Miłość homoseksualna dla dużej części naszego społeczeństwa jest „wyzywająca” w podstawowym, negatywnym sensie tego słowa. Proponujemy jednak inne, głębsze znaczenie: miłość wyzywająca, czyli miłość „która jest wyzwaniem”. Jest darem i wyzwaniem dla osób, które jej doświadczają – ale także wyzwaniem duszpasterskim dla Kościoła, czyli nas wszystkich.

Wstęp do książki „Wyzywająca miłość. Chrześcijanie a homoseksualizm”, Wydawnictwo Więź, Warszawa 2013

W Katechizmie Kościoła Katolickiego czytamy:Pewna liczba mężczyzn i kobiet przejawia głęboko osadzone skłonności homoseksualne. Skłonność taka, obiektywnie nieuporządkowana, dla większości z nich stanowi trudne doświadczenie. Powinno się traktować te osoby z szacunkiem, współczuciem i delikatnością. Powinno się unikać wobec nich jakichkolwiek oznak niesłusznej dyskryminacji” (n. 2358).

W książce, którą oddajemy w Państwa ręce, postanowiliśmy poszukać odpowiedzi na pytanie, na czym konkretnie ma polegać zawarte w Katechizmie zalecenie, aby osoby homoseksualne traktować z szacunkiem, delikatnością i współczuciem. Zalecenie to odczytujemy – kierując się zasadą chrześcijańskiej, braterskiej miłości – jako wezwanie, byśmy spróbowali poznać przede wszystkim egzystencjalną sytuację człowieka, który rozpoznaje w sobie homoseksualne skłonności.

W naszej książce nie zamierzamy podejmować dyskusji na temat nauczania Kościoła katolickiego w kwestiach moralnych, ani wypowiadać się w kwestiach legislacyjnych. Mamy świadomość, że toczy się obecnie w świecie zachodniej cywilizacji, a także u nas, w Polsce, ostry spór o prawa dla osób homoseksualnych. Kościół, mający misję głoszenia Ewangelii wszystkim narodom, musi konsekwentnie bronić chrześcijańskiej koncepcji małżeństwa jako otwartego na płodność, dozgonnego związku mężczyzny i kobiety. Uważamy jednak, że podejmowanie tych – ważnych dla całego społeczeństwa – problemów, nie może przesłaniać nam tego, co w świetle Ewangelii jest sprawą najbardziej podstawową, a mianowicie spotkania twarzą w twarz z drugim człowiekiem, dla którego jego homoseksualizm jest istotną częścią własnej tożsamości, czy – jak mówi Katechizm – jego kondycją.

Celem tej książki nie jest ogólna prezentacja problemu, jakim jest homoseksualizm. Pragniemy, aby nasza książka była przede wszystkim spotkaniem z indywidualnym doświadczeniem człowieka, który rozpoznaje siebie jako homoseksualistę, a jednocześnie czuje się chrześcijaninem. Dlatego przede wszystkim oddajemy tu głos wierzącym osobom homoseksualnym, a także ich rodzicom. Chodziło nam o to, aby oni mówili sami za siebie, a nie – żebyśmy my mówili za nich. Swoimi przemyśleniami dzielą się tu również duszpasterze i psychoterapeuci, którzy w swojej pracy spotykają się z doświadczeniami osób homoseksualnych i ich bliskich.

Niniejsza książka stanowi zbiór tekstów nigdzie dotąd niepublikowanych i tych już publikowanych w poprzednich latach na łamach miesięcznika „Więź”. Świadomi jesteśmy, że jest to zbiór dosyć eklektyczny w formie – obok reportaży znajdują się tu rozmowy, szkice i dokumenty kościelne – istotniejsze było dla nas jednak wielowymiarowe przedstawienie tematu niż formalna spójność. Czujemy się również zobowiązani zaznaczyć, że o ile my dwoje – współautorzy i redaktorzy książki – pozostajemy solidarni z wyrażanymi w niej tezami i bierzemy za nie odpowiedzialność, o tyle każdy z zaproszonych przez nas autorów wypowiada jedynie swoje własne opinie i czyni to we własnym imieniu.

