Czy nowe „Muzeum Ziem Wschodnich Dawnej Rzeczypospolitej” stworzy przestrzeń spotkania różnych pamięci narodów regionu, czy też będzie inspirować postawy nacjonalistyczne?

W moim rodzinnym domu historia Kresów obecna była od zawsze. Pradziadek urodził się w Rzeczycy, prababcia w Homlu. Dziadek w Wilnie, babcia we Lwowie. Przez całe moje dzieciństwo dziadek wielokrotnie wspominał czasy przedwojenne, a także wojenne przeżycia, związane nieraz z Aleksandrem Krzyżanowskim – „Wilkiem”, legendarnym dowódcą wileńskiej Armii Krajowej, a prywatnie wujkiem. 

Dopiero kiedy dorosłem, zdałem sobie sprawę z tego, że w rodzinnych kresowych opowieściach brakuje choćby Litwinów. Wynikało to zapewne z faktu, że w latach 30. XX wieku, latach dorastania mojego dziadka, dwie trzecie mieszkańców Wilna stanowili Polacy, w mniejszości byli tam głównie Żydzi (blisko jedna trzecia), lecz także Rosjanie, Białorusini i w końcu Litwini – z którymi dziadek nie miał po prostu wiele do czynienia.

Ich nieobecność w rodzinnej pamięci to też zapewne efekt wrogości, która brała się z polsko-litewskiego konfliktu o Wilno. Miasto było dla Litwinów symbolem państwowości, a dla Polaków narodową świętością – i zostało przez nich wcielone do II Rzeczypospolitej.

Spotkanie albo szowinizm

A dziś, po latach? Skoro istnieją odrębne – a często przeciwstawne, bo wynikające z międzynarodowego konfliktu – pamięci historyczne w Polsce i na Litwie, najsensowniejsze pozostaje spotkanie z drugą stroną. Podzielenie się z Litwinami własną opowieścią i wysłuchanie ich rodzinnych przekazów. Okaże się wtedy na przykład, że Litwinom hasło „Litwa od morza do morza” jest tak samo dobrze znane jak „Polska od morza do morza” Polakom. A gdyby zapytać Ukraińca, co o tym sądzi?

Inna droga niż droga spotkania wiedzie przez nostalgię i – w skrajnym wypadku – narodowy szowinizm. Niestety: i w Polsce, i na Litwie zdarzają się osoby i grupy, które wybierają właśnie tę drogę. Ich wybryki bywają spektakularne jak podczas meczu piłki nożnej Lecha Poznań z Żalgirisem Wilno w 2013 roku, gdy polscy pseudokibice wywiesili transparent „Litewski chamie, klęknij przed polskim panem”.

Obecnie w przestrzeń dialogu pamięci Polski i Litwy, lecz co najmniej także Polski i Białorusi oraz Polski i Ukrainy, wchodzi polskie państwo. Kilka dni temu przy okazji obchodów 450. rocznicy zawarcia unii lubelskiej Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego pokazało wstępne założenia dla „Muzeum Ziem Wschodnich Dawnej Rzeczypospolitej” – oddziału Muzeum Lubelskiego w Lublinie (nazwa w cudzysłowie to na razie tylko pomysł). Przyszłe muzeum będzie obejmowało swoim zainteresowaniem czasy od drugiej połowy X wieku do utraty ziem wschodnich Rzeczypospolitej po zakończeniu drugiej wojny światowej. Co z tej aktywności państwa wyniknie?

Gdańska lekcja

– Mądrą politykę historyczną państwo może realizować przez systematycznie i mądrze działające instytucje. Taką instytucją będzie nowe muzeum poświęcone Kresom – powiedział wiceminister kultury Jarosław Sellin w Lublinie. Podkreślił ogromną społeczną potrzebę utworzenie muzeum poświęconego tematyce kresowej, która miała się wyrażać w licznych postulatach zgłaszanych do jego ministerstwa. Po słowach wiceministra i po owocach dotychczasowej polityki historycznej Prawa i Sprawiedliwości można już mieć poważne powody do niepokoju.

W obecnej Polsce coraz trudniej instytucjom kultury prezentować inną wizję historii niż aprobowana przez obóz rządzący

Wystarczy spojrzeć na Gdańsk. Rzetelnie przygotowane przez zespół prof. Pawła Machcewicza (by nie powiedzieć: imponujące pod wieloma względami) Muzeum II Wojny Światowej zostało przejęte, merytorycznie zdeformowane i zrujnowane wizerunkowo pod kierunkiem wicepremiera i ministra kultury Piotra Glińskiego. Swoje powody wicepremier wyjaśniał bez ogródek w Sejmie. Dla niego było to po prostu „gigantyczne muzeum poświęcone abstrakcyjnej idei uniwersalistycznej wojny”, a zamiast tego „powinno wyrażać podstawowe założenia i kierunki polityki historycznej zgodnej z polską racją stanu”. Mówiąc precyzyjniej, miało w nim „być wyrażone stanowisko tych polityków, którzy obecnie mają mandat społeczny, dotyczące polityki historycznej”. A wystawa stała miała „wpisywać się w oczekiwania społeczne”.

Nie było dla rządzących istotne, że koncepcji MIIWŚ bronili ludzie nauki tak sobie dalecy jak profesorowie Andrzej Nowak i Timothy Snyder, którzy podpisali wspólny list otwarty. Rząd PiS nie zaakceptował istnienia muzeum ze względów ideowych i politycznych.

Polityka historyczna od zawsze jest dla partii Jarosława Kaczyńskiego istotnym narzędziem sprawowania władzy. W myśl zasady, że kto kontroluje przeszłość, kontroluje przyszłość. Niedawne konsekwentne niszczenie dorobku prof. Machcewicza i nękanie jego osobiście dowodzi, że w obecnej Polsce coraz trudniej instytucjom kultury prezentować inną wizję historii niż aprobowana przez obóz rządzący. Od pewnego czasu wicepremier Gliński próbuje wpłynąć na Muzeum Historii Żydów Polskich Polin; na razie nie powołuje wskazanego przez komisję konkursową ponownie na dyrektora prof. Dariusza Stoli. Międzynarodowa awantura o nowelizację ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej z początku ubiegłego roku pokazała dodatkowo, że polskie władze gotowe są prowadzić politykę historyczną na ślepo i bez względu na koszty, w tym na pozycję i obraz kraju na arenie międzynarodowej.

Strach

Tymczasem opowiadanie losów mieszkańców „ziem wschodnich dawnej Rzeczypospolitej”, a właściwie obszarów Rzeczypospolitej Obojga Narodów (choć i to dookreślenie nie oddaje planowanej działalności nowego lubelskiego muzeum), gdzie żywioły narodowe rodziły się nieraz w opozycji do siebie nawzajem wymaga historycznej wrażliwości i rzetelności.

Ludzie nauki to zrozumieli. Warto choćby przywołać owoc międzynarodowej współpracy historyków – publikację „Dialog kultur pamięci w regionie ULB” pod redakcją profesorów Alvydasa Nikžentaitisa i Michała Kopczyńskiego (wydanej w Polsce przez Muzeum Historii Polski w 2014 roku). Polscy i litewscy historycy są teraz w zasadzie zgodni w ocenie wspólnej historii. Elity intelektualne obu krajów położyły fundamenty pod pojednanie między narodami. Niestety – z ich dorobku nie czerpią ani politycy, ani społeczeństwa.

Misją „Muzeum Ziem Wschodnich Dawnej Rzeczypospolitej” mogłoby być inicjowanie spotkania różnych pamięci narodów regionu. Może nią być także realizacja łopatologicznej polityki PiS, a w kolejnym kroku inspirowanie postaw nacjonalistycznych. W ostatnich dniach rozmawiam o nowym muzeum z przyjaciółmi z Litwy i Białorusi, rówieśnikami zainteresowanymi sprawami publicznymi. Boją się.