzrok na sobie. Coelho nie dlatego powinien przestać pisać, że łata moim koleżankom dziury w sercu, lecz dlatego, że oferując „zupkę już raz jedzoną”, odcina dostęp do źródła, mówi: „nie sięgaj wyżej, po autorów trudnych, u mnie znajdziesz wszystko”.

Gdy czytam prace biblistów, nie mogę wyjść z podziwu – apostołowie mieli wokół siebie setki podobnych Jezusowi proroków, większość z nich miała zresztą chyba bardziej spójne wizje polityczno-biznesowe. Mieli królów, lokalnych sportowców i tancerki. Mimo to oddali błaznom, co błazeńskie i poszli za Prawdą. Która, dopóki mogła, chodziła po wsiach, unikając wejścia do stolicy, Jerozolimy. Może to wskazówka dla tych, którzy szukają dziś prawdziwych proroków? Tłum – co starałem się pokazać wyżej – nie zmienił swoich zachowań od wieków. Więc może od wieków adres prawdziwych proroków też jest ten sam: nie w miejscu, w które wgapiają się tłumy?

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 3/2007.