W naszej poprzedniej książce[1] wyrażaliśmy pogląd, z którego dzisiaj z pełną świadomością się wycofujemy. Twierdziliśmy tam mianowicie, że skłonności homoseksualne można w sobie zwalczyć wysiłkiem woli i dzięki pomocy terapeutycznej – i że tak powinna brzmieć zasadnicza chrześcijańska oferta pomocy dla osób homoseksualnych.

Jeden z recenzentów tamtej naszej książki napisał, że jesteśmy w stanie życzliwie spojrzeć na osobę homoseksualną tylko wtedy, jeśli nie akceptuje ona swojej homoseksualnej kondycji i podejmuje z nią walkę. Cóż, rzeczywiście, taka była wymowa tamtej publikacji. Czas, który upłynął od jej wydania pozwolił nam nie tylko pogłębić wiedzę na temat homoseksualizmu, ale również towarzyszyć homoseksualnym bohaterom naszych reportaży, które zostały w tamtej książce opublikowane, a także wielu innym osobom, które po lekturze naszych publikacji nawiązały z nami kontakt. Wszystko to sprawiło, że dziś sprawę homoseksualizmu widzimy inaczej – skłonni jesteśmy raczej stawiać pytania, niż dawać gotowe odpowiedzi.

Oferowanie osobom homoseksualnym „pomocy”, która miałaby polegać wyłącznie czy przede wszystkim na dążeniu do zmiany orientacji, może przysparzać im dodatkowych cierpień, rozczarowań, a nawet prowadzić do nieszczęść

Temat terapii osób homoseksualnych to skomplikowane zagadnienie i w związku z tym refleksje w książce, które tego tematu dotyczą, nie są żadnym całościowym i pogłębionym studium (choć może takie byłoby potrzebne), a jedynie zarysowaniem problemu i zasygnalizowaniem wątpliwości. Zapewne w niektórych wypadkach tak zwana terapia reparatywna[2] może przynieść odczuwalne skutki, uważamy jednak, że jej podjęcie musi być indywidualną decyzją danej osoby i nie może być przedstawiane jako chrześcijański obowiązek.

Wszystkim, którzy dostrzegają różnego rodzaju cierpienie osób homoseksualnych i angażują się w pomaganie im – a mamy tu na myśli zwłaszcza działającą od wielu lat w ramach ruchu Światło-Życie grupę Odwaga i oddolną, nieformalną grupę Pascha – winniśmy wdzięczność i szacunek. Są to inicjatywy pionierskie, ich wysiłek powinien być doceniony, zwłaszcza na tle – co napawa smutkiem – bierności zdecydowanej większości Kościoła hierarchicznego. Uważamy wszakże, że terapia, chociaż zawsze musi odwoływać się do pewnych psychologicznych teorii, nigdy nie powinna czynić z nich ideologii. Jesteśmy więc przeciwni zarówno temu, aby osobom homoseksualnym dawać nadzieję bez pokrycia, jak i temu, by im odbierać wszelką nadzieję czy zniechęcać je do własnych poszukiwań w ramach podejmowanej terapii[3].

To prawda – w naszej książce zajmujemy się głównie historiami i problemami osób, które nie potrafią się odnaleźć w rzeczywistości Kościoła i jego wymagań. Ale nie znaczy to, że ignorujemy osoby wybierające życie w celibacie, podejmujące terapię czy korzystające z pomocy Odwagi czy Paschy. Chodziło nam po prostu o to, żeby dać możliwość wypowiedzi tym osobom (homoseksualnym, wierzącym, nieprzekonanym do wymagań Kościoła), którym tego głosu się właściwie nigdzie w naszej polskiej „kościelnej przestrzeni” nie udziela – w odróżnieniu od osób związanych z Odwagą czy Paschą, o których często można się czegoś dowiedzieć z prasy katolickiej[4]. Chociaż zachowujemy dystans wobec niektórych założeń teoretycznych Odwagi i Paschy, to nie kwestionujemy ich dobrej woli. Cenne jest to, że obie te grupy stwarzają wierzącym osobom homoseksualnym pewną przestrzeń wolności w dzieleniu się swoim losem i we wzajemnym braterskim wspieraniu się w poszukiwaniu godnego i szczęśliwego życia.

