„Miarka za miarkę” w reżyserii Oskarasa Koršunovasa dotyczy nas, tu i teraz. Aktualność Szekspira jest piorunująca.

„Usta pełne Boga,
Jakbym przeżuwał tylko jego imię”
(William Szekspir, „Miarka za miarkę”
tłum. Piotr Kamiński)

Zdaję sobie sprawę z okrucieństwa tego felietonu. Chcę bowiem opowiedzieć o spektaklu, który właśnie wypadł z repertuaru teatralnego. To trochę sadystyczne w stosunku do widzów, którzy przedstawienia nie zdążyli zobaczyć. W niedzielę 28 lipca na Dużej Scenie im. Gustawa Holoubka Teatru Dramatycznego w Warszawie po raz ostatni wystawiono „Miarkę za miarkę” Wiliama Szekspira w reżyserii Oskarasa Koršunovasa z Litwy. „To opowieść o władzy, jej dramacie i absurdach. Szekspir pyta, czy rządzący mogą być sprawiedliwi i moralni, czy też wykorzystują moralność, by zdobyć i sprawować władzę” – mówił reżyser kilka lat temu przed premierą. I o tym jest ta przewrotna sztuka: okrutna i brutalna, ale okraszona czarnym humorem, ironią, ludzką śmiesznością.

Rządzący swoim skrajnym radykalizmem legitymizują wobec otoczenia swoją „nieskalaną moralność”, potępiając wszelkie możliwe „zgorszenia”. Uwaga ta dotyczy i władców politycznych, i tych kościelnych, religijnych. Z jednej strony – maska, zakłamanie wewnętrzne rodzące hipokryzję, a z drugiej – wzmożona ortodoksja, pobożność i pryncypialne moralizatorstwo. Łatwiej uchodzić wtedy na zewnątrz za „bezgrzesznego”, można też bezkarnie rzucać anatemami. Pryncypializm ma uwiarygodnić moralnego uzurpatora w oczach innych. Dotyczy to nie tylko Angela, ale właściwie wszystkich postaci tego komediodramatu. Dotyczy nas, tu i teraz. Aktualność Szekspira jest piorunująca.

Niektórzy zarzucali Koršunovasowi zbytnią nachalność w aktualizacji przesłania sztuki. Osobiście też nie lubię, jak coś jest mi podawane „na tacy”, natrętnie uwspółcześniane. Szekspir takich zabiegów nie potrzebuje. Muszę jednak przyznać, że ani przez moment w ciągu ponad trzech godzin spektaklu nie miałem wrażenia indoktrynacji. Owszem, rzecz dzieje się w scenografii odtwarzającej „jeden do jednego” prezydium polskiego Sejmu, ale reżyser nie gubi z pola widzenia uniwersalizmu Szekspira.

„Miarka za miarkę” to rzecz o politologii pokusy. W Biblii pokusa towarzyszy już pierwszym ludziom, szczególnie przy drzewie poznania dobra i zła. A potem ten motyw powtarza się nieustannie. „Rzekł diabeł do Niego: Tobie dam potęgę i wspaniałość tego wszystkiego, bo mnie są poddane i mogę je odstąpić, komu chcę. Jeśli upadniesz i oddasz mi pokłon” (Łk 4, 7).

Rzecz dzieje się w scenografii odtwarzającej „jeden do jednego” prezydium polskiego Sejmu, ale reżyser nie gubi z pola widzenia uniwersalizmu Szekspira

Nieżyjący już niestety arcybiskup Józef Życiński, analizując ten fragment ewangelii według świętego Łukasza, zauważył, że złożona oferta wydawała się atrakcyjna pragmatycznie. Ostatecznie tyle razy każdy z nas musi się kłaniać różnym bałwanom. Jeden ukłon więcej nie stanowi dramatu. Uwolnienie wielkiej dziedziny zdarzeń spod mocy zła stanowi wszak ważne osiągnięcie. Coś za coś. Nie należy się gorszyć ani umiejętnością mocnych kompromisów, ani też koalicjami, które mimo wszystko mogą okazać się skuteczne. Trzeba wyzwolić się z naiwnych tęsknot za prostym światem i nauczyć trudnego realizmu. Życiński pisał: „Tą samą metodą można by usprawiedliwić pozostałe pokusy. Cóż złego jest ostatecznie w przemianie kamieni w chleb (Łk, 4,3), skoro przemiana wody w wino w Kanie ma do dziś tak dobrą prasę? Także efektowny skok z narożnika świątyni może przynieść wiele następstw pozytywnych (Łk 4,9); zainteresowani pielgrzymi będą komentować i chwalić Boga. Przy podobnym stylu można reaktywować nowe formy bałwochwalstwa, w którym decydującą rolę będzie odgrywał sukces, spektakl, korzyść, sojusz polityczny, kompleksy osób spragnionych publicznego pokłonu, a tak naprawdę chodzi o władzę, a nie o prawo, nie o wolność, i nie o sprawiedliwość”. A Ewangelia? O niej już nikt nie pamięta. Ją się tylko przeżuwa.

