Gdy chce się zachęcić ludzi do pomagania innym, nie można epatować nieszczęściem.

Czy fundacje powinny i mogą działać wspólnie? Mojej fundacji w ogóle by nie było, gdyby nie inne fundacje. Ja „wypączkowałam” z Fundacji im. Brata Alberta prowadzonej przez ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego, bo zajęłam się częścią jego podopiecznych i nadal razem współpracujemy. Korzystam też z mądrości i doświadczenia mistrzów – takich jak Janka Ochojska, Jurek Owsiak czy Ewa Błaszczyk. Wspieramy się, dzwonimy do siebie, gdy mamy jakiś problem, pomagamy sobie, radzimy się, co mamy zrobić. Bez życzliwości innych fundacji w ogóle bym sobie nie poradziła i chyba bym w ogóle nie odważyła się założyć swojej.

Nasza współpraca nie jest jednak prosta. Przepisy prawne nieraz utrudniają czy wręcz uniemożliwiają współpracę. Organizuję na rynku w Krakowie Festiwal Zaczarowanej Piosenki i zawsze mam jeden koncert w niedzielę transmitowany przez telewizję. Zdaję sobie sprawę z tego, że są fundacje, którym trudno się przebić do mediów, a ja mam akurat tę okazję. Podczas koncertu „Razem Mimo Wszystko” promuję inne fundacje. Każda ma tam swoje pięć minut. Wymyśliłam, że zrobię akcję SMS-ową podczas tego koncertu, wybierając fundację, którą będziemy promować. Jakąś najbiedniejszą. Myślałam np. o fundacji „Kruchy Dotyk”, zajmującej się osobami genetycznie chorymi na odklejanie się naskórka, którzy wyglądają jak trędowaci. Okazało się jednak, że nie ma takiej prawnej możliwości, bo każda fundacja musi indywidualnie rozliczyć się z każdej wydanej przez nią złotówki, takie nałożono na nas obowiązki prawne. Musiałam z tego zrezygnować i pomóc im inaczej.

Przede wszystkim musimy działać spokojnie i nie ścigać się. Trzeba wiedzieć, komu chce się pomagać, trzeba widzieć cel. Ja może bym nie miała takiej siły – bo przecież jestem aktorką, pracuję w teatrze, mam studentów oraz  jestem wolontariuszką w fundacji – ale wyraźnie widzę mój cel. Wiem dla kogo utworzyłam tę fundację: dla osób niepełnosprawnych intelektualnie. Jeżeli taki człowiek jest szczęśliwy choćby przez chwilę, jeżeli jest uśmiechnięty, wtedy wiem, po co to wszystko robię i wiem, że warto.

Utworzyłam fundację dla osób niepełnosprawnych intelektualnie. Jeżeli taki człowiek jest szczęśliwy choćby przez chwilę, jeżeli jest uśmiechnięty, wtedy wiem, po co to wszystko robię i wiem, że warto

Pomaganie sprawia mi taką radość, że z tego rodzi się cierpliwość. Zrozumiałam, że gdy chce się zachęcić ludzi do pomagania innym, nie można epatować nieszczęściem, nie można straszyć, nie można mówić „jesteś zły”. Nic na siłę. Życie to droga i każdy idzie po niej inaczej, bo inaczej dojrzewa. Zawsze mówię: „przyjdzie taki czas, że pan przyjdzie i pomoże”. I kiedy ludzie widzą, jaką radość sprawia mnie osobiście, moim wolontariuszom i moim pracownikom to, że pomagamy innym – to ich naprawdę przyciąga. To radość przyciąga.

Jeżeli pokazujemy, jak wiele radość daje nam dawanie czegoś innym, a nie tylko otrzymywanie – to krąg ludzi pomagających rośnie. Jest naprawdę lepiej i świadomość pomagania jest coraz większa. Nie wolno się poddawać zniechęceniu. Otrzymuję czasem anonimy w stylu: „Gdyby pani faktycznie chciała pomagać, to by się pani tym publicznie nie chwaliła”. Ale przecież my mamy prawny obowiązek publikowania rozliczeń. A zresztą prawda jest taka, że najpiękniejsze są chwile, gdy komuś pomagam, a nikt na to nie patrzy – na przykład gdy jestem wśród swoich podopiecznych i robię z nimi spektakle. Wtedy jestem naprawdę szczęśliwa.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 5-6/2012. Został opracowany w oparciu o wypowiedzi Anny Dymnej w dyskusjach panelowych podczas IX Zjazdu Gnieźnieńskiego „Europa obywatelska. Rola i miejsce chrześcijan” w 2012 roku.