Homoseksualizm jest zjawiskiem złożonym i zróżnicowanym, a jego psychiczna geneza – jak przyznaje Katechizm – pozostaje w dużej mierze niewyjaśniona. Zdarzają się przypadki „wyjścia” z niego, o czym mówią różne opublikowane badania[5]. Dążenie do zmiany orientacji seksualnej uwieńczone sukcesem z pewnością nie jest jednak realną drogą dla wszystkich tych, którzy by tej zmiany pragnęli, nie mówiąc już o tych, którzy podjęciem tego rodzaju terapii nie są zainteresowani. Oferowanie takiej „pomocy”, która miałaby polegać wyłącznie czy przede wszystkim na dążeniu do zmiany orientacji, może przysparzać osobie homoseksualnej dodatkowych cierpień, rozczarowań, a nawet prowadzić do nieszczęść. Głoszenie tak sformułowanej oferty wydaje się nieuczciwe. Podobnie nieuczciwe jest – naszym zdaniem – obstawanie przy nazywaniu homoseksualizmu „chorobą”. W takim podejściu kryje się bowiem założenie, że skoro jest to „choroba”, to można ją – tak jak choroby psychiczne lub zaburzenia seksualne – leczyć. Tymczasem homoseksualizmu nie da się „leczyć” w taki sposób, jak to sobie wyobrażają ci, którzy często głoszą i promują to hasło: aplikując z zewnątrz jakieś medyczne procedury. Psychoterapia to specyficzny sposób pomagania, którego zasadniczym celem jest przynoszenie ulgi w cierpieniu. Może ona doprowadzić do ograniczonych zmian w odczuciach i zachowaniach danej osoby, ale dokonuje się to zawsze przy poszanowaniu i z udziałem wolności człowieka. Dodajmy, że ani w Katechizmie Kościoła Katolickiego, ani w innych dokumentach kościelnych nie ma zalecenia, aby osoby homoseksualne podejmowały terapię. Jak się wydaje, pod tym względem Kościół kieruje się realizmem.

Homoseksualni bohaterowie naszej książki różnie rozumieją swoją kondycję i rozmaicie próbują godzić ją z życiem wiary i katolicką tożsamością. Jeden z nich mówi: „[…] każdy człowiek powinien mieć możliwość wyboru i sam podejmować decyzje. Jeśli decyzje, jakie podejmie, okażą się złe, to sam dojdzie do wniosku, że trzeba szukać innej drogi. […] Jestem głęboko przekonany, że lepsza jest ta droga do Boga, która prowadzi wprawdzie przez różne wyboje, ale wybrana jest i doświadczana świadomie, niż ta, która polega na biernym, lękliwym tkwieniu w miejscu i przetrwaniu życia z ukrytym żalem do Boga i ludzi, że jest się takim, jakim się jest” („Szukam swojej drogi”, wywiad z Szawłem-Pawłem, autorem strony internetowej „Chrześcijanin homoseksualny”). Warto dodać, że są to słowa człowieka, który przez lata wiódł życie, w którym homoseksualizm, jak sam pisze, „nie był dla niego problemem”, by w końcu, po głębokim nawróceniu, wybrać życie w białym związku z drugim mężczyzną.

Czy wyżej wyrażony postulat, aby życiowa droga była wybrana i doświadczana świadomie, nie pozostaje w zgodzie z obowiązującą chrześcijanina zasadą kierowania się swoim sumieniem (z łac: conscientia – wiedza wewnętrzna), którą Kościół za św. Tomaszem rozumie jako regułę moralności – postępowania świadomego i wolnego? Często zapominamy o tym, jak bardzo wysoko Kościół sytuuje wolność sumienia.

Jak wiadomo, Kościół katolicki rozróżnia między skłonnościami homoseksualnymi, które nie są grzechem, a czynami homoseksualnymi, które są nieodwołalnie grzeszne. Samą skłonność Kościół określa jednak jako „nieuporządkowaną moralnie”, zwracając uwagę na to, że jako popęd seksualny, a więc silny dynamizm ludzkiej osobowości, prowadzić ona może do czynów grzesznych. To prawda, homoseksualność wyraża się w formie popędu seksualnego, ale sytuacja osób homoseksualnych jest tu zdecydowanie inna niż osób heteroseksualnych.

