Moje ulubione słowa Jezusa to: „Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci Moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25,40). Tam nie ma gwiazdki ani przypisu: w takiej a takiej sytuacji ta zasada nie obowiązuje.

Fragment książki ks. Jana Kaczkowskiego i Katarzyny Jabłońskiej „Szału nie ma, jest rak”, Wydawnictwo Więź, Warszawa 2013

Dewizą w mojej pracy kapłańskiej są dla mnie słowa z Ewangelii św. Jana: „Nie utraciłem żadnego z tych, których Mi dałeś” (J 18,8). To jest zobowiązanie, żeby obok żadnego człowieka, który jest obok, nie przejść obojętnie.

Jakiś czas temu, jeszcze zanim zachorowałem, przez cały dzień chodziła za mną jedna dziennikarka, która jak refren powtarzała: dlaczego ksiądz to robi? Byłem mocno wściekły i sprzedawałem jej jakieś banały. W końcu rąbnąłem prosto z mostu: bo ja naprawdę mocno wierzę, że Pan Jezus NAPRAWDĘ (napisz to wielkimi literami) zjednoczył się z każdym człowiekiem. No i jeszcze te moje ulubione słowa Jezusa: „Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci Moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25,40). Według mnie Jezus ma tu na myśli wszystko, co robimy, w każdym wymiarze naszego życia. I tam nie ma gwiazdki ani przypisu: w takiej a takiej sytuacji ta zasada nie obowiązuje. Uważam, że właśnie to jest prawdziwe chrześcijaństwo. Do tego wzywa Chrystus, który wisząc na krzyżu, wybaczył łotrowi. Nie ma wyjątków. No, kurwa mać, albo się w to wierzy, albo to jest mit! Trzeba wszystko postawić na jedną kartę. A jeśli to zrobimy, to już nigdy nie wolno nam nikogo lekceważyć, nigdy nie wolno nam nikim pogardzać. Można się z drugim spierać, kłócić, nawet wkurzać na niego, ale nie wolno nim pogardzać.

(…) Pogarda to najgorsza z postaw w stosunku do drugiego człowieka. Bardzo mi są bliskie słowa piosenki śpiewanej przez Kaczmarskiego i Gintrowskiego do słów „Modlitwy o wschodzie słońca” Nataniela Tenenbauma, to słynne: „Co postanowisz, niech się ziści. / Niechaj się wola Twoja stanie. / Ale zbaw mnie od nienawiści. / Ocal mnie od pogardy, Panie”. Pogarda oburza mnie na każdym polu. (…)

Szału nie ma, jest rak

Ks. Jan Kaczkowski i Katarzyna Jabłońska, „Szału nie ma, jest rak”, Wydawnictwo Więź, Warszawa 2013

Pamiętam taką sytuację w szkole: końcówka komuny, apel, stoimy na baczność. (…) Mama ubrała mnie w jakieś czerwone kapcie, a w takich nie wolno było chodzić. Wystawili na środek mnie i jego. On był w takiej niewyględnej kurtce, nie miał teczki – książki przyciskał do siebie pod tą kurtką. Nasza wychowawczyni – okropna baba, prawie esesmanka – mówi z pogardą: „Spójrzcie na nich! Czy tak wyglądają uczniowie?”. Odsłoniła tę jego podniszczoną kurtkę. Wypadły książki i pamiętam jak dziś – wypadło też autko, bez kółka. I ono zaczęło się kręcić. Pamiętam ryk tego całego apelu, ten obrzydliwy śmiech. Do tłumu nie można mieć pretensji, ale do kretynki nauczycielki – tak.

Pamiętam, że zrobiło mi się strasznie przykro. (…). Ten chłopak – na imię miał Artur – został bardzo poniżony. Później przez całą podstawówkę był strasznym rozbójem.

Tamto zdarzenie wywołało we mnie radykalny sprzeciw, to był oczywiście tylko dziecięcy bunt, ale bardzo silny. Pierwszy świadomy sprzeciw wobec zła i poniżania innych. Oczywiście, w tamtym momencie miał wymiar jedynie wewnętrzny, ale naznaczył mnie na przyszłość.

To była druga klasa podstawówki. Przypadek Artura ma w moim życiu symboliczne znaczenie – to był mój początek braku zgody na zło. Potem często jako ten słaby starałem się występować w obronie najsłabszych.

(…) Nigdy się nie tłukłem – w tej kwestii byłem kompletna dupa. Ale od zawsze miałem strasznie cięty język. To była moja obrona. Nie tylko wobec kolegów, ale i nauczycieli. Tak już jest, że walę prawdą między oczy.

Fragment książki ks. Jana Kaczkowskiego i Katarzyny Jabłońskiej „Szału nie ma, jest rak”, Wydawnictwo Więź, Warszawa 2013