Białystok zatrzymał może w swoim przekonaniu zło pochodzące z Sodomy, ale zapomniał przy okazji o Jezusie i podstawowych prawdach chrześcijaństwa.

Z trwogą, przerażeniem, smutkiem i złością zapoznałem się z relacjami z sobotnich wydarzeń w Białymstoku. Ludzie stojący przed wejściem do katedry broniący jej jak oblężonej twierdzy. Chrześcijanie, którzy bez skrępowania wykrzykują wulgaryzmy i uciekają się do jawnej przemocy, psychicznej oraz fizycznej. Cała Archidiecezja Białostocka, mocą autorytetu lokalnej hierarchii kościelnej, uwikłana w ideologiczną wojnę, w której nie ma miejsca na dialog, miłosierdzie ani szacunek dla bliźniego. Wstyd mi za mój Kościół, wstyd mi za moich rodaków, wstyd mi za Polskę.

Dzięki Bogu w niedzielę rzecznik Konferencji Episkopatu Polski ks. Paweł Rytel-Adrianik oświadczył: „Przemoc i pogarda w żadnym przypadku nie mogą być usprawiedliwiane i akceptowane. Trzeba wyrazić jednoznaczną dezaprobatę wobec aktów agresji takich jak te, które miały miejsce w Białymstoku. Każdy człowiek ma prawo do szacunku, bez względu na swe poglądy”.

Nauczanie Kościoła bierzmy na poważnie

Kiedy przekroczyliśmy Rubikon, kierując nasz kraj na drogę nienawiści i przemocy? Co jeszcze musi się wydarzyć, byśmy się otrząsnęli? „Non possumus” – pisał arcybiskup Tadeusz Wojda na początku lipca, sprzeciwiając się Marszowi Równości w Białymstoku. Dzisiaj trzeba powiedzieć „non possumus” nie dla marszów (które są realizacją konstytucyjnych praw obywatelskich), ale dla agresji i nienawiści w sercach wielu Polaków, zwłaszcza tych, którzy mienią się katolikami.

Trzeba nie mieć Pana Boga w sercu, by okazywać pogardę, jaką obserwowaliśmy na ulicach Białegostoku wobec osób uczestniczących w Marszu Równości. Jeżeli arcybiskup Wojda chciałby zatrzymać rozprzestrzenianie się „ideologii LGBT” w swojej archidiecezji, to warto by najpierw na kolanach u Matki Miłosierdzia wiernie modlił się o pokorę, prawdziwą wiarę, skromność i ewangeliczne życie dla siebie i wiernych – by stali się przykładem i pociągnęli wszystkich, bez względu na to, w jakiej życiowej i jak bardzo dalekiej od Ewangelii sytuacji życia teraz się znajdują. Jeśli chcemy budować cywilizację miłości, to nigdy nie możemy odpowiadać złem na zło, lecz trzeba zło dobrem zwyciężać. Kiedy o tym zapomnieliśmy? Może zaczniemy wreszcie na poważnie i bez selektywności traktować nauczanie Kościoła powszechnego, także gdy idzie o sprzeciw wobec kary śmierci, podejście do uchodźców, szacunek dla innych wyznań, skromność w życiu i postępowaniu?

Nie wiem, jakie były intencje hierarchii kościelnej w Białymstoku wobec Marszu Równości. Wierzę, że chciano dobrze. W istocie ostry sprzeciw wobec marszu był tłumaczony przede wszystkim koniecznością zatrzymania promocji szkodliwej „ideologii LGBT”. Pasterze Kościoła chcieliby chyba wypchnąć wszelkie – inne niż katolicka nauka społeczna – propozycje życia zbiorowego i indywidualnego poza granice kraju, zamiast podjąć z nimi odważną i merytoryczną dyskusję. Jak gdyby wierząc, że tylko w ten sposób uchronić można wiernych od zła. To nie tylko brak szacunku wobec inności, lecz także nieumiejętność funkcjonowania Kościoła w warunkach pluralizmu. Polski Kościół jeszcze się tego nie nauczył i nauczyć nie chce.

Kościół, który nienawidzi grzesznika, nienawidzi samego siebie

Wiele kwestii związanych z postulatami środowisk LGBT może budzić niepokój i sprzeciw, zwłaszcza biorąc pod uwagę katolicką naukę społeczną i tradycyjne nauczanie Kościoła o rodzinie. Niejednokrotnie też spotkać można całkowicie irracjonalne uprzedzenie środowisk LGBT wobec Kościoła, a nawet wrogość. To jednak nie oznacza, że można dopuścić do podporządkowania się uprzedzeniom i do eskalacji nienawiści. Jako chrześcijanie mamy nie tylko tolerować, mamy kochać i unikać przemocy. Trzeba powiedzieć wyraźnie: musimy nadstawiać drugi policzek, a zło popełniane wobec innych nigdy nie usprawiedliwi naszego zła. Innymi słowy: jeśli chcemy, by to katolicka nauka społeczna zwyciężyła, powinniśmy skupić się na sobie, nie na innych, walczyć z własnymi wadami, dawać przykład życia, prawdziwe świadectwo wiary. I wchodzić w dyskusję, walcząc o prawdę siłą argumentów, a nie argumentem siły.

Jest jasne, że należy unikać wszelkiej okazji do grzechu. Jest też dość zrozumiałe, że czego nie poznasz, tego nie zapragniesz. Lecz jest także jasne, że człowiek ma wolną wolę i tylko w wolności może przyjąć Boga i Go prawdziwie miłować. Tymczasem miłość narzucona, moralność obwarowana prawem, zwłaszcza prawem karnym, wybór bez alternatywy to protezy chrześcijaństwa, a nie jego istota. Trzeba jasno uczyć dzisiejszy świat świętości rodziny, życia, godności każdej jednostki ludzkiej, od poczęcia do naturalnej śmierci. Trzeba nieść światu Ewangelię może w jeszcze większym wymiarze i bardziej odważnie niż kiedykolwiek, gdy świat oferuje tak wiele różnych opcji i możliwości. Dobrze byłoby przypomnieć sobie, że walkę z grzechem zawsze trzeba zaczynać od siebie; w każdym innym przypadku jest to raczej postępowanie skazane na niepowodzenie.

To, co wydarzyło się w Białymstoku, to antyprzykład chrześcijańskiego stosunku do grzechu. Chrześcijanie nienawidzą grzech, lecz kochają grzesznika. Kościół, który nienawidzi grzesznika, nienawidzi samego siebie – składającego się z ludzi słabych i grzesznych.

Czymże innym jak nie grzechem ciężkim jest nienawiść, stosowanie przemocy? Dość już selektywnego czytania Pisma Świętego i selektywnego moralizatorstwa, niezrozumiałej fascynacji tylko jednym rodzajem grzechu, to jest nieczystością i to rozumianą w sposób ograniczony. A co z pychą? Co z chciwością? Co z nieumiarkowaniem w jedzeniu i piciu? Co z lenistwem (także tym intelektualnym)? Co z gniewem niepohamowanym? Co z nienawiścią? Co ze zdradami małżeńskimi, z lekceważeniem czystości przedślubnej? Jeśli chcesz, by Chrystus zwyciężył, niech zwycięży w Tobie. Według św. Augustyna „malej” i pozwól Mu „rosnąć”.

Czy nie można było po katolicku?

Jak bardzo grzech spętał sumienia ludzi, którzy w Polsce nienawidzą innych i nie potrafią patrzeć na nich z miłością? Czy dalej możemy godzić się na instrumentalizację wiary dla celów politycznych, dla rozsiewania waśni i podziałów? Kiedy zaczniemy się kochać wzajemnie, by świat poznał, że jesteśmy Chrystusa? Kiedy odważymy się wyjść na głębię i zaczniemy naprawdę wierzyć, że dla Boga nie ma sytuacji nie do przezwyciężenia? Kiedy pozbędziemy się choć trochę naszej narodowej pychy?

Zdaje się, że wielu w Białymstoku strąciło Pana Boga z pierwszego miejsca w ich życiu i uczyniło sobie nowego bożka w postaci siły i poczucia dominującej większości. Jakże inaczej wyglądałby sobotni marsz, gdyby podejść do niego po chrześcijańsku? Czy nie można było po prostu zawierzyć w modlitwie pokornie wszystkich ludzi niemogących przystępować do Eucharystii z powodu trwania w grzechu śmiertelnym? Czy nie można było oddać tej sprawy Panu Bogu? Czy nie można było zaprosić na Eucharystię w intencji rodzin? Czy nie można było po katolicku, normalnie, odważnie, z miłosierdziem? Czy nie można było zaprosić środowisk LGBT do debaty na temat rodziny, małżeństwa, odpowiedzialności? Gdyby białostoccy chrześcijanie stanęli na wysokości zadania, Marsz Równości przeszedłby spokojnie, a może i wielu z jego uczestników zastanowiłoby się, czy nie warto żyć w zgodzie z nauczaniem Kościoła.

Białystok zdaje się uznał, że Marsz Równości to biblijna Sodoma i Gomora, ale jednocześnie zapomniał, że ziemi sodomskiej lżej będzie w dzień sądu niż Kafarnaum. Gdyby bowiem takie cuda jak w Kafarnaum dokonały się w Sodomie, dawno by się nawróciła. A w Kafarnaum zwyciężyła zatwardziałość serc, niezdolna przyjąć Chrystusa i uznać jego cudów oraz łask. Tak, Białystok może metaforycznie zatrzymał w swoim przekonaniu zło pochodzące z Sodomy, ale zapomniał przy okazji o Jezusie i podstawowych prawdach chrześcijaństwa. Zapomniał o powszechności i apostolskości Kościoła. Zapomniał o otwarciu się na każdego. Zapomniał o pokorze i miłości bliźniego. Zapomniał o miłosierdziu. Zapomniał o życiu Ewangelią. Stał się raczej stróżem faryzejskiej moralności.

Wierzę, że się opamiętamy. Ufam, że jesteśmy w stanie dać świadectwo prawdziwej wiary wolnej od nienawiści, szukającej grzesznika, pokornej i wiernej, na wzór Maryi. Takiej wiary, która zaufa Jezusowi. I tylko ten, kto jest bez winy, niech rzuci kamieniem…