„Osoby homoseksualne są wezwane do czystości” – mówi Katechizm. Należy pamiętać wszakże, że cnota czystości obejmuje wszystkich dorosłych ludzi, bez względu na ich seksualną orientację. Oznacza odpowiednie działanie uwzględniające seksualną naturę człowieka. Cnotę czystości nie sposób pojąć bez cnoty miłości. „Caritas est forma virtutum” – pisał św. Augustyn. Ma ona wyzwalać miłość wolną od postaw użycia drugiego człowieka, od jego instrumentalizacji, sprowadzania go do roli obiektu seksualnego, co jest sprzeczne z osobową godnością i miłością. W tym sensie, dzięki cnocie czystości usiłujemy „nadążyć” za wartością osoby i wartością miłości. „Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą” (Mt 5,8). Czystość, czyli „przejrzystość” serca jest postawą, do której stopniowo dorastamy. Osoby homoseksualne też do tej postawy dorastają – z trudem, właściwym dla swojej orientacji. Wezwanie do życia w czystości w odniesieniu do osób homoseksualnych nie jest bowiem tym samym, co w odniesieniu do osób heteroseksualnych. Dla tych drugich czystość przedmałżeńska jest tylko przygotowaniem, mają one bowiem szansę, a nawet powinność, spełniać się w miłości oblubieńczej, czyli małżeńskiej. Tymczasem dla osób „o głęboko osadzonych skłonnościach homoseksualnych” ta droga życiowego spełnienia jest z góry zamknięta. Namawianie takich osób do wstępowania w związki małżeńskie wydaje się z gruntu nieetyczne. Otwartym pytaniem pozostaje kwestia czystości par homoseksualnych, które żyją w wiernej miłości wobec siebie, zachowując swoje dary płciowości dla siebie nawzajem i nie szukają innych partnerów. To pytanie stawiał sobie zmarły latem 2012 roku kardynał Martini, arcybiskup Mediolanu, przez lata uważany za papabile, i stawia je sobie kardynał Schönborn, arcybiskup Wiednia[6].

Osoby homoseksualne niestety często spotykają się w Kościele z językiem niechęci i pogardy

Św. Paweł, uwarunkowany swoim czasem, kiedy to spodziewano się rychłej Paruzji, wprawdzie wszystkich chrześcijan zachęcał do trwania w bezżenności, jednak tym, którzy „nie potrafią zapanować nad sobą” – doradzał małżeństwo. Apostoł był dla ludzkiej natury wyrozumiały. „Lepiej jest bowiem żyć w małżeństwie, niż płonąć” (por. 1 Kor 7,1-9). Dzisiaj Kościół nie ma już świadomości bliskiej Paruzji i, jak wiemy, w pełni dowartościowuje życie małżeńskie i rodzinne. Dla osób homoseksualnych – jeśli chcą żyć w zgodzie z nauczaniem Kościoła – w dalszym ciągu istnieje tylko jedna dopuszczalna droga: życie w celibacie. Nie wybierają jej jednak jako daru z siebie, na rzecz lepszego służenia innym – jak czynią to przyszli księża rzymskokatoliccy czy osoby konsekrowane – a wiemy, że nawet wtedy jest to droga bardzo trudna.

Od pewnego czasu jeden z zakonów – w odpowiedzi na zgłaszane prośby, m.in. przez grupę Wiara i Tęcza – prowadzi w Polsce duszpasterstwo dla osób homoseksualnych (ma ono tymczasem charakter nie w pełni jawny). Jest to jednak kropla w morzu. Podobnie jak kroplą w morzu jest istniejące w Wielkiej Brytanii duszpasterstwo, które przez kilka lat koncentrowało się wokół jednej z parafii na londyńskim Soho. W naszej książce opisujemy historię tego wyjątkowego nawet na gruncie angielskim duszpasterstwa z Soho – nie opisujemy na razie duszpasterstwa działającego w Polsce, mając świadomość, że ta trudna i delikatna inicjatywa kościelna jest dopiero w fazie wstępnego rozwoju, wymaga więc czasu, skupienia i ciszy, a nie światła reflektorów.

