Wakacje, czyli nic nie musisz, czas przydzielony ci jest na próżnowanie. I wtedy właśnie głowa, uwolniona od rutynowych obowiązków, zaczyna pracować na własny rachunek.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 8-9/2002.

Felietonom należą się też wakacje, niechże więc i mój pohasa trochę po Sopocie, porzuciwszy na chwilę swoje warszawskie „Miejsce przy oknie”.

Sopot odwiedzam od kilku lat regularnie, zawsze w tej samej porze, w czerwcu. Ani to już wiosna na Wybrzeżu, ani jeszcze lato. Upały zdarzają się w tym okresie rzadko, kwitną jaśminy w ogródkach, rodziny z dziećmi jeszcze się nie porozjeżdżały, plaże są ciche i puste, widok na morze niczym niezmącony. Tam też, w którymś z niezliczonych pawiloników, jakimi obrosły wolne przestrzenie wśród wydm, usadziwszy się na fotelu pod kolorowym parasolem, lubię nade wszystko spędzać czas, przyglądając się niebu i morzu, z tym samym zawsze poczuciem odświętności. „Wiktor Hugo miał rację! / Wakacje, niech żyją wakacje!”.

A więc wakacje. Czyli nic nie musisz, czas przydzielony ci jest na próżnowanie. I wtedy właśnie głowa, uwolniona od rutynowych obowiązków, korzystając z uzyskanej nagle swobody, zaczyna pracować na własny rachunek, powraca w rejony zaniedbywanej wyobraźni i do niecierpliwie, w codziennych zatrudnieniach, odsuwanych pytań, do wspomnień sprzed wielu lat.

Mój sentyment do Sopotu wiąże się z okolicznością ogólniejszej natury, którą można by nazwać geograficzno-administracyjną. Szczególną satysfakcję odczuwam bowiem z faktu, że stanowi on część Trójmiasta. Już sama nazwa „Trójmiasto” brzmi obiecująco. Zespolone w braterskiej jedności trzy miasta, które łączy wspólnota morza. A jest to troje rodzeństwa tak odmiennego, że patrząc na każde nich z osobna, o rodzinne związki trudno byłoby je posądzić: sędziwy, szczycący się starożytną, pełną godności architekturą Gdańsk, pełna powietrza, wciąż młoda Gdynia i jedno z najbardziej popularnych i uczęszczanych kąpielisk z kilkuwiekową tradycją, Sopot. Kto powie: Gdańsk, ten wywoła od razu obraz pamiętnej i historycznej już dziś Stoczni Gdańskiej, kto powie: Gdynia, przypomni sobie ruchliwy port gdyński i nazwisko Eugeniusza Kwiatkowskiego, jednego z chrzestnych ojców tego miasta, kto powie: Sopot, pomyśli o najdłuższym w Europie – bo liczącym przeszło pięćset metrów – sopockim molo, o sopockim Festiwalu Piosenki, sopockich wyścigach konnych, o sopockich turniejach tenisowych, o żeglarstwie i windsurfingu. A balneologiczne zakłady lecznicze? A słynne przed wojną, a dziś uczęszczane głównie przez miejscowych zwolenników hazardu, kasyno w Grand Hotelu?

Wymieniwszy te liczne i niewątpliwe atrakcje Sopotu, mogę teraz wyznać, że żadna z nich nie jest magnesem przyciągającym mnie do tego miasta. Wszystkie moje pragnienia i oczekiwania spełnia obecność morza i piaszczysta plaża, której brzegiem przechadzać się można po obmywanym falami, ubitym piasku lub, jeśli słońce doskwiera, wysadzaną lipami, cienistą aleją prowadzącą do pobliskiego Jelitkowa.

Czasem myślę, że przy moim tak wiernym i zarazem entuzjastycznym stosunku do morza, zamieszkanie w jakieś pobliskiej latarni morskiej byłoby nie od rzeczy. Schodziłabym z niej jednak od czasu do czasu, bo architektura starego Sopotu odznacza się niecodziennym wdziękiem. Zwłaszcza jego czarowne, stare wille, świadczące nierzadko o wpływach secesji, z ich zachwycającymi oszklonymi werandami, jakie spotkać można również daleko stąd, w zabytkowych willach uzdrowiska konstancińskiego.

Wszystkie moje pragnienia i oczekiwania spełnia obecność morza i piaszczysta plaża, której brzegiem przechadzać się można po obmywanym falami, ubitym piasku

Moje stosunki z Bałtykiem datują się od czasów gimnazjalnych i historia ich obfituje zarówno w momenty komiczne, jak i wzruszające. Do komicznych zaliczam dziś przyznanie gimnazjalistce przez Ligę Morską i Kolonialną nagrody za wierszyk poświęcony morzu. Śmieszy mnie już sama myśl o tym, jak wyglądać musiał ten wierszyk, ale może jeszcze bardziej śmieszy mnie ta Liga, nie tyle ta Morska, co ta Kolonialna: jeszcze jeden przyczynek do historii naszego narodowego szaleństwa. Jest jednak faktem, że za pieniądze uzyskane z nagrody odbyłam podróż do Gdańska, gdzie w wynajętym na los szczęścia pokoju gospodyni przez dwa kolejne poranki budziła mnie słowami: „Fräulein Hartwig, Kaffee ist fertig”. Zaczęłam wtedy z wolna rozumieć, że coś z tym Gdańskiem jest nie tak.

Następne wspomnienie wiąże się już z wypadkami historycznymi. Wracając właśnie znad morza, po ukończeniu kursu żeglarskiego organizowanego przez akademicki klub AZS, do mojego rodzinnego miasta, Lublina – a był to sierpień 1939 – znalazłam się w pociągu wypełnionym po brzegi bardzo szczególną kategorią pasażerów: byli to młodzi chłopcy zmobilizowani właśnie do wojska, niektórzy w marynarskich, białych mundurkach; towarzyszyły im zapłakane dziewczęta odprowadzające ich do miejsc powołania. Dziewczyny tuliły się do chłopców, nastrój panował łzawy, co chwila ktoś pochlipywał. Nie było wątpliwości: wojna. Obraz ten mam do dzisiaj w oczach.

Mój powojenny Bałtyk to już zupełnie nowy rozdział. Najpierw wakacje z córeczką, w Orłowie lub w Jelitkowie, w domku rybackim, potem przyjaźnie z malarzami należącymi do tak zwanej „Szkoły sopockiej”, wykładającymi w tamtejszej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych. Wielu z nich przeniosło się potem do Warszawy. Pamiętam z tamtych czasów Krystynę Łada-Studnicką i Juliusza Studnickiego, który wtajemniczył nas w uroki kaszubskiego Żukowa, Józefę Wnukową, Hannę Żuławską, która patronowała grupie „Kadyna”, zajmującej się garncarstwem, przebywali przez jakiś czas w Sopocie Artur Nacht-Samborski, Jan Cybis i Piotr Potworowski. W Sopocie i okolicy spotykaliśmy też za każdym przyjazdem poetów i pisarzy, w których ten rejon był zawsze bogaty.

Podczas wakacji, jakie spędziłam w Sopocie, odbył się zbiorowy wieczór autorski zorganizowany przez tamtejszych poetów. Zazdroszczę im tego nieustannego obcowania z morzem, tego gdańsko-holenderskiego nieba, po którym, kiedy wieje silny wiatr, przetaczają się potężne flotylle obłoków.

Ostatniego dnia mojego pobytu, na głównej ulicy, Monte Cassino, zaczynało się już robić tłoczno, potęgowała się muzyka dobiegająca z kawiarni i pubów; znak, że sezon się zaczął. Do późnej nocy rozbrzmiewały pod oknami pensjonatu ZAiKS rozmowy prowadzone na ulicy, nie gasły światła w położonym na przeciw Grand Hotelu. Noc w Sopocie nie zna odpoczynku, z lokali położonych na terenie parku, zwłaszcza w piątki i soboty, dopiero o świcie powraca do domów młodzież po całonocnej zabawie. Pod tym względem Sopot jest zapewne bardziej wielkomiejski niż Warszawa, gdzie już od wczesnego wieczora ulice śródmieścia straszą martwą pustką. Mogę się o tym przekonać teraz, nie późnym jeszcze wieczorem, obserwując fragment ulicy Marszałkowskiej widoczny z mojego „Miejsca przy oknie”.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 8-9/2002.