I jest jeszcze bożek władzy, który niszczy człowieka. Niestety, w Kościele pojawiali się i pojawiają wciąż, entuzjaści podobnych bożków. Na przykład zabójczy styk polityki i religii widzimy dzisiaj w Polsce aż nadto wyraźnie. Żyjemy bowiem w czasach wielkiego przeżuwania Boga. A Szekspir nam o tym przypomina, choćby w tym monologu:

ANGELO

(…) Usta pełne Boga,
Jakbym przeżuwał tylko jego imię,
Gdy w sercu wzbiera zło, wielkie, potężne,
Ze mnie poczęte. Państwo, które zgłębiam,
Jak dobra książka zbyt często czytana,
Zda mi się suche i nudne. Powagę,
Którą – zatkajcie uszy – tak się szczycę,
Sprzedam za pawie piórko, niech na wietrze
Powiewa sobie. O dumny urzędzie!
Jak często strojem, zewnętrzną powłoką,
Głupców tumanisz; nawet mędrca duszę
Opętasz czczym pozorem. Krew nie woda.
Dajcie szyld „anioł” nad diabelskim rogiem,
A będzie diabeł, jak był. Kto tam idzie?

(tłum. Piotr Kamiński)

I jeszcze fragment dialogu Angela i Eskalusa:

ANGELO

Prawo nie może być jak strach na wróble:
Stać w polu, płosząc drapieżne ptaszyska,
Aż doń przywykną i niepomne trwogi,
Grzędę zeń zrobią.

ESKALUS

Racja, tnijmy ostro,
Ale roztropnie, miast rąbać toporem
Na śmierć (…)
Czy byś choć raz nie zbłądził, na wzór tego,
Którego dzisiaj tak surowo karzesz,
I przeciw sobie prawa nie obrócił?

ANGELO

To jedno – czuć pokusę, Eskalusie,
Co innego jej ulec. Nie zaprzeczam,
Że wśród dwunastu przysięgłych, co mogą
Skazać więźnia na śmierć, bywa złoczyńca
Gorszy od niego. Sprawiedliwość chwyta
To, co wypatrzy. Cóż prawo obchodzi,
Że złodziej sądzi złodzieja? Kto znajdzie
Klejnot na drodze, schyli się, podniesie,
Jeśli go ujrzy; jeśli nie – przydepnie
I pójdzie dalej, ani myśląc o nim.
Jego występku nie umniejszysz, mówiąc,
Że ja nie jestem bez winy; mów raczej,
Że gdy ja, sędzia, splamię się czymś takim,
To śmierć mnie spotka, z własnego wyroku,
Bez żadnych względów. Musi umrzeć, panie.

(tłum. Piotr Kamiński)

Szekspir przestrzega: należy obawiać się tych wszystkich „grzeszników usprawiedliwionych przez wiarę” – dla których własna dziejowa doniosłość jest funkcją cudzego upadku. Im brzydszy jest świat, tym jestem piękniejszy – szczególnie wówczas, gdy pięknym słowem ów świat piętnuję; albo przez ślepotę, albo przez pychę, albo przez cynizm – utrwalam tym samym jego brzydotę. Tym jestem czystszy im inni bardziej są zbrukani – a więc staję się bez żadnego wysiłku pół-aniołem, może pół-Bogiem, a w końcu Bogiem. Jest w tym niemoralność, skrywana za wzniosłymi słowami!

Bohaterowie „Miarki za miarkę”: Książę, Angelo, Eskalus, Izabela, Pompej, Lucjo, Klaudio, Piana, Łokieć, dozorca więzienny, Marianna – oni wszyscy są egzemplifikacją owej „niemoralności”. I tylko Barnardyn jest sobą: siedzi w więzieniu i upija się do nieprzytomności, nic od świata nie oczekując, chce jeszcze tylko trochę pożyć, bo nie jest gotowy na śmierć.

W czasie ostatniego spektaklu aktorzy „zaszaleli”, takie jest niepisane prawo pożegnań, swoista „zielona noc”. Było dużo improwizacji i „aktualizacji orędzia”, publiczność chwytała wszystkie aluzje odnoszące się do naszej rzeczywistości. Szczególnie w scenie końcowej zaaranżowanej na kształt obrad sejmowych. Agnieszka Warchulska, Łukasz Wójcik i Krzysztof Szczepaniak przeszli samych siebie. Doszło nawet do kontaktu fizycznego z widzem. Łukasz Wójcik, grający Łokcia, chwycił za łokieć pewnego księdza siedzącego w drugim rzędzie (miejsce:12), jakby chcąc go wyciągnąć na scenę. „Proszę księdza, i co z tym wszystkim robić?!” – krzyczał aktor. Ksiądz na scenę nie wyszedł. Z tego co wiem –  żałował tego zawahania, mógł bowiem wskoczyć między aktorów i  stać się autorem jakiegoś ciekawego performensu. Mógłby na przykład krzyknąć do bohaterów i widzów „Miarki za miarkę”: „Przestańcie już żuć, zacznijcie ŻYĆ”.