Pewnego razu odwiedziła redakcję „Tygodnika Warszawskiego” z brulionem wierszy. Kazano jej zgłosić się po paru dniach. „Pani Krystyno, czy pani wie, że pani jest poetką?” – usłyszała na powitanie.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 12/2002.

W poniedziałek, 1 lipca, odebrałem telefon. Dzwonił ze szpitala Krzysztof. „Stało się – powiedział – Mama odeszła”. Byli przy niej najbliżsi, którzy przez wszystkie te krytyczne dni otaczali ją najczulszą opieką. Do ostatniej chwili zachowała pełną przytomność i jasność umysłu. Nie mogła już jeść ani pić, ale prosiła, by po prostu być przy niej i często wodą zwilżać jej usta. Beata, która czuwała akurat przy Matce, w pewnym momencie znikła jej z pola widzenia. „Nie ma, nie ma” – to były ostatnie słowa Poetki. Umarła na rękach córki.

Kilka dni wcześniej i ja czuwałem przy chorej przez parę godzin. Oddychała z trudem. W pewnej chwili doszły mnie niezrozumiałe słowa, jakby w języku greckim. Pochyliłem się, żeby lepiej słyszeć. „Co to znaczy?” – spytałem. „Ziemia przeklęta – powiedziała Krystyna. – Ziemia przeklęta… ludzie dobrzy”. Po jakimś czasie znów zaczęła mówić: „Boli – ale trudno! Już bym… Jak wy jesteście, to jest dobrze… Nie bójcie się! Ja już się nie boję”.

Kiedy odchodziłem, wiedziałem, że to jest pożegnanie.

*

Krystyna Konarska-Łosiowa urodziła się 27 marca 1910 roku w Kluczewsku (województwo kieleckie, obecnie świętokrzyskie), w rodzinie ziemiańskiej. Wśród zasłużonych dla Polski przedstawicieli jej rodu są ksiądz Stanisław Konarski, pisarz i reformator szkolnictwa u schyłku I Rzeczypospolitej, założyciel Collegium Nobilium, i Szymon Konarski, słynny emisariusz z 1835 roku, stracony przez Rosjan w Wilnie w wieku 31 lat (portrecik Szymona Konarskiego wisiał zawsze na widocznym miejscu w pokoju Poetki).

Miała dwóch braci. Jako jedyna córka była w rodzinnym domu wyjątkowo kochana i chroniona. Dzieciństwo minęło jej więc – można by sądzić – w sielskich warunkach. Wzrastała, jak sama pisze, „w starym modrzewiowym dworze z łamanym gontowym dachem, z białym gankiem od strony zajazdu i werandą oplecioną dzikim winem od strony ogrodu. […] Za parkiem ciągnęły się rozległe pola otoczone ciemnym półkolem lasu, z drugiej strony, za wsią, były łąki, rzeka i stawy ze stadami dzikich kaczek”. Nic dziwnego, że przez długie lata było to dla niej „jedyne i najpiękniejsze miejsce na ziemi” (dwór w Kluczewsku, po wojnie odebrany właścicielom i zdewastowany, rozsypał się w gruz…).

Wzory wychowania obowiązujące w tamtej epoce i środowisku sprawiły jednak, że Krystyna czuła się bardzo samotna. Bracia jechali do szkół, a ona zostawała w domu pod opieką kolejnych nauczycielek. Zamykała się w świecie własnych przeżyć i pisała po nocach wiersze. Już wtedy doszło do głosu jej uwrażliwienie na los drugiego człowieka i duchowa niezależność. Obserwowała życie dworu i życie wsi, i chociaż ojciec był wielkim społecznikiem i człowiekiem powszechnie szanowanym dla swej prawości, a matka opiekowała się chorymi i „dotąd pozostała we wdzięcznej pamięci tamtych ludzi”, to jednak w oczach wrażliwej i myślącej „panienki” „różnice społeczne były duże i na każdym kroku widoczne. Odczuwałam je jako coś zawstydzającego, co jeszcze pogłębiało moją samotność, gdyż w moim otoczeniu mało kto tak na to reagował” (cytaty pochodzą z autobiograficznego szkicu, opublikowanego w „Granicach życia”).

Dobrze rozumiała się z ojcem. Siadywali często we dwoje nieopodal domu, na wystających z ziemi korzeniach starej sosny i rozmawiali, albo po prostu trwali w milczeniu. „Za mało wtedy mówiłam – wyznała mi Poetka podczas jednej z naszych ostatnich rozmów, na krótko przed śmiercią. – Młodym się wydaje, że starsi mają wszystko i mogą wszystko. A to nie tak”…

Źle znosiła ekskluzywność sfery ziemiańskiej i tęskniła za miastem, gdzie, jak jej się wydawało, ludzie bardziej mogą „być sobą”, gdzie decyduje osobista wartość, a nie antenaci czy majątki. Tymczasem ojciec, któremu nie umiała się przeciwstawić, nie zgodził się na jej upragniony wyjazd na studia. Zamiast tego została odwieziona do Góry Zbylitowskiej, gdzie zakonnice Sacré Coeur prowadziły trzyletnie Seminarium Gospodarcze dla „dobrze urodzonych” dziewcząt. Tu zetknęła się z pogłębionym życiem religijnym, które zaczęło ją urzekać. Myślała nawet o wstąpieniu do zakonu, była jednak „zbyt ciekawa świata i ludzi, a może i trochę zakochana, by podjąć ostateczną decyzję”. Rodzice przecinają te wątpliwości, zabierają ją z klasztoru i wysyłają do upragnionej Warszawy. Uczęszcza tu na wykłady uniwersyteckie z kierunków humanistycznych, jako wolny słuchacz. Wtedy też styka się z „Odrodzeniem”, a za jego pośrednictwem z nauką społeczną Kościoła, bierze udział z entuzjazmem w „Tygodniach Społecznych” na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Drukuje kilka wierszy w katolickiej prasie studenckiej. W 1935 roku debiutuje jako poetka – z inicjatywy przyjaciół wychodzą dwa jej tomiki: „W szklanej kuli” (nakładem „Verbum”) i „Oczy w słońcu”.

Krystyna Łosiowa żyła prawdziwie, a poezja była nieodłączną częścią jej życia. I ta prawdziwość życia, które jest zawsze „trochę krzywe”, była obecna w jej poezji

Przygoda studencka nie trwa jednak długo. Na balu w Warszawie poznaje Adama Łosia, za którego wychodzi za mąż w roku 1936 – „ślub odbył się w kluczewskim kościele, z pochodniami, karetą, orszakiem”. Po podróży poślubnej do Lwowa młodzi małżonkowie wyjeżdżają w Zamojskie, gdzie Adam obejmuje funkcję administratora rozległych majątków swojego stryja. „Pamiętam podróż do Zamościa – wspominała po latach Poetka – przez ten dziki, zupełnie różny od moich stron rodzinnych kraj pełen wąwozów, lasów; jazda saniami, dokoła śnieg, mróz trzaskający, nad nami pełnia księżyca”. Tamtejsze krajobrazy przerażały ją swoją dzikością i choć silnie odczuwała przyrodę, pola zamojskie nigdy nie stały jej się bliskie – były, jak mówiła, czarne, złowrogie.

Nastały lata dramatyczne. Umiera im pierwsze dziecko – synek Hubert. Umiera też ojciec Krystyny. Zaraz potem wybucha wojna. Adam Łoś, służący w 12. pułku ułanów, w ósmym dniu walk zostaje ranny (jego notatki z tamtego czasu zostały opublikowane w „Więzi”). Krystyna, która sama zostaje w majątku w Szewni, doświadcza z całą mocą grozy wojny: przeżywa przejście czołgów niemieckich, ostrzał armatni, obserwuje poniewierkę i trwogę uciekinierów. Kiedy granica między dwoma okupantami ustaliła się na Bugu, dzielna młoda niewiasta bierze parę koni (dwie źrebne klacze) i rusza za wycofującą się armią niemiecką. Rannego męża odnajduje w końcu w szpitalu w Rawie Mazowieckiej. Jako administrator majątku zostaje on zwolniony z niewoli (dla Niemców liczyły się jeszcze wtedy względy gospodarcze). Wracają do Szewni.

