Jak żyć w Kościele, w którym nawet kapłan pedofil pozostaje bratem?

Od kilku dni noszę w sobie potrzebę napisania tekstu o Kościele, a właściwie o trudnej miłości do Kościoła, o konieczności w nim bycia czy – jak chcą niektórzy – pozostania. Ta konieczność zrodziła się we mnie po krótkiej wymianie zdań na temat „wypychania” z Kościoła. Zdarza się bowiem, że ci, którzy opuszczają Kościół albo stoją przed taką decyzją, mówią, że oni z Kościoła nie odchodzą, że są z niego wypychani, że w takim Kościele, jakim on dzisiaj jest (w Polsce), nie ma już dla nich miejsca.

Szukałem słów, by napisać o trwaniu w Kościele. Nie mogąc zaufać swoim słowom, sięgnąłem do ks. Janusza St. Pasierba.

Miara miłości

W książce „Czas otwarty” (Poznań – Warszawa 1972) – pisanej w gorącym okresie posoborowym – Pasierb pytał: „Ale jak to jest: być w Kościele?”. Szukając odpowiedzi na to pytanie, był realistą. „Można […] doznać w Kościele samotności i cierpień boleśniejszych niż gdzie indziej” – przyznawał. Na potwierdzenie przytoczył wypowiedzi dwóch wielkich myślicieli Kościoła tamtych czasów.

Najpierw ks. Henri de Lubac z jego „Medytacji o Kościele”. Ten późniejszy kardynał, który sam doświadczył zakazu nauczania, tak pisał o Kościele: „Są [w Kościele] możliwe rany głębokie, nie mające analogii w doświadczeniach czysto ludzkich, bo w tej społeczności jedni mają możność dotknięcia drugich aż do miejsca wewnętrznego połączenia ducha z umysłem”. 

Szczególne znaczenie miało dla niego cierpienie spowodowane przez decyzje władzy kościelnej. Dzisiaj – być może – wielu odrzucałoby perspektywę de Lubaka, który deklarował: „Istnieje władza tak silna i dogłębna, że nie wystarczy jej znosić nawet z cierpliwością, ale trzeba przyjąć, i to dobrowolnie, to, co ze strony innej władzy byłoby gwałtem”.

Nie ma Kościoła idealnego. I nie będzie. Świadomość „przeciętności” Kościoła jest według ks. Pasierba warunkiem tego, by się nim pochopnie nie gorszyć

Wtóruje mu cytowany przez Pasierba François Mauriac, który w lipcu 1963 r. na łamach „Le Figaro Litteraire” pisał: „Miarą naszej wierności dla Kościoła jest to, co potrafimy wycierpieć w Kościele i przez Kościół”. I jeszcze raz de Lubac: „Trzeba myśleć, że Kościół nigdy nie daje nam lepiej Chrystusa jak w momentach męki”, i to nie Jego męki, ale naszej męki spowodowanej przez Kościół. „Wtedy pozostają nam: cierpliwość i miłujące milczenie”.

A co z wolnością w Kościele? „Dorośli bez niej się duszą, dzieciom rozrywa ona słabe płuca” – jak zauważa Pasierb. Na pytanie o wolność w Kościele Pasierb (a pisał to, gdy trwał sobór i – jak sam zauważa – drzwi Wieczernika zostały otwarte) przytacza swoją rozmowę z ks. Hansem Küngiem, któremu zarzucono, że „obnażył słabości Kościoła”: „[…] powiedzmy sobie raz szczerze: kto ma mówić o słabości Kościoła jak nie katolicy?”. Żyjemy w czasach, gdy chyba już (prawie?) nikt nie neguje tej tezy.

