Dlaczego Warszawy zazwyczaj się nie lubi? Dlaczego tak często budzi ona niechęć i szyderstwo?

Są po temu co najmniej dwa powody. Pierwszy z nich można by nazwać historyczno-urbanistycznym. Liczne świadectwa dowodzą, że Warszawa przed wojną była miastem ciekawym, niebrzydkim, a w każdym razie z wyrazistym charakterem. Określanie jej mianem „Paryża Północy” może było trochę na wyrost, ale na pewno miało podstawy. Jej charakterystycznym rysem czy idiomem wyróżniającym ją spośród innych „mocnych” polskich miast była architektura neoklasycystyczna i „duch oświeceniowy”. Jeśli Gdańsk i Wrocław były i pozostały w jakiejś mierze gotyckie, a Kraków jest renesansowy, to Warszawa była właśnie neoklasyczna. Nic dziwnego. Największy jej rozwój przypadł na przełom XVIII i XIX wieku. Idiom ten najpełniej oddał w swym malarstwie Canaletto.

O charakterze miasta zadecydował zatem, można powiedzieć, duch stanisławowski. Łazienki, szlak i zamek Królewski, Uniwersytet i Akademia Sztuk Pięknych, liczne, rozrzucone po mieście pałace, wielkomiejska zabudowa Śródmieścia i malownicze, choć ubogie Powiśle z dzikimi nabrzeżami – oto w największym skrócie wizja tamtej Warszawy. W tym sensie było to miasto – w skali Polski – jedyne w swoim rodzaju. Niestety, zostało ono prawie całkowicie zniszczone w czasie drugiej wojny, najpierw podczas kampanii wrześniowej, a później po Powstaniu…

Soc i destrukcja miasta

Po wojnie istniała szansa rekonstrukcji przynajmniej najważniejszych centralnych dzielnic, były nawet rozbudowane plany takiego przedsięwzięcia. Nie doszło jednak do tego, i to bynajmniej nie ze względów finansowych (jak wiadomo, rekonstrukcja zawsze jest droższa od budowy rzeczy nowych), lecz – ideologicznych. Komuniści, służący Rosji Sowieckiej, doskonale zdawali sobie sprawę, że Warszawa w dawnym kształcie zawiera w sobie duch powstań narodowych i „miazmaty Zachodu”, że jest poniekąd symbolem okresu międzywojennego, który przedstawiano w najgorszym świetle. I dlatego właśnie, z pełną premedytacją, postanowili to miasto zniszczyć. Odsunięto plany szerokiej odbudowy, rekonstrukcję ograniczono do Starego Miasta i fragmentów królewskiego szlaku. Całe centrum postanowiono zrobić na modłę sowiecko-moskiewską.

Jak w tej wizji Warszawa miała wyglądać – można zobaczyć na rysunkach zamieszczonych w sławetnej pomnikowej publikacji pt. „Sześcioletni plan odbudowy Warszawy”. Do tego, jak wiemy, nie doszło; udało się to zrealizować w niewielkim wymiarze: głównie chodzi o MDM, Muranów i ulicę Andersa (poprzednio Nowotki). Niemniej, Pałac Kultury postawiono. I to, moim zdaniem, ostatecznie przypieczętowało destrukcję Warszawy. Bo Pałac całkowicie zdezorganizował Centrum. Gdy powstał, nie można było już po staremu odbudować ściany wschodniej ulicy Marszałkowskiej.

Warszawa przedwojenna była miastem mieszczańsko-plebejskim (też podobnie jak Paryż). Zarówno część „pańska”, jak i „ludowa”, były autentyczne i wyraziste

Potem przyszły lata gomułkowskie i gierkowskie, które dopełniły dzieła zniszczenia. Chodzi mi o skrajnie chaotyczną, szkaradną i tandetną zabudowę Śródmieścia i dziesiątki nowych „socjalistycznych” dzielnic zbudowanych z tzw. wielkiej płyty. Powstało miasto wyjątkowo brzydkie, wręcz odstręczające, a w najlepszym razie nijakie i niewygodne dla mieszkańców.

Drugi powód ma charakter społeczny. Warszawa przedwojenna była miastem mieszczańsko-plebejskim (też podobnie jak Paryż). Zarówno część „pańska”, jak i „ludowa”, były autentyczne i wyraziste – to z kolei świetnie odmalował Tuwim w „Kwiatach polskich”. „Lud warszawski” miał wyrazisty charakter, był honorowy i miał swój fason. I chełpił się swoją miejskością. Po wojnie doszło najpierw do kolosalnej migracji ludności, a następnie do niebywałej wprost degradacji. Duża część mieszczaństwa i inteligencji zginęła lub wyemigrowała, a „lud” – zdziczał. Miasto zalała fala szumowin ze wsi – ludzi nieokreślonych, pozbawionych korzeni i tradycji. I niestety oni to właśnie – oni i ich potomstwo, wychowane już w blokowiskach – decydują o obliczu ludzkim Warszawy. Stolica – niegdyś wzór manier, elegancji i wykwintu – jest dziś grubiańska, cwaniacka, chamska. Nic dziwnego, że się jej nie lubi.

Na szczęście, Żoliborz…

Wątpię, aby te głębokie procesy dało się odwrócić. Ale na szczęście Warszawa ma Żoliborz. To miejsce sprawia, że sam nie porzucam tego miasta, chociaż każdy powrót z Krakowa napawa mnie rozgoryczeniem, że żyję tu, a nie tam. To Żoliborz jest – co tu dużo mówić – moją małą prywatną ojczyzną i wciąż nie potrafię się go wyprzeć.

Stary Żoliborz tworzyły pierwotnie trzy enklawy: osiedla oficerskie (rejon ulicy Śmiałej), osiedla urzędnicze i dziennikarskie (rejon ulic Dziennikarskiej i Promyka) oraz kolonie Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej (rejon ulic Słowackiego i Krasińskiego). Przed wojną to wszystko dopiero zaczynało żyć, jeszcze się w pełni nie zagospodarowało i nie rozkwitło; w czasie wojny – zdziczało, a po wojnie – szybko nie ruszyło z miejsca. Wskutek tego obraz dzielnicy, jaki odsłonił się przed moimi oczami w dzieciństwie, miał w sobie coś z dawnego, wręcz dziewiętnastowiecznego miasteczka. Miejskość przemieszana z wiejskością. Wyspy cywilizacji otoczone dzikimi, niczyimi polami. Wystarczyło zejść kilka kroków ze szlaku, a już się trafiało w jakieś malownicze, zagadkowe lub „melancholijne” chaszcze. Współgrały z tym dwa spore tereny ogródków działkowych: jeden na Żoliborzu dolnym przy ulicy Promyka (te przetrwały do dziś), drugi – na górnym (te ostały się tylko w nazwie „Sady Żoliborskie”, osiedlu wybudowanym na tym terenie na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych). A przy małych, zapuszczonych domach mieszkalnych lub jednorodzinnych, w których w owym czasie mieszkało na ogół parę rodzin, często widziało się warzywniaki, gołębniki, a nawet kurniki itp.

Willa przy ul. Śmiałej na Żoliborzu w Warszawie

Willa przy ul. Śmiałej na Żoliborzu w Warszawie w 1973 roku. Fot. Grażyna Rutowska/NAC

Wszystko to razem tworzyło klimat cichego ubóstwa, zgrzebności, swojskości. Mała skala. Autentyczna (czyli nie „socowska”) ludowość – taka, jaką opisuje, na przykład, Tuwim w „Kwiatach polskich” (wyprawa na Bielany). Pojawiające się od czasu do czasu atrakcje dla ludu: wesołe miasteczka (w miejscu, gdzie dzisiaj stoi Urząd Gminy); strzelnice, w których można było zdobyć kwiat zrobiony z bajecznie kolorowych piórek; budki z piwem i oranżadą. Raz nawet przyjechał cyrk, który stanął nieopodal placu Wilsona (tam, gdzie teraz stoi szkoła) i po którym pozostały walające się przez wiele miesięcy ogromne kości – podobno lwa, który tam akurat zdechł. Słowem, świat trochę jak z wczesnych filmów Felliniego.

Jednocześnie ten nieco peryferyjny, swoiście prowincjonalny świat (wyraźną granicę, oddzielającą Żoliborz od „prawdziwego” miasta, stanowiła linia kolejowa prowadząca do Dworca Gdańskiego), w dużej mierze zamieszkiwała inteligencja, i to najlepszej próby. Można wymienić długą listę znanych osobistości świata nauki i kultury – profesorów, pisarzy, artystów – którzy tutaj mieszkali. Profesorostwo Ossowscy, Witold Kula, Jan Strzelecki i Jerzy Jedlicki; spory odłam rodu Kreczmarów (z Jerzym Kreczmarem i Zbigniewem Zapasiewiczem na czele); Igor Newerly i jego syn Jarosław Abramow (który ostatnio dał świetny portret dzielnicy w swoich wspomnieniowych książkach „Lwy mojego podwórka” i „Lwy wyzwolone”); Stanisław Dygat z Kaliną Jędrusik; Wiktor Woroszylski; Juliusz Gomulicki i malowniczy fircyk Andrzej Dobosz; reżyserzy Bohdan Korzeniewski i Andrzej Munk (zanim nie przenieśli się na daleki Mokotów lub Nowe Miasto); Andrzej Wajda i Witold Lutosławski. No i jeszcze – trudno go tu pominąć – Jacek Kuroń, którego mieszkanie w domu przy ulicy Mickiewicza stało się na wiele lat swoistym centrum już nie tylko Warszawy, ale i całej Polski. Tę listę można by ciągnąć dalej.

Najbardziej lubię wąskie uliczki między ulicą Kaniowską a Czarnieckiego, wokół placu Słonecznego (w jego pobliżu mieszka obecnie pan Blikle) i przyglądać się ostatnim budynkom nie poddanym jeszcze renowacji. Jednym z nim jest, na przykład, willa na tyłach parku Żeromskiego, wybudowana na początku lat trzydziestych dla marszałka Piłsudskiego. Jego adiutant miał mieszkać w pobliżu, na rogu Czarnieckiego i Krasińskiego; wybudowano tam nawet stajnię dla konia, która w postaci przybudówki przetrwała do dziś. Obawiam się jednak, że to ostatnie jej chwile, bo podobno ktoś tę posesję wykupił i pewnie wszystko wyburzy lub radykalnie zmieni…

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 4/2006.