W 1940 roku, w ramach masowych represji skierowanych przeciwko inteligencji, Adam zostaje aresztowany przez gestapo i osadzony na Zamku w Lublinie. I tym razem udaje się go jakoś wyreklamować i wraz z dwójką dzieci (Beatą i Krzysztofem) państwo Łosiowie przenoszą się w Hrubieszowskie, gdzie Adam obejmuje następną administrację. „Był to ciężki okres «okupacyjnej nocy» – wysiedlanie wsi przy przeszło dwudziestostopniowym mrozie, napady, pożary, morderstwa. Niemcy, Ukraińcy, partyzantka, wszystko to kotłowało się w jakimś śmiertelnym tańcu”. Kiedy rodzi im się druga córka, Maria-Jolanta, Adam postanawia wywieźć żonę z trójką dzieci w bezpieczniejsze miejsce, do rodziny w Grójeckie. Sam wraca w Hrubieszowskie, gdzie należy do oddziału AK. „Oboje wiedzieliśmy, że wraca być może na śmierć”. Ciężko ranny, trafia do szpitala. Powstanie Warszawskie zastaje całą rodzinę w Grójeckiem.

Po wojnie znów tułaczka i budowanie od podstaw. Zamieszkują najpierw w Chylicach, a potem w Warszawie, gdzie Adam dostaje pracę w Biurze Projektów. Krystyna zajmuje się domem, dziećmi, dorabia pracą chałupniczą. Mimo to znajduje czas, by „zachłannie czytać ukazujące się wówczas tygodniki”. Gdy powstał „Tygodnik Warszawski”, pewnego razu odwiedziła redakcję z brulionem wierszy. Kazano jej się zgłosić po paru dniach. „Pani Krystyno, czy pani wie, że pani jest poetką?” – usłyszała na powitanie.

Od lewej: Wojciech Wieczorek, Jerzy Krzysztoń, Juliusz Eska, Krystyna Konarska-Łosiowa w 1967 roku. Fot. Marek Holzman

Okres współpracy z „Tygodnikiem Warszawskim”, tak cenny dla poetki spragnionej życia intelektualnego i konfrontacji z czytelnikami, był niestety krótki – pismo zostaje zlikwidowane. I dopiero kiedy w roku 1957, po październikowej odwilży, powstaje „Więź”, Krystyna Konarska-Łosiowa znajduje prawdziwe oparcie w bliskim sobie, niezależnym ideowo środowisku, któremu pozostanie wierna aż do końca życia. Po rozmowie z Tadeuszem Mazowieckim wchodzi w skład zespołu, a w pierwszym numerze „Więzi” drukowane są dwa jej wiersze – „Rozmowa” i „Wiersz z gołębiem”. Tego drugiego nie chciała zresztą puścić komunistyczna cenzura, której podejrzany wydał się wers: „uszłaś z koła warczącym wilkom…”. Mazowiecki musiał przekonywać cenzorkę: „Ależ proszę pani, autorka tych słów przeżyła wojnę”.

Po przedwczesnej śmierci męża, w 1962 roku Krystyna Łosiowa zostaje etatowym pracownikiem redakcji. Dzieci są już dorosłe, może więc oddać się w większym stopniu pracy intelektualnej. Zbiera m.in. dokumentację prasową dotyczącą właśnie rozpoczętego Soboru, który budzi jej wielki entuzjazm. Uprawia publicystykę. Tłumaczy Mouniera i Simone Weil. Bierze aktywny udział w redakcyjnych dyskusjach i w przygotowywaniu kolejnych numerów pisma. Z czasem obejmuje w „Więzi” samodzielną rubrykę – „Przegląd zagraniczny”, którą będzie prowadziła aż do swego przejścia na emeryturę w roku 1979.

*

Przez całe życie pisała wiersze. Mówił prawdę redaktor „Tygodnika Warszawskiego” – była poetką! Wiersze jakby się same w niej rodziły, często w gotowym kształcie. Jednocześnie miała świadomość, że to pisanie wierszy, będąc „rdzeniem jej życia”, jest zarazem „nurtem ukrytym”, trzymanym w ryzach: „To nie poezja niosła mnie przez życie i kształtowała je. Zawsze chyba najpierw żyłam, a dopiero potem pisałam. A w moim pojęciu «prawdziwa poezja» wymaga podporządkowania jej wszystkiego…”. W tym wyznaniu poetki zawiera się pokorna ocena własnej twórczości. „Nigdy nie miałam czasu – pisze dalej – na systematyczną, «warsztatową» pracę, dlatego większość moich wierszy jest niedopracowana pod względem formy…”. 