Kościół, który mnie znosi

Pasierb nie poprzestał na diagnozowaniu cierpień spowodowanych przez Kościół. „Trzeba jednak pomyśleć choć czasem o tym – pisał – ile przez nas cierpi Kościół, czyli wspólnota wierzących, ta wielka, powszechna i małe wspólnoty chrześcijańskie, których jesteśmy członkami”. Ksiądz poeta znów cytuje Erazma, który sam nie szczędził krytyki Kościołowi: „Dlatego znoszę ten Kościół, dopóki nie zobaczę lepszego, Kościół zaś zmuszony jest zapewne również znosić i mnie, dopóki lepszym się nie stanę”. Nie ma Kościoła idealnego. I nie będzie. Świadomość „przeciętności” Kościoła jest według Pasierba warunkiem tego, by się nim pochopnie nie gorszyć. Nie gorszyć się Kościołem, którym rządzą przełożeni „o zwykłej inteligencji i względnej świętości”. I nie szukać Kościoła złożonego z aniołów i rządzonego przez anielskich ludzi.

W tym miejscu trudno nie postawić sobie pytania o miejsce grzesznika w Kościele. Pasierb zauważa, że „każdy klub pozbędzie się z uczuciem ulgi człowieka niemoralnego”. A co ma zrobić Kościół z grzesznikiem w swoim łonie? „Grzesznik jest w Kościele właściwym człowiekiem na właściwym miejscu – tak jak chory jest na miejscu w klinice czy w poczekalni lekarza” – pisał na długo przed papieżem Franciszkiem. Nie znaczy to oczywiście, że Kościół ma poprzestać „na pokropieniu [grzesznika] wodą święconą i pozostawieniu go w półdrzemce, w czasie której mógłby spokojnie obrastać w pleśń, kołtuństwo, samozadowolenie”. Przestrzega jednak przed wielkopańskim „zniżaniem się” do poziomu grzesznika z poczuciem pełnej wzgardy wyższości: „Ludzie, którzy w Kościele posługują grzesznikom, muszą wiedzieć, że posługują swoim braciom”. I jeszcze: „Można się wczuć w wasze obrzydzenie i podniosły wstręt, z jakim traktujecie grzeszników, ale powiedzcie, dokąd ci ludzie mają pójść? Do diabła?!”.

Związek zawodowy zbawionych?

Jak żyć w Kościele, w którym nawet kapłan pedofil pozostaje bratem? I nie może „pójść do diabła”? Dlaczego z takiego Kościoła nie odejść? Pasierb odwraca perspektywę. Bycie i niebycie w Kościele nie jest naszym prawem, z którego możemy dowolnie korzystać. To by oznaczało naszą władzę nad Kościołem. „Być w Kościele z pokorą. Nie mamy żadnego prawa tu być, poza tym, które daje nam krew Jezusa. Jesteśmy zaproszeni na ucztę”. I to jest według niego istotą naszego trwania: obecność na uczcie albo rezygnacja. Jezus wciąż zaprasza na ucztę, której nie da się urządzić poza Kościołem. „Nie odchodź z Kościoła! – cytuje Pasierb Jana Chryzostoma. – Żadna potęga nie ma siły. Twoja nadzieja – to Kościół. Twoje zbawienie – to Kościół. Twoja ucieczka – to Kościół”.

Kościół – jak mawiał Pasierb – nie jest „związkiem zawodowym zbawionych”. Nie można się z niego wypisać i przestać płacić składki. Kościół dla Pasierba to miejsce, gdzie człowiek powinien „poczuć się zakłopotany i zawstydzony rozrzutnością Boga”. Co więcej, ta rozrzutność dotyka najpierw jego samego. „Nic chyba tak nie sprzyja odkryciu w siebie grzesznika, jak wejście i pobyt w Kościele”. Opuszczają go zgorszeni „sprawiedliwi” – czyli ci, którzy się dobrze mają, a na pewno (jak im się wydaje) lepiej od tych, co pozostają.

A ja właśnie pozostaję. Bo tylko tu, w Kościele, czuję się u siebie. Grzesznik między grzesznikami.