Życie zrobiło z niego bohatera i twardego człowieka, ale z charakteru taki nie był – spotkania z ojcem, Aleksandrem Krzyżanowskim – „Wilkiem”, wspomina Olga Krzyżanowska.

Fragment książki „Olga, córka Wilka”, ostatniej rozmowy z Olgą Krzyżanowską, Magdaleny Krzyżanowskiej-Mierzewskiej i Aldony Wiśniewskiej, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2019

Magdalena Krzyżanowska-Mierzewska, Aldona Wiśniewska: Dla większości ludzi Aleksander Krzyżanowski to generał „Wilk”, bohater, legendarny dowódca wileńskiej Armii Krajowej. Tylko dla ciebie to tata – byłaś jego jedynym dzieckiem. Zdarzyło ci się kiedyś płakać ojcu w rękaw?

Olga Krzyżanowska: Niczego takiego nie pamiętam. Nie byłam zresztą płaczliwa. Tatę wspominam przez pojedyncze obrazy: koszary w Bydgoszczy, bloki w sosnowym lesie stojące obok siebie. Mieszkały w nich rodziny oficerów. Mam w oczach taką scenę: tata wraca z pracy na obiad, idzie w kożuszku wojskowym, wysoki, szczupły, zdjął czapkę, a ja siedzę w oknie i macham do niego. I inną, śmieszną. Musiałam być bardzo mała, chorowałam. Leżę w łóżku, a tata ubrany tylko w gatki skacze z jednej nogi na drugą, tańczy i śpiewa: „Co tata winien, że jest taki śliczny? Co tata winien, że ma taki wdzięk?!”. To była jakaś przedwojenna piosenka kabaretowa. (…)

Żadnego wojskowego drylu, w jakim oficerowie wychowują dzieci?

– Nie. Ojciec nie był takim człowiekiem. Stąd też chyba jego nimb u ludzi z Armii Krajowej. Pułkownik i dowódca, ale miał w sobie – jak mi mama opowiadała – ciepło. Później, gdy mieszkaliśmy w Tarnopolu i miałam osiem-dziewięć lat, w każdą niedzielę chodziłam z tatą do koszar i karmiliśmy konie. Tata mnie uczył: „Nie bój się. Śmiało podchodź. Jak będziesz płasko trzymać rękę, koń ci nic nie zrobi. Ale jak podwiniesz palce, to cię może pyskiem skubnąć”. Trochę się bałam koni, ale podchodziłam. Sama chciałam, nie dlatego, że mi kazał. Nie pamiętam ojca jako człowieka twardego czy zasadniczego. Kiedy odwiedzał mnie w sanatorium, chodziliśmy na ciastka, lody, biegaliśmy po parku. (…)

Nie przypominam sobie, żeby ktoś w domu podniósł na mnie głos. Byłam spokojnym dzieckiem, nie sprawiałam większych kłopotów. Pamiętam za to bardzo dobrze uczucie oparcia, miłości ze strony rodziny.

Nie buntowałaś się, że mama i tata nie są razem?

– Było mi czasami smutno. Ale nie miałam wrażenia, że w domu nagle zabrakło taty, bo wcześniej często wysyłano mnie do sanatorium. Nigdy nie widziałam rodziców kłócących się, nie słyszałam ich mówiących o sobie nie tylko źle, ale choćby niechętnie. Ojciec, który mógł mieć ogromny żal do matki i na pewno go miał, nigdy nie powiedział, nawet już po wojnie, złego słowa na jej temat. Matka zawsze mówiła: „Nasz rozwód to moja wina, Aleksander jest cudownym człowiekiem. To był mój wybór”. Nie przeżyłam rozstania rodziców jako czegoś złego. A potem przyszła wojna i to po prostu przestało być ważne. Gdy po wojnie ojciec wrócił z obozu w Sowietach i krótko potem, w czerwcu 1948 roku, aresztowało go UB, mama wysyłała mu paczki do więzienia i pieniądze dla jego matki.

Będąc dzieckiem, nie pomyślałaś, że tata cię opuścił?

– Nigdy. Kiedy tylko mógł, przyjeżdżał. Nawet tuż przed wrześniem 1939 roku, gdy byłam na wakacjach na wsi. To wtedy przywiózł mi rower. Mamy zdjęcie zrobione razem. Tak właśnie wyglądał tata w cywilnym ubraniu. Siedzimy sobie na trawie. Pogodny, roześmiany. Życie zrobiło z niego bohatera i twardego człowieka, ale z charakteru taki nie był.

Życie nie z każdego robi bohatera.

– Musiał mieć coś wyjątkowego w sobie. Ludzie z Wilna, którzy stykali się z nim, zawsze mówią o nim z wielką sympatią i czcią. (…)

Ta dziewczynka, którą byłaś w czasie okupacji. Pamiętasz ją jeszcze? Miałaś wtedy na nazwisko…

– Jolanta Białowicka. Bardzo ładne nazwisko. Takie papiery dostałam. Po aresztowaniu mamy najpierw mieszkałam u ciotki Magdy. Potem uznano, że tam za dużo się dzieje różnych rzeczy związanych z konspiracją. To było zbyt niebezpieczne. Ciągle mnie więc przenosili do przyjaciół matki albo ojca. Ostatecznie oddano mnie do Milanówka, do sióstr, które prowadziły szkołę z internatem. To były urszulanki szare. (…)

W czerwcu 1944 roku przyjechał do Warszawy ojciec. Spotkaliśmy się wtedy ostatni raz przed Powstaniem. Dziś wiadomo, że stawił się w Warszawie na odprawę Komendy Głównej, ostatnią przed operacją „Ostra Brama” w Wilnie, ale tego dowiedziałam się po wojnie.

Przyjechał do Milanówka. „Siostro, przyjechał do mnie wuj, czy mogę do niego wyjść?” – spytałam. A siostra na to: „Jaki wuj?”. „No, mój wujek…”. Nie mogłam powiedzieć, że tata. Byłam pod obcym nazwiskiem, nauczona, że się tego nie mówi. Siostra pyta ostrożnie: „Twój wuj, ach tak. Czy on młody, czy starszy?”. Pomyślała, że to może jakiś młodzieniec. „Stary jest”. „Jola chce wyjść do jakiegoś pana” – oświadczyła siostra i poszła tatę zobaczyć, upewnić sie, czy nie chodzi o jakieś, uchowaj Boże, zdrożności. Wraca i mówi: „No, moje dziecko, on wcale nie jest taki stary!”. A dla mnie pięćdziesięcioletni mężczyzna to był już starszy człowiek. Pilnowały nas, dbały o nas. Ciepło je wspominam.

Rzuciłaś się tacie na szyję?

– Skąd! Wiedziałam, że takich rzeczy się nie robi. Przywitałam się jak z wujkiem. Uczciwie powiem, nikt nas zasad konspiracji nie uczył. Rzucać się na szyję? Nawet o tym nie pomyślałam. Nie byłam małym dzieckiem. Miałam już za sobą niezłą szkołę. Mama siedziała na Pawiaku. Widziałam, jak strzelają do ludzi. Chodziliśmy sobie potem z tatą po Milanówku. Mam też zdjęcie, jak idziemy pod rękę, zrobione rok wcześniej, w 1943 roku. Mam na nim taką sukienkę w bratki. Pstryknął je uliczny fotograf na Nowym Świecie. Jest dla mnie cenne, bo tata właśnie taki był.