Czy dziennikarskie gwiazdy nie dorównały już przypadkiem w źle pojętej solidarności biskupom? Jeden drugiego nie znosi. Jeden na drugiego nie piśnie złego słowa.

Przy stężeniu do 2 promili alkoholu we krwi występują zaburzenia równowagi, sprawności i koordynacji ruchowej, obniżenie progu bólu, pogłębiający się w miarę narastania intoksykacji alkoholowej spadek sprawności intelektualnej (błędy w logicznym rozumowaniu, wadliwe wyciąganie wniosków itp.), opóźnienie czasu reakcji, wyraźna drażliwość, obniżona tolerancja, zachowania agresywne, pobudzenie seksualne, wzrost ciśnienia krwi oraz przyspieszenie akcji serca.

W przypadku Kamila Durczoka było gorzej. Bo powyżej dwóch promili mamy zaburzenia mowy (mowa bełkotliwa), następują wyraźne spowolnienie i zaburzenia równowagi, wzmożona senność, znaczne obniżona zdolność do kontroli własnych zachowań (Państwowa Agencja Rozwiązywania Problemów Alkoholowych, za: B. Woronowicz: „Bez tajemnic o uzależnieniach i ich leczeniu”, Instytut Psychiatrii i Neurologii, Warszawa 2003).

W takim stanie (2,6 promila) Durczok w miniony piątek około godziny 12:50 najechał na pachołki oddzielające pasy ruchu na remontowanym odcinku drogi pod Piotrkowem Trybunalskim. Jechał w kierunku Katowic trasą A1. Jeden z pachołków uderzył w auto nadjeżdżające z przeciwka. Na szczęście nikt z uczestników kolizji nie ucierpiał. Jak wynika z informacji „Super Expressu”, Durczok wracał z urlopu znad morza i przejechał aż 370 km (z „Dziennika Gazety Prawnej” dowiadujemy się, że jego bmw z technicznego punktu widzenia prowadzone było przez systemy wspomagające jazdę, trzymające się m.in. pasa i prędkości). Wczoraj dziennikarz został zwolniony z aresztu za poręczeniem w wysokości 15 tys. zł. Usłyszał zarzuty kierowania pojazdem w stanie nietrzeźwości oraz sprowadzenia bezpośredniego niebezpieczeństwa katastrofy w ruchu lądowym. Grozi mu do 12 lat więzienia.

Od wypadku minęło pięć dni. Sprawy nie skomentowała „Gazeta Wyborcza”, „Rzeczpospolita” opublikowała dziś króciutki komentarz. Stanowiska nie zabrały ani pożal się Boże Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich (choć na jego stronach znajdziemy niedługi, ale rozsądny, miarkujący emocje, komentarz Łukasza Warzechy), ani Towarzystwo Dziennikarskie. Czytamy jedynie drobiazgi: na Twitterze nad losem Durczoka użalał się Jan Hartman (po czym tłumaczył się z tego na blogu pod marką „Polityki”), a szef działu zagranicznego „Wyborczej” Bartosz Wieliński bronił go przed atakami „dziennikarskich moralistów”.

Milczenie, zwłaszcza dużych opiniotwórczych mediów, i brak reakcji środowiska tworzą mieszaninę niedopowiedzenia i przyzwolenia

W efekcie trudno wyrobić sobie zdanie i odpowiedzieć choćby sobie samemu na pytania: czy zwolnienie Durczoka z aresztu było zasadne?; czy kwota poręczenia odpowiednia?; co się dokładnie stało i jakie powinny wynikać z tego konsekwencje?

Podobnie było w przypadku Piotra Najsztuba, którego dwuletni proces skończył się w ubiegłym miesiącu. Dziennikarz potrącił 77-letnią kobietę na pasach, nie miał prawa jazdy, a jego auto nie było ubezpieczone i nie miało aktualnych badań technicznych. Najsztub został uniewinniony. Sąd uznał, że zachował szczególną ostrożność.

Tak wtedy, jak i teraz, milczenie – zwłaszcza dużych opiniotwórczych mediów – i brak reakcji środowiska tworzą mieszaninę niedopowiedzeń i przyzwolenia na łamanie zasad, a także każą zastanowić się nad społeczną pozycją dziennikarzy. Czy dziennikarskie gwiazdy nie dorównały już przypadkiem w źle pojętej solidarności biskupom? Jeden drugiego nie znosi. I jeden na drugiego nie piśnie złego słowa. A może trzymamy język za zębami, bo każdy z nas już nieraz przeskrobał i jeszcze przeskrobie?

„Mam pełną świadomość tego, że to, co się wydarzyło, jest karygodne” – powiedział Durczok w poniedziałek po wyjściu z sali sądowej i przyznaniu się do winy. Jeżeli proces, który go czeka, minie bez należytej debaty publicznej, „to, co się wydarzyło” może faktycznie pozostać „karygodne”, lecz także, w oczach opinii publicznej i jego samego, bezkarne. Tym bardziej, że – jak podaje dzisiejsza „Rzeczpospolita” – pierwszy raz od lat przybyło w Polsce kierowców po alkoholu i jak na razie nikt się tym specjalnie nie przejmuje: wprawdzie za jazdę w stanie nietrzeźwym grozi do dwóch lat więzienia, ale z 48 tys. osób skazanych za to w 2017 r., zaledwie osiem otrzymało najwyższą karę, 660 poszło siedzieć, co piąta dostała wyrok w zawieszeniu. A zwykle kończy się na minimalnej grzywnie – tysiącu złotych. Mamy do odrobienia lekcję.