Ale na to „poddanie poezji życiu” można też spojrzeć od innej strony. Doskonale ujął to wybitny krytyk Jacek Łukasiewicz w „Słowie wstępnym” do tomiku „Niepokorność”: „Pewnie tak bywa, że największa poezja, jak wszelka największa sztuka, wchłania i przerasta życie. Iluż jednak postępowało odwrotnie, uciekało od tego, co istotne, podporządkowywało swe życie poezji, jakby – żałośnie i małodusznie – chcieli wykpić się z życia. W porządku wartości inne bowiem sprawy są od poezji ważniejsze. Zresztą nie trzeba jej przeciwstawiać życiu, jest jego częścią”.

Krystyna Łosiowa żyła prawdziwie, a poezja była nieodłączną częścią jej życia. I ta prawdziwość życia, które jest zawsze „trochę krzywe”, była obecna w jej poezji.

Stukam – i nasłuchuję
kołaczę – nikt nie otwiera
muszę więc sama pozbierać
te kolorowe kamyki
i ułożyć z nich wzór doskonały
harmonijny w formie i treści
Ale czy to w ogóle możliwe?
Może lepiej
niech będzie trochę krzywe.

Poetka publikowała rzadko, w ostatnich latach głównie w „Więzi”, czasami w „Gazecie Wyborczej” (na stronach „Arki Noego” redagowanych przez Jana Turnau). Była skromna, nie zabiegała o druk swoich wierszy, nie bywała na salonach. Po wojnie wydała tylko trzy zbiory poetyckie: „Granice życia” (1985), „Takie wielkie zmęczenie” (1995) i „Niepokorność” (2000), wszystkie nakładem Biblioteki „Więzi”. Zyskiwały one bardzo dobre recenzje. „Poetka przekomarza się z nami – tak o ostatnim zbiorku pisał w „Twórczości” Marian Grześczak – swoją nieśmiałością, swoją kołatkowatością, zdrewniałością mowy, ale w głębi serca, w głębi duszy, w głębi myśli, czyli w głębi słowa wyraźnie akcentuje siłę swojej prostoty i przewrotność argumentacji… Słowo niepokorność trafnie określa «Niepokorność» tytularną Krystyny Konarskiej-Łosiowej”. Dopiero w latach dziewięćdziesiątych zaproponowano jej wstąpienie do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, co przyjęła z radością i do końca bardzo sobie tę przynależność ceniła. Najbardziej jednak ceniła sobie żywe reakcje czytelników (a dostawała listy z wyrazami wdzięczności od zupełnie nieznanych sobie osób).

Dawniejsze wiersze Poetki, jak zauważa w cytowanym już tekście Jacek Łukasiewicz, zdradzają pewne pokrewieństwo z kręgiem skamandryckim, zwłaszcza z Iłłakowiczówną i Jerzym Liebertem (także, dodałbym od siebie, z Beatą Obertyńską). „Z Iłłakowiczówną – pisze krytyk – łączy Konarską-Łosiową typ liryzmu i postawa życiowej niezależności. Z Liebertem niesentymentalna, dramatyczna religijność. Ale jak wszystkie rzeczywiste powinowactwa z wyboru, te także wzmacniają, a nie osłabiają indywidualność poetki”. Jej późne poezje, trafnie choć chłodno stwierdza Jacek Łukasiewicz, „są scedzone, treściwe i otwarte na znaki dostarczane przez zmieniający się świat”. 

*

Ten świat w ciągu długiego życia Poetki podlegał wielokrotnym wstrząsom i zmianom. Była ich wrażliwym świadkiem, zaangażowanym uczestnikiem, czujnym i myślącym obserwatorem.

Poznałem Krystynę Łosiową w 1976 roku, kiedy – po „pacyfikacji” przez władze komunistyczne względnie niezależnej „Literatury” – znalazłem azyl w „Więzi”. Tadeusz Mazowiecki zaproponował mi wtedy stanowisko redaktora technicznego, które akurat się zwolniło. Wykonywałem starannie swoje obowiązki, a jednocześnie brałem udział w pracy zespołu. Byłem szczęśliwy, że znalazłem się w gronie tak ciekawych, wolnych wewnętrznie, niezależnie myślących ludzi. Redakcyjnym spotkaniom towarzyszyła atmosfera powagi, wzajemnego szacunku i przyjaźni. Wspólnie przeżywaliśmy w redakcji wydarzenia w Radomiu i Ursusie, rodzenie się demokratycznej opozycji, śmierć Stanisława Pyjasa, głodówkę w kościele św. Marcina, a potem wielką radość i poryw nadziei po wyborze Karola Wojtyły na papieża. Krystyna Łosiowa zaproponowała mi współpracę z redagowanym przez siebie „Przeglądem zagranicznym”. Kiedy w roku 1979 przeszła na emeryturę, nasza koleżeńska współpraca z czasem przerodziła się w serdeczną przyjaźń.

Odwiedzałem ją często w jej mieszkanku, najpierw przy ulicy Śliskiej, potem przy Puławskiej. Przynajmniej raz w tygodniu spotykaliśmy się na „roboczym śniadaniu” i pijąc pyszną francuską kawę, omawialiśmy ważne wydarzenia, dzieliliśmy się osobistymi przeżyciami i wrażeniami z lektur. A w czasie stanu wojennego, zimą 1982 roku, kiedy redakcja była przez kilka miesięcy zamknięta, a Krystyna akurat złamała rękę, odwiedzałem ją codziennie. Nigdy nie brakowało nam tematów do rozmowy.

Czuła się bezsilna i współwinna. Z pasją zadawała pytanie – dlaczego cierpią niewinni? Dlaczego Bóg wysłuchuje modlitw jednych, a zdaje się być obojętny na błagania innych?

Jej skromne mieszkanie – pokój wypełniony książkami, z tapczanem obłożonym prasą, rękopisami listów i wierszy, i z małym okrągłym stołem, na którym zawsze były w wazonie świeże kwiaty podarowane przez kogoś z odwiedzających – było miejscem magicznym, w którym można było poczuć się dobrze. Krystyna, przy całej swojej kruchości fizycznej, miała jakąś niezwykłą siłę wewnętrzną. Mieszkała – od przejścia na emeryturę aż do końca – sama, a nigdy nie skarżyła się na samotność. Wręcz przeciwnie, ceniła sobie bardzo tę swoją życiową niezależność, nazywając ją darem losu i przywilejem. Jej mądrość, równowaga, osobisty urok i delikatność przyciągały – odwiedzało ją wiele osób, ze wszystkich pokoleń. Każdego umiała obdarzyć uśmiechem, wysłuchać, zrozumieć, podnieść na duchu.

Niosła też swoje tajemnice bolesne: samotność dzieciństwa, poczucie wstydu za krzywdę i niesprawiedliwość społeczną (nigdy nie chlubiła się swoim rodowodem), pierwszą młodzieńczą niespełnioną miłość, śmierć pierwszego synka Huberta, pewne raniące doświadczenie w konfesjonale z tamtego czasu, grozę wojny, przedwczesną śmierć męża, stałą troskę o zdrowie i szczęście dzieci… Nie było w niej przy tym cienia żalu, smutku czy koncentracji na sobie (co tak często jest słabością twórców).

Była zwrócona ku innym, ku światu. Umiała się dziwić i zachwycać życiem. Boleśnie reagowała na wszelką ludzką krzywdę, cierpienie i nieszczęście.

I choć się lękam
patrzę na nie
i klękam
na wysypisku śmieci
bo to przecież są one
niechciane i bezdomne
niepokorne
bezprizorne
dzieci

[…..]

Śmietnik je żywi
a nocą
ciepła rura w piwnicy przygarnie
i tak dzień po dniu
solidarnie
walczą o lepsze życie

Dopóki nie błyśnie nóż
dopóki nie znajdą się na dnie
gdzie tylko pieniądz w oczy świeci

Nie wystarczało jej współczucie. Czuła się bezsilna i współwinna. Z pasją zadawała pytanie – dlaczego cierpią niewinni? Dlaczego Bóg wysłuchuje modlitw jednych, a zdaje się być obojętny na błagania innych? Gniewały ją zbyt proste, zadowolone z siebie odpowiedzi. Chciała zrozumieć, a przede wszystkim – nie potrafiła być obojętna.

Można wierzyć – choć wali się świat
ufać – jak ślepiec co odrzucił laskę
ale miłość
musi mieć oczy szeroko otwarte
by nie ominąć żadnego szczęścia
żadnego cierpienia
Wydać wszystko
do ostatniego grosika.

Chciała być uczciwa wobec Boga i nie taiła swoich zwątpień. My zostaliśmy z pytaniami, na które nie ma odpowiedzi.

Ona już wszystko rozumie.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 12/2002.