W polskim Kościele widzę samozadowolenie, które mnie zawsze u chrześcijan oburza. To niedopuszczalne, żebyśmy przyjmowali pozycję faryzeuszy – mówi Krzysztof Zanussi w rozmowie z Katolicką Agencją Informacyjną.

Tomasz Królak (KAI): Za Panem 80 lat życia i ponad pół wieku twórczości artystycznej. Spodziewałem się zastać Pana w świetnym nastroju, ale widzę nieco inny…

Krzysztof Zanussi: Właśnie dowiedziałem się, że sprawa przyszłości Studia Tor jest właściwie przesądzona, że przestanie ono istnieć. Tymczasem było to jedyne studio, do którego wpływały scenariusze o charakterze metafizycznym czy religijnym. I to takie, które miały pozostać w głównym nurcie kultury, z którego to nurtu kultura chrześcijańska jest spychana. Bo to, co nam towarzyszy, to są te przeróżne christian movies, tworzone wedle koncepcji amerykańskiej, obliczone dla innego widza i na innego typu dystrybucję. Są one bardzo cenne i pożyteczne, ale po nas w kulturze mainstreamu zostaje pustka.

I teraz ta władza, której parę dni temu zarzuciłem kompletną bezideowość, z największa obojętnością likwiduje ten przyczółek, nie mając żadnych innych argumentów.

Zarzut kompletnej bezideowości musi być dla obecnej władzy bardzo zaskakujący…

– Ale podczas niedawnej rozmowy wiceminister Lewandowski nie potrafił wytłumaczyć, w czym on jest ideowy. Cały czas mówił językiem księgowych, nie mając zresztą do nas żadnych pretensji, bo do nas się nie dopłaca. Tłumaczył, że to niedemokratyczne, że Studio ma przywileje i że nam się wiedzie lepiej niż innym, co tylko częściowo jest prawdziwe.

Jeżeli udało nam się na przykład zrobić film o Edycie Stein, który był poważnym, międzynarodowym przedsięwzięciem, z udziałem Francji, Włoch, Węgier i Polski i ten film krążył i krąży nadal w tzw. normalnym obiegu, to jest to pewien fenomen, coś bardzo rzadko spotykanego. W Polsce w podobny sposób kolegom udało się przed laty zrobić „Faustynę” – film bardzo wartościowy, bo grany w zwykłym kinie a opowiadający o świętej i to w taki sposób, że mógł zainteresować każdego przechodnia.

Nie może być tak, żeby autor wiedział do końca co zrobi, bo wtedy znika tajemnica. Tymczasem twórczość odnosi się do tajemnicy

W naszym Studio zrobiliśmy, w międzynarodowej kooperacji, filmy o ojcu Kolbe czy „Brata naszego Boga” o Albercie Chmielowskim. Wszystko to było możliwe dlatego, że mieliśmy taki a nie inny profil. Przed chwilą rozmawiałem z kimś, kto przyniósł tekst o świętym Wojciechu, ale musiałem powiedzieć autorowi: to już nie do mnie. Bo, rzeczywiście, nie ma już miejsca na podobne scenariusze. Nie wiedziałem, do kogo mam go posłać, jaki producent chciałby to ryzykować. Bo tylko producent publiczny, jakim myśmy byli, może brać się za dzieło, o którym z góry wie, że dochodu nie przyniesie, najwyżej będziemy minimalizować straty.

Ta niefrasobliwość i argument, że chodzi o to, że nam się za dobrze powodzi są naprawdę kuriozalne. Mógłbym raczej spodziewać się czegoś podobnego od poprzedniej ekipy, która tego gestu nie uczyniła. Przeciwnie, pan minister Zdrojewski zapewnił nas, że możemy działać w dotychczasowej postaci. Jestem ogromnie rozgoryczony, że w taki sposób nas potraktowano.

I co teraz? Zamierza Pan walczyć czy pogodzić się z wyrokiem?

– Po rozmowach z panem ministrem Lewandowskim zrozumiałem już, że żadne argumenty nie trafiają. Boję się, że sprawa jest przegrana. Wnoszę to z zaciekłości ministerstwa, z nienawiści, jaką nacechowany jest ten publiczny wybuch skierowany przeciwko nam, mimo, że przecież nie robimy nikomu szkody. Daje o sobie znać ogromna zawiść o to, że nam się „za dobrze” powodzi.

Do finansowania naszych produkcji używamy dochodów z obrotu filmami, które w przeszłości wyprodukowaliśmy. To jest więc zamknięty obieg pieniądza publicznego. My z tego nie korzystamy osobiście, nie kupujemy sobie rezydencji, to nie jest nasza własność.

Przez dwa lata nie zobaczyłem żadnego ruchu, który by mówił o tym, że z Polski ma wyjść jakaś myśl chrześcijańska i jakaś odnowa – a taka przecież wychodziła ze środowiska Lasek po I wojnie światowej i to do dziś dnia dla polskiego katolicyzmu jest ważne. Więc ten rodzaj dezynwoltury, z jaką obecna władza, uważając, że z Kościołem ma sprawy załatwione, kompletnie nas lekceważy, po prostu zaskoczyło mnie, bo to jest bardzo nieroztropne. Boleję nad krokiem likwidującym ten przyczółek. No ale tak się stało.

Spróbujmy odejść od polityki… Osiemdziesiąte urodziny skłaniają – niezależnie od Pana kolejnych planów– do spojrzenia wstecz. Czy całej Pana twórczości towarzyszy jakiś jeden, konkretny dylemat, na który Pan chce dać odpowiedź – lub podpowiedź? W przypadku niektórych artystów mówi się, że przez całe życie tworzą tak naprawdę jedno dzieło. Myśli Pan, że w Pana przypadku jest podobnie?

– Pewnie tak, ale nie zajmuję się tym, bo mam bardzo mocno zapisane, że narcyzm jest jedną z pułapek każdego artysty. Najważniejsze to się nie cofać, bo wnioski z tego już wyciągnięte i trzeba patrzeć naprzód. Każdy następny utwór jest jakąś nową przygodą, wobec czego podlega nowym prawom i znowu jest ta niewiadoma. Jeśli, nie daj Boże, wiem, jak coś mam zrobić – to tego robić nie powinienem, bo to jest pułapka. Bergman powiedział, iż ktoś kiedyś mu uświadomił, że robi bergmanowskie filmy. Pomyślał, że to niedobrze i natychmiast zaczął modyfikować swój język.

Bo bał się, że jest przewidywalny?

– Tak, bo już wiedział jak to zrobi. A nie może być tak, żeby autor wiedział do końca co zrobi, bo wtedy znika tajemnica. Tymczasem twórczość odnosi się do tajemnicy. Mówię o twórczości, a nie o rzemiośle. W rzemiośle jest przeciwnie: jeśli tłukę serial, to każdy odcinek musi być podobny do poprzedniego i do następnego, i nie musi być podpisany jednym autorem lecz kolektywem, wszystko jedno kto reżyseruje. Na przykład w Ameryce jeden reżyseruje do południa, a drugi potem. I ważne, żeby żaden nie stawiał kamery w charakterystyczny sposób, bo wtedy odcinki nie będą się dobrze montowały. Kino autorskie polega na zupełnie innym działaniu.

Ale jak określiłby tę jedną, stałą myśl czy dylemat towarzyszący Pana filmom?

– To zawsze jest manifestacja wolności, czyli obszar wyboru między dobrem a złem. Ponieważ to zło, w dzisiejszym świecie jest, w moim odczuciu, zakamuflowane, ono się ukryło, udaje, że go nie ma, więc tym bardziej wydaje mi się ono niebezpieczne. I widzę po reakcjach, że ma ono pewną drapieżną siłę. „Obce ciało” wzbudziło szalony gniew ludzi, którzy zobaczyli, że podnoszę rękę na dobre imię korporacji, zresztą abstrakcyjnej. Oraz, że w czasie kiedy kobieta wyzwolona musi być bohaterką pozytywną, u mnie akurat nią nie jest. Jakby Lady Makbet mogła być oceniana w tych samych kategoriach, to też byłaby prawdopodobnie reakcyjna, w mniemaniu postępowców.

Tak, to rozpięcie pomiędzy dobrem a złem ciągle mnie przejmuje. Ale wydaje mi się, że każda dramaturgia w gruncie rzeczy do tego w jakiś sposób nawiązuje. Bo tam, gdzie nie ma konfliktu – a konflikt jest zawsze między dobrem a złem – tam nie ma opowiadania.

Które ze swoich osiągnięć ocenia Pan dziś najwyżej? Czy pokusiłby się Pan o wskazanie tytułów, którymi dał Pan właściwą, wedle własnej oceny, odpowiedź na czas, w których powstawały?

– Nie wolno mi się nad tym zastanawiać. Może bym i umiał odpowiedzieć, ale nie chcę, dlatego, że to jest właśnie ten niepokojący krok: wchodzenie w autoocenę, autorecenzję, w narcyzyzm, krótko mówiąc. Tego się trzeba wystrzegać i niech to inni mi powiedzą.

Szczególnie, że użył pan faktora czasu, który jest bardzo trafny, a jednocześnie bardzo niesprawiedliwy. Bo jeżeli nie trafiłem w swój czas, to może powiedziałem coś przed czasem i to jest w zasadzie wartościowe, tylko nie nagradzane od razu? „Barwy ochronne” były tym filmem, który w Polsce trafił na swój czas, ale to nie znaczy, że to dodaje obiektywnie temu filmowi wartości.

Myślę, że zrobiłem inne filmy, choćby „Obce ciało”, które może wybiegło trochę przed świadomość ludzi i ja już dziś widzę, że ci, którzy oglądają ten film teraz, kilka lat po premierze, nie mogą zrozumieć dlaczego się go czepiano. Ten obraz już okazał się bliższy ludzkim oczekiwaniom. W różnych krajach różne moje filmy bywały lubiane i doceniane i nie mam prawa nikomu mówić, że podoba mu się nie to, co powinno.

A czy nie odnosi Pan wrażenia, że w czasach PRL-u, kiedy wszystko było jednak (a w każdym razie bardziej niż dziś) czarno-białe, Pan, opowiadając się po stronie wartości i przeciw nicości systemu, miał lepszy kontakt z publicznością?

– Nie mam takiego poczucia. Owszem, to się bardzo przesunęło, ale byliśmy w bardzo uprzywilejowanej pozycji, bo w PRL-u nie było wielkiej konkurencji. Filmów zachodnich oglądano mało, odnosiły się one do rzeczywistości tak odmiennej od naszej, że o tym, co się dzieje w naszej rzeczywistości mówiły tylko nasze filmy. To był pewien przywilej, nieprzyjemny. Bo to nie jest przyjemne, widzę to po reakcjach moich kolegów z Iranu. W świecie bez konkurencji oni także mają publiczność niejako przymuszoną, żeby oglądała ich rodzime filmy. Te produkcje bywają świetne, ale brak konkurencji w jakiś sposób osłabia je, a nie wzmacnia.

A jak, Pana zdaniem, ma się dziś kino wielkich pytań. Czy, wypierane przez „bezproblemową” kulturę masową, jest skazane na zanik?

– To dotyczy całej kultury. W ten sam sposób można mówić o muzyce symfonicznej albo o poezji czy literaturze w ogóle.

Czyli to, że na naszych oczach dzieje się coś niedobrego nie jest ułudą współczesnych?

– Ułuda jest w tym, że ludzie uwierzyli, że jest dobrze, że jest bezpiecznie i przestali przejmować się tym, że człowiek człowiekowi sam z siebie jest już zagrożeniem; że jest istotą zdolną do samozagłady. My, Polacy, mamy tu swój szczególny, specyficzny temat, bo przeżyliśmy tę samozagładę w wymiarze państwa, które utraciliśmy – no, przecież z własnej winy, nie ma co dyskutować o reszcie.

Nie mam wątpliwości, że Polska dzisiejsza jest wielokroć lepsza od Polski peerelowskiej

Naszym złudzeniem jest mniemanie, że czasy są niedramatyczne. Jakby hasło Ludwika Filipa: „Bogaćcie się!” było znów aktualne. A wiemy, że ono do niczego naprawdę nie doprowadziło, mimo, że Francja się wtedy wzbogaciła, ale nie na długo i musiała przyjść rewolucja, w odpowiedzi na mroczne strony tego bogacenia. I dzisiaj też są one mroczne, ale my nie chcemy o nich mówić.

W ogóle egzystencja ludzka jest krucha, niepewna a udajemy jakby świat był bezpieczny i niegroźny. W związku z tym udajemy, że wszystko wolno. A przecież nie wszystko wolno.

Pamiętam, że na progu przemian 1989 r. myślałem, że skoro w PRL-u było kilka tygodników kulturalnych, to teraz będzie ich co najmniej kilkanaście. Praktycznie nie ostał się ani jeden. Nie ma Pan poczucia, że wokół coś spsiało, rozlazło się?

– Spsiało, rozlazło się i skundliło (z tym, że nie chciałbym czynić despektu psom). Moje oczekiwania, jak wielu z nas, były za wielkie. Po to zrobiłem „Persona non grata”, żeby pokazać ból człowieka, który wierzył w wielkie ideały a został z małymi.

Niemniej, nie mam wątpliwości, że Polska dzisiejsza jest wielokroć lepsza od Polski peerelowskiej. Ale ludzie nie najlepiej korzystają z wolności, a często bardzo marnie. Ta marność bardzo wypłynęła, również w klasie politycznej. Przecież w pierwszych latach naszej wolności mieliśmy klasę polityczną nieporównanie wartościowszą, kiedy to dramaty, które się rozgrywały były olbrzymie a decyzje do podjęcia – epokowe. Natomiast dzisiaj, kiedy jest bliżej normalności znowu podniosła się ta sama przeciętność, która wyrugowała pisma, do których pan tęskni, ja także. Przeciętność bowiem zyskała przyzwolenie, nie trzeba być ambitnym, można być byle jakim.

Czy miałoby to oznaczać, że tylko jakaś opresja skłonna jest wzbudzić w ludziach ważne pytania, wolność zaś je tłumi, nie daje dojść do głosu?

– Wydaje mi się, że taka jest natura naszego losu.

Polskiego czy ludzkiego?

– Ludzkiego. Taka jest kondycja ludzka, na co często wskazywał Jan Paweł II, kiedy mówił o dramatyzmie życia. Świat odnosił to do jego teatralnego doświadczenia, zamiast zrozumieć, że dramatyzm to jest rozpoznanie faktu, że człowiek zawsze jest rozpięty między te najbardziej zasadnicze wybory i tylko pozór czy powierzchowny ogląd rzeczywistości daje nam przekonanie, że świat jest bezpieczny, że wszystko wolno i nic nie ma znaczenia. Podczas gdy naprawdę nigdy tak nie jest.

Dzisiaj dramaty przykrywamy bardzo mocno ale indywidualnie – po prostu ludzie umierają dookoła i wiemy doskonale, co to znaczy w każdym jednostkowym przypadku, natomiast zbiorowość próbuje być niefrasobliwa i beztroska. A ta beztroska jest ułudą, pozorem, bo przecież nie jest dobrze choćby dlatego, że każdy z nas potem gdzieś osobno umiera i musi sobie wtedy zadać pytanie: po co było to życie, do czego właściwie przyczyniło się to, że byłem na tym świecie a za chwilę nie będę.

Te egzystencjalne pytania w społeczeństwie konsumpcji są ukryte i jest dziś ku temu wielkie parcie, żeby je ukryć. Myślę, że temu się sprzeciwiał Jan Paweł II, mówiąc o dramatyzmie życia.

Jest Pan od dziesięcioleci wykładowcą akademickim, nie tylko w Polsce. Ciekawi mnie, kiedy miał Pan poczucie najlepszego kontaktu z młodym pokoleniem. I czy w związku z tą potężniejąca beztroską, kiedyś pod tym względem nie było aby lepiej?

– Staram się zachować optymizm, więc inaczej sam w sobie formułuję pytanie. Patrzę, do czego im tęskno. Otóż, tęskno im do tego samego, do czego myśmy tęsknili, tylko może nie potrafią tego tak wyartykułować. Natomiast w tym młodym pokoleniu widzę tak wielkie pragnienie ideału, że, jak sądzę, wcale się pod tym względem nie różnimy. Oni są podobni do nas, może nawet sięgają dalej. My określaliśmy nasze ideały bardzo minimalistyczne: żeby było choć troszkę przyzwoiciej, żeby było odrobinę zamożniej, żeby było mniej niesprawiedliwości, biedy, ludzkiej krzywdy. Dzisiaj ludzie żądają czegoś więcej, myślą o ideałach, które sięgają daleko ponad elementarne potrzeby i prawa człowieka.

Nie mam więc tego poczucia, że jest gorzej jeśli chodzi o porozumienie z dzisiejszym młodym pokoleniem. Gorzej było 15 lat temu, kiedy przeszła pierwsza fala neofitów kapitalizmu, którzy byli dość ogłupiali i w ogóle nie chcieli zastanawiać się nad czymkolwiek. Dziś to już przeszło, teraz już tego nie czuję.

Na jednej z debat mówił Pan ostatnio, że Kościół traci młodzież i inteligencję w sposób radykalny i żadna ludowa religijność tego nie zrekompensuje. Dlaczego traci: z lenistwa, z braku „motywu” (bo statystycznie jest na razie „w porządku”), czy z powodu niezdolności do wejścia w prawdziwy dialog z tymi środowiskami?

– To jest odmowa tego dramatyzmu, to jest ten kisiel, w którym bardzo wielu, szczególnie hierarchów, prowadzi swoją działalność. Jakby nie zdawali sobie sprawy, że tu i teraz rozstrzyga się, jak zawsze, los jutra i że jeśli wiara nie jest gorąca, to jest żadna. A ona jest letnia. W ogóle widzę u nas atmosferę małej wiary.

W Polsce czy na świecie?

– Na świecie dostrzegam tu i ówdzie symptomy powrotu czy wybuchu wiary gorącej. Ona musi powrócić, bo taka jest natura chrześcijaństwa. Ona jest poważnym znakiem sprzeciwu, a nie tylko takim sobie, łatwym sposobem na życie.

Ale „atmosfera” kisielu nie sprzyja takiej refleksji. Przecież nie ma wroga, nic nie zagraża, więc po co nam jakieś pytania?

– Ale wróg jest, są zagrożenia, tylko ukryte. Trzeba mieć odwagę, by spojrzeć prawdzie w oczy i umieć to powiedzieć.

Nie moralizując.

– Moralizatorzy mówią, ale nie przeżywają, natomiast to trzeba przeżywać. Oczywiście ja takich świętych wokół widzę, także wśród kleru, na ogół tego niższego. I widzę, że ta gorącość u niektórych powraca. Ale ogólny klimat jest skostniały, jakby rutyna była odpowiedzią na wszystko. Widzę samozadowolenie, które mnie zawsze u chrześcijan oburza, bo to niedopuszczalne, żebyśmy byli zadowoleni z siebie i przyjmowali pozycję faryzeuszy, którzy są wdzięczni za to, że nie są tacy, jak ci inni.

A gdzie w świecie dostrzega Pan dziś te gorące religijnie obszary, miejsca, w których sprawy religii, duchowości są traktowane z najwyższą powagą? Światło jest na Wschodzie?

– Nie. Jeżeli na Wschodzie to na pewno w Chinach, w każdym razie nie w Rosji. Rosja jest osobną zagadką, natomiast tam ów hieratyczny Kościół jest jednak w dużych opałach.

I trwa dość mocno przyspawany do tronu…

– No tak, ale to jest ich program. Oni tacy chcą być, więc nie można im z tego robić zarzutu, choć owszem, można wysunąć zarzut, że jest to zła koncepcja.

Natomiast myślę, że ten ocean ludzki jakim są Chiny, pozbawiony jakiejś formuły duchowości, jest chyba tym obszarem, gdzie chrześcijanie mogliby przynieść coś bardzo wartościowego, tylko musieliby umieć to zrobić. A historia ojca Mateo Ricciego pokazuje, jak bardzo nasze ograniczenia potrafią nam zabrać szansę.

Od Kościoła w Polsce Ciągle oczekuję autentyzmu, bo co autentyczne to gorące. Oczekuję przejęcia się, głębokiego niepokoju, który towarzyszy każdemu człowiekowi, który się rozlicza ze swoich postępków

W moim odczuciu Chiny bardzo potrzebują Ewangelii, potrzebują nadziei a mają tylko perspektywę bogacenia się i wizję społeczeństwa, które za radą Konfucjusza będzie jak rój pszczół – taki jest ich ideał. Oczekuję, że może będziemy umieli tam wejść, ale musimy być do tego gotowi i musimy być gorący, bo na letnią ewangelizację nie ma chętnych.

A czego oczekuje Pan od Kościoła w Polsce?

– Ciągle oczekuję autentyzmu, bo co autentyczne to gorące. Oczekuję przejęcia się, głębokiego niepokoju, który towarzyszy każdemu człowiekowi, który się rozlicza ze swoich postępków. Jeśli tego niepokoju nie ma i pojawia się samozadowolenie, to już jest początek rozkładu i coś bardzo groźnego.

A nie czuje Pan rozgoryczenia z powodu słabego jednak „wykorzystania” Pańskiego potencjału – jako reżysera, intelektualisty, konsultora Papieskiej Rady Kultury – przez Kościół w Polsce?

– Jest oczywiste, że w latach kiedy byłem wzywany do UB po każdej wizycie w seminarium, owe seminaria zapraszały mnie „lawinowo”. Tymczasem w ostatnich 10 latach na spotkanie z klerykami zaproszono mnie chyba raz…

O czym to świadczy?

– Oczywiście o wielkim odwrocie od laikatu. I o spolityzowaniu, bo moi koledzy artyści, o określonym profilu politycznym, w tych seminariach bywają. A ja, który nie mam profilu politycznego, jestem zaledwie dość neutralnym, to już nie bywam. To mnie oczywiście smuci, ale te sytuