Joanna Gierak-Onoszko daje nam do przełknięcia gorzką pigułkę. Czytając jej reportaż o Kanadzie, widzimy krzywdę pokoleń dzieci, której sprawcami byli państwo i Kościół.

Pierwsze skojarzenia z Kanadą? Syrop klonowy, dzika natura, fotogeniczny premier, przepiękne jeziora, hokej, wielokulturowe, tolerancyjne społeczeństwo. Przyzwyczailiśmy się do obrazu Kanady jako państwa szczęśliwego.

Joanna Gierak-Onoszko w swoim fenomenalnym debiucie książkowym „27 śmierci Toby’ego Obeda” zdejmuje nam z oczu różowe okulary i zmusza do analizowania suchych faktów. Odkrywa czarną kartę w historii państwa, które przez bardzo długi czas karty tej odkryć nie chciało. Otrzymujemy lekturę, która bezkompromisowo przedstawia efekty kolonializmu i skutki braku szacunku dla inności. Czytając, niejednokrotnie nie możemy uwierzyć w zło, jakie człowiek jest w stanie wyrządzić drugiemu.

Obraza

Tytułowy Toby pochodzi ze społeczności Innu. Biali antropolodzy i archeolodzy określili rdzenne społeczności, takie jak Inuici oraz Innu zbiorczym określeniem „Eskimosi” (eskimo – zjadacz surowego mięsa). Dla nas, Europejczyków, to powszechnie znane określenie ludzi Północy. Uczymy się o Eskimosach już w przedszkolu, łącząc obrazki zmarzniętych, opatulonych ludzi o nieco skośnych oczach z obrazkiem iglo. Mało które książeczki wspominają jednak o tym, że określenie to jest dyskryminujące i krzywdzące. Jeszcze mniej z nich mówi o niezaspokojonym apetycie Europy i cierpieniu Innu, na którym wyrosły fortuny napędzające kapitalistyczną gospodarkę.

Premiera „27 śmierci Toby’ego Obeda” zbiegła się w czasie z pojawieniem się na przystankach autobusowych w Polsce reklamy z Edytą Górniak w pióropuszu, etnicznym stroju i w makijażu stylizowanym na malowanie twarzy przez Pierwsze Narody. W tym samym czasie w sklepach odzieżowych promowane są kolekcje inspirowane „indiańską biżuterią”, a gwiazdy na festiwalach muzycznych wtykają we włosy pióra.

Dlaczego to krzywdzące i niesmaczne? Tylko sami „Indianie” mogą nazwać się Indianami. W ustach białego człowieka to obraźliwy egzoetnonim. Słowa tego używa się jedynie w kontekście historycznym i w odniesieniu do Ustawy o Indianach z 1876 roku. W Kanadzie, która dopiero od niedawna odrabia zaległą lekcję z wrażliwości, mówi się „Pierwsze Narody” – by przypomnieć o tym, kto na tych ziemiach był jako pierwszy. Biali ludzie nie powinni nosić pióropusza. Premier Kanady Justin Trudeau nie powinien tatuować sobie na ramieniu kruka – opiekuna ludu Haida z Zachodniego Wybrzeża. Dla Pierwszych Narodów to świętość.

Zbawianie „Indian”

Toby, Tobijahu w języku hebrajskim oznacza „Jahwe jest mym skarbem”. W Starym Testamencie na Tobiasza Bóg zsyła męki, a za posłuszeństwo i lojalność nagradza. Jego imię okazało się prorocze. Toby jest „ocaleńcem”, jednym z rdzennych dzieci, które przeżyły traumatyczne i nieludzkie lata w szkole prowadzonej przez organizację charytatywną Grenfell. „Przedsiębiorstwo miłosierdzia”, jak nazywały ją gazety, za swoją misję uznało nauczenie inuickich dzieci podziału obowiązków na kobiece i męskie, higieny, dyscypliny i Słowa Bożego. Oczywiście, w języku angielskim. Za porozumiewanie się w inuktitut należało się bicie. Konstrukcją z pasów często zakończonych gwoździami. Właśnie w tej szkole Toby dowiaduje się, że „posikać się ze strachu” to żadna przenośnia.

Twórca Kanady, John Macdonald (który – sic! – jeszcze do 2018 widniał na banknotach dziesięciodolarówki), tak w 1833 roku wyjaśniał Izbie Gmin sens powstawania „chrześcijańskich” szkół: „Kiedy szkoła jest w rezerwacie, dziecko nadal przebywa z rodzicami, którzy są dzikusami (…). Dzieci Indian powinny być całkowicie pozbawione wpływu rodziców, jedynym na to sposobem jest umieszczenie ich w szkołach zawodowych, przygotowawczych, w których nabędą zwyczajów i sposobów postępowania wedle białych ludzi”.

Kanada pali szałwię, tatuuje święte znaki na ciele, schyla głowy, jednocześnie nie podejmuje większego trudu w naprawianiu wyrządzonych szkód

Rozpoczęto więc zbawianie „Indian” od grzechu. Karano za tańczenie w obrzędach, za matriarchalny system funkcjonowania rodziny, za uznanie ludzi dwóch dusz (osoby, w których ciałach pomieszkiwały naprzemiennie lub jednocześnie jaźń kobieca i męska), ścinano długie włosy, w których – według wierzeń – mieszka dusza człowieka.

Komórka, ciemność i głód. Toby wspomina o tym, że to triada, która obezwładni każde dziecko. Trafiając do jednej ze szkół w Labradorze w wieku czterech lat, odebrane rodzicom i rozdzielone z rodzeństwem dziecko nie ma żadnych szans. Na spokojne dzieciństwo, na miłość, na poczucie bezpieczeństwa i na godne życie w przyszłości. Już od najmłodszych lat molestowane seksualnie, nauczone przemocy, pełne poczucia, że jest niepotrzebne i urodziło się na marne, nie jest w stanie przerwać łańcucha traumy.

Toby umierał 27 razy, w tym 20, gdy zostawał przekazywany z rąk do rąk, za każdym razem trafiając do innej rodziny zastępczej. „Szkołę mogę wybaczyć, domy mogę wybaczyć – mówi. – Ale z jednym nie mogę się pogodzić: że nikt mnie nigdy nie kochał (…). Mam czterdzieści siedem lat. Tęsknię za mamą odkąd mam cztery”.

Trauma zatacza koło

Kanada milczy. Milczy, gdy ze szkół z internatem znika coraz więcej dzieci, gdy rdzenni mieszkańcy ograbiani nie tylko z własnej kultury, miejsc do mieszkania, ale również z poczucia godności i z prawa do różnorodności.

Kiedy dochodzi do przełomu? 30 października 1990 oku w archidiecezji w Winnipeg pojawia się Phil Fontaine – reprezentant rdzennych mieszkańców prowincji Manitoba. Tam po raz pierwszy mówi do księży: „To w waszej szkole byłem molestowany seksualnie”.

Media nadstawiają uszu, ale Phil mówi coś jeszcze. Coś, o czym nikt wcześniej nie mówił się w kanadyjskiej przestrzeni publicznej: „Wykorzystywany potem sam wykorzystuje, a maltretowany maltretuje”. Molestowany w dzieciństwie Phil w dorosłym życiu także krzywdził.

Rzecznik archidiecezji w Winnipeg twierdził, że „na przeszłość należy patrzeć ze zrozumieniem”. Trzeba więc ze zrozumieniem patrzeć na gwałty dokonywane na małych dzieciach?

Nieprzepracowana trauma zatacza coraz szersze koła. A Kanada milczeć już dalej nie może. We wspomnieniach uczniów często pojawia się postać „Siostry Diabeł” – bezwzględnej zakonnicy torturującej dzieci w szkole Świętej Anny. Czytając o jej metodach wychowawczych – głodzeniu, biciu, zamykaniu w izolatce, zmuszaniu do patrzenia na gwałcenie młodszych podopiecznych – ciężko uwierzyć, że w człowieku może mieścić się tyle zła. W jednym z końcowych rozdziałów dowiadujemy się o tym, że siostra była również podopieczną w tej samej szkole. Zło powraca. Trauma nie znika samoczynnie.

Philowi Fontaine udało się wynegocjować najwyższą ugodę w historii Kanady. Zgodnie z zapisami ugody, Kościół katolicki miał wypłacić dwadzieścia dziewięć milionów dolarów na utworzony fundusz, dodatkowe dwadzieścia pięć na wsparcie rdzennych społeczności i drugie tyle dla ocaleńców ze szkół z internatem. Pieniędzy, koniec końców, nie zebrał.

Takie były czasy?!

Ksiądz Blanchette, rzecznik archidiecezji Świętego Bonifacego w Winnipeg, w wywiadzie z CBC twierdził, że „takie przypadki były czymś okropnym, ale na przeszłość należy patrzeć ze zrozumieniem”.  T a k i e   b y ł y  c z a s y. Trzeba więc ze zrozumieniem patrzeć na gwałty dokonywane na małych dzieciach? Na praktykę przywiązywania do krzesła elektrycznego i rażenia prądem? Na zawiązywanie zasikanych prześcieradeł na głowie? Na głodzenie i zmuszanie do jedzenia własnych wymiocin? Na bicie batami do utraty przytomności? Trzeba z pokorą spojrzeć na tę przeszłość i wybaczyć? Mimo że przez długi czas nikt nie usłyszał słowa „Przepraszam”?

Kolejny przełom nastąpił dopiero w 2008 roku, gdy premier Stephen Harper w oficjalnym komunikacie przeprosił wszystkich pokrzywdzonych. Do naprawienia systemowych krzywd nie wystarczy jednak jedno słowo i jeden podpis nad projektem ustawy. Kanadyjskie szkoły, co prawda, kładą coraz większy nacisk na wspieranie inicjatyw obywatelskich, coraz intensywniej promowana jest wieloetniczność, ale z drugiej strony gesty te mają jedynie symboliczne znaczenie.

„27 śmierci Toby’ego Obeda”

Joanna Gierak-Onoszko, „27 śmierci Toby’ego Obeda”, Wydawnictwo Dowody na Istnienie, Warszawa 2019

W sprawach wagi państwowej – nihil novi. Pierwszym przykładem jest chociażby spór o budowę rurociągu Kinder Morgan, który – pojawiając się na terenie Kanady – przecinałby święte tereny należące do Pierwszych Narodów. Kanada pali szałwię, tatuuje święte znaki na ciele, schyla głowy, jednocześnie nie podejmuje większego trudu w naprawianiu wyrządzonych szkód. Pudruje trupa. Do dziś wielu rdzennych mieszkańców nie radzi sobie z depresją, wpada w alkoholizm, a rdzenne kobiety padają ofiarami napaści o charakterze seksualnym. Ponadto komisje, które wypłaciły ocaleńcom szkół odszkodowanie, nie przeprowadziły gruntownego śledztwa.

A „przepraszam”? W 2017 roku Justin Trudeau pojechał do papieża Franciszka, prosząc o przeprosiny dla rdzennych mieszkańców w imieniu Kościoła. Wrócił z niczym.

Ile razy można umrzeć? Ile razy otoczenie, przedstawiciele instytucji państwowych i Kościoła mogą sprawić, że człowiek zostanie pozbawiony godności, wiary w dobre życie?

Joanna Gierak-Onoszko daje nam do przełknięcia gorzką pigułkę. Czytamy reportaż o Kanadzie, a widzimy bezradność w obliczu zła, pułapki rozliczeń z przeszłością. Przeglądamy się w tym lustrze razem z bohaterami opowieści i zadajemy sobie wiele bolesnych pytań, na które prawdopodobnie nigdy nie znajdziemy odpowiedzi.