Publikujemy również dwa dokumenty dotyczące osób homoseksualnych, wydane przez episkopat USA i episkopat Anglii i Walii. Dlaczego właśnie te? Po pierwsze dlatego, że tego typu dokumentu nie doczekaliśmy się jeszcze w Polsce, a po drugie dlatego, że oba dokumenty są w naszym przekonaniu świadectwem, jak powinno się realizować zawarte w Katechizmie zalecenie, aby osoby homoseksualne traktować „z szacunkiem, współczuciem i delikatnością”.

W tym miejscu warto zauważyć, że wiele osób homoseksualnych źle odbiera katechizmowy apel o okazywanie im „współczucia”. Na pewno „współczucie” nie powinno tu sugerować niepełnowartościowego człowieczeństwa osoby, do której jest skierowane. My, mówiąc w tym kontekście o współczuciu, mamy na myśli empatię, wczucie się w los drugiego człowieka. „Istota współczucia polega na tym, żeby rozumieć innych ludzi, potrafić identyfikować się z nimi i wspomagać ich, pamiętając jednak, żeby nasza pomoc nie zamieniła się w przemoc. W pomaganiu innym kompletnym nieporozumieniem jest arbitralność, przykładanie własnej miary do innych. To nie jest pomoc, ale narzucanie rozwiązań, które naszym zdaniem są dobre dla tych, do których adresujemy pomoc. Taka «pomoc» tylko pogarsza sytuację”[7].

*

Tytuł naszej książki jest świadomie prowokujący. Miłość homoseksualna dla dużej części naszego społeczeństwa jest „wyzywająca” w podstawowym, negatywnym sensie tego słowa. Proponujemy jednak – za śp. ks. Jackiem Bolewskim SJ, autorem szkicu „Wyzywająca miłość. Teolog o homoseksualizmie” – inne, głębsze znaczenie: miłość wyzywająca, czyli miłość „która jest wyzwaniem”. Jest darem i wyzwaniem dla osób, które jej doświadczają – ale także wyzwaniem duszpasterskim dla Kościoła, czyli nas wszystkich.

Pragnący zachować anonimowość polski duszpasterz – ze wspomnianego wyżej duszpasterstwa osób homoseksualnych – zwraca uwagę na to, że osobom homoseksualnym trudno znaleźć duszpasterza, osobę duchowną, spowiednika, który by ich potraktował po ludzku. „Już nawet nie mówię o duchu Ewangelii, ale zwykłym ludzkim szacunku. […] Uważam to za pewien cud, że osoby, które są nie najlepiej traktowane w Kościele, chcą nadal w nim być, szukać, w jakiś sposób się angażować. Dlatego tych, którzy do nas przychodzą, traktuję poważnie”[8]. Osoby homoseksualne niestety często spotykają się w Kościele z językiem niechęci i pogardy. Trzeba przyznać ze smutkiem, że w tej sytuacji wiele z tych osób, które decydują się żyć zgodnie ze swoją kondycją, oddala się od praktyk religijnych i tym samym od Kościoła. Z całą pewnością jest wśród nich wiele takich, które tęsknią za Bogiem i pragną być obecne w Kościele. Chociaż pod tym jednym względem (życia erotycznego) uważają, że nie są zdolne żyć zgodnie z wymaganiami Kościoła – traktują bowiem te wymagania jako zaprzeczenie własnej tożsamości – to jednak żyją w stabilnym i wiernym związku, starają się być uczciwymi, dobrymi ludźmi, są wartościowymi obywatelami, często wybitnymi w swojej dziedzinie zawodowej. A czy również i ci, którzy nie radzą sobie ze swoją kondycją i żyją w sposób moralnie nieuporządkowany, wciąż szukając na nowo szczęścia albo działając kompulsyjnie i zmieniając partnerów, czy i oni nie pozostają dziećmi Bożymi?

W swym przemówieniu na jednej z kongregacji kardynalskich przed konklawe kardynał Jorge Mario Bergoglio za klucz do koniecznych obecnie zmian w Kościele uznał ewangelizację rozumianą jako radykalne wyjście z Kościoła. Nie chodzi o to, by ludzi do wiary przyciągać, lecz by do nich bezpośrednio trafiać. Bergoglio mówił, że trzeba pójść „na rubieże […] do granic ludzkiego istnienia, które jest misterium grzechu, bólu, niesprawiedliwości, ignorancji, braku praktyk religijnych, [tajemnicą] myślenia, wszelkiej nędzy”[9].

Homoseksualni bohaterowie naszej książki i ich bliscy to osoby, dla których wiara, jej praktykowanie i przynależność do wspólnoty Kościoła są sprawami ważnymi i zarazem trudnymi. Homoseksualna kondycja – której przecież sami sobie nie wybrali[10] – sprawia, że życie sakramentalne często pozostaje dla nich zamknięte. Wielu z nich czuje do samych siebie głęboką niechęć; wielu wciąż nie przyznało się do swojego homoseksualizmu rodzicom, rodzeństwu i przyjaciołom – tak bardzo lękają się odrzucenia i pogardy.

Marzy nam się, aby za sprawą naszej książki doszło do takiego spotkania czytelników z jej bohaterami, w którym czytelnicy będą zdolni zapytać każdego z naszych bohaterów: „Jaka jest twoja udręka? […] Żeby to się stało – pisała Simone Weil – wystarczy zatrzymać na nim szczególny gatunek spojrzenia. To spojrzenie jest przede wszystkim spojrzeniem uważnym. Dusza pozbywa się wtedy wszelkiej swej własnej treści, aby przyjąć w siebie istotę, na którą patrzy, taką jaką jest, w całej jej prawdzie. Tylko ten do tego jest zdolny, kto jest zdolny do uwagi”.

Wstęp do książki „Wyzywająca miłość. Chrześcijanie a homoseksualizm”, Wydawnictwo Więź, Warszawa 2013


[1] Katarzyna Jabłońska, Cezary Gawryś (red.), „Męska rozmowa. Chrześcijanie a homoseksualizm”. Przedmowa bp Zbigniew Kiernikowski, Biblioteka WIĘZI, Warszawa 2003.
[2] Powszechnie używany termin „terapia reparatywna” jest kalką z języka angielskiego (reparative). Poprawny językowo wydaje się raczej termin „terapia reparacyjna”. Notabene termin „reparacja” (naprawa) występuje pierwotnie w literaturze psychoanalitycznej, gdzie nie ma nic wspólnego ze zmienianiem orientacji seksualnej. Por. Melanie Klein, „Pisma”, tom I: „Miłość, poczucie winy i reparacja oraz inne prace z lat 1921-1945”, przeł. Danuta Golec, Anna Czownicka, wstęp do wyd. polskiego Wojciech Hańbowski, Gdańsk 2007.
[3] Niektórzy słusznie przestrzegają przed amatorskimi próbami stosowania terapii. Por. Zbigniew Nikodem Brzózy, „Homoseksualizm w aspekcie teologicznym i medyczno-psychologicznym”, Warszawa 2012, s.112-113. Autor, dominikanin, pisze m.in. „Czara goryczy przelewa się, gdy powstają grupy samozwańcze, niekompetentne, powołujące się na terapię reparatywną jako cel i metodę swego funkcjonowania. Tak dzieje się w Polsce. Przykładem może być grupa Pomoc 2000 i jej mutacje: Pomoc 2002 i Pascha”.
[4] Zob. liczne publikacje na łamach „Gościa Niedzielnego”, np. tekst Agaty Combik „Życiowe K2”, w którym autorka pisze m.in.: „Członkowie Paschy, modlitewnej grupy wsparcia dla mężczyzn, którzy doświadczają niechcianych odczuć homoseksualnych, swoją wędrówkę do dojrzałej męskości porównują do wspinaczki na słynny ośmiotysięcznik. To nie jest poobiedni spacerek. A jednak zdobywców szczytu przybywa” („Gość Wrocławski” z 5 maja 2013, www.wroclaw.gosc.pl). Zob. także rozmowę Wojciecha Zagrodzkiego CSsR z założycielką grupy Pascha dr. Agnieszką Kozak pt. „Pomoc osobom o skłonnościach homoseksualnych – Grupa Pascha”, „Homo Dei” 2009, nr 2.
[5] Np. Bieber i współpracownicy twierdzą, że 27 proc. ich pacjentów poddanych psychoanalizie z wyłącznych homoseksualistów stało się wyłącznymi heteroseksualistami. Zob. K. Boczkowski, „Homoseksualizm”, Inter esse, Kraków 2003, s. 288. Notabene, właśnie psychoanalitycy, skądinąd tak nieufnie traktowani przez Kościół katolicki, mają w kwestii homoseksualizmu poglądy zbliżone do niektórych „psychologów chrześcijańskich”.
[6] Kard. Carlo Maria Martini, emerytowany arcybiskup Mediolanu, w książce „Credere e Conoscere” (Wierzyć i poznać) napisał: „Uważam, że rodziny należy bronić, ponieważ ona rzeczywiście stabilizuje i utrzymuje trwałość społeczeństwa, a także spełnia fundamentalną rolę, jaką jest wychowanie dzieci. Ale nie jest złem, aby zamiast przypadkowego współżycia homoseksualnego dwie osoby miały jakiś stopień stabilizacji i dlatego w tym sensie państwo mogłoby również ich wesprzeć. Myślę jednak, że para homoseksualna jako taka nigdy nie może być całkowicie zrównana z małżeństwem” (tłum. z ang. Dariusz Piórkowski SJ), zob. www.deon.pl/religia/kosciol-i-swiat/komentarze/art,820,kardynal-martini-a-homoseksualizm.html.
Kard. Christoph Schönborn, metropolita Wiednia, w kwietniu 2012 r. potwierdził wybór do rady parafialnej w austriackim Stützenhofen homoseksualisty żyjącego w zarejestrowanym związku partnerskim. Zaangażowany społecznie niepełnosprawny 26-letni Florian Stangl został wybrany na członka rady parafialnej przeważającą liczbą głosów (96 na 142). Jednakże proboszcz parafii odmówił mu objęcia stanowiska. Początkowo decyzja proboszcza została utrzymana przez kurię wiedeńską, która oświadczyła, że życie w rejestrowanym związku partnerskim uniemożliwia służenie w radzie parafialnej. Później jednak metropolita zaprosił Stangla i jego partnera na lunch, i po rozmowie stwierdził, że jest pod wrażeniem pokory i sposobu zaangażowania młodego homoseksualisty w służbę innym. W związku z decyzją metropolity proboszcz poprosił o zwolnienie go z pełnionej funkcji. Zob. Obraz Tygodnia, „Tygodnik Powszechny“ nr 17 z 22.04.2012.
[7] Zob. Marek Liciński, wypowiedź w dyskusji redakcyjnej na łamach kwartalnika „Więź” 2013, nr 2. („Moda na Franciszka, moda na ubogich”. Ze Zbigniewem Drążkowskim i Markiem Licińskim rozmawiają Katarzyna Jabłońska i Zbigniew Nosowski).
[8] „Nie błądzi ten, kto nie wyruszył w drogę”. Z duszpasterzem osób homoseksualnych rozmawiają Dominika Kozłowska i Marzena Zdanowska, „Znak” 2013, nr 4.|
[9] Zob. Sebastian Duda, „Wyjść jak Jonasz do Niniwy. Nowy Kościół papieża Franciszka?”, „Więź” 2013, nr 2.
[10] Katechizm Kościoła Katolickiego (n. 2358) w pierwotnej wersji z roku 1992 (wydanie polskie Pallottinum, Poznań 1994) mówił na ten temat: „Znaczna liczba mężczyzn i kobiet przejawia głęboko osadzone skłonności homoseksualne. Osoby takie nie wybierają swej kondycji homoseksualnej; dla większości z nich stanowi ona trudne doświadczenie”. Corrigenda (poprawki), wprowadzone w roku 1998 przez Kongregację Nauki Wiary i obowiązujące obecnie, przynoszą w tym miejscu nieco inne sformułowanie: „Pewna liczba mężczyzn i kobiet przejawia głęboko osadzone skłonności homoseksualne. Skłonność taka, obiektywnie nieuporządkowana, dla większości z nich stanowi trudne doświadczenie”. Porównanie dwóch wersji tekstu rodzi szereg pytań. Czy pierwsze ujęcie problemu było niesłuszne? Co zadecydowało o zmianie tekstu i usunięciu ważnego zdania: „Osoby takie nie wybierają swej kondycji homoseksualnej”? Czy zmianę należy rozumieć w ten sposób, że niektóre osoby o głęboko osadzonych skłonnościach homoseksualnych wybierają swoją kondycję? Jeśli tak, to w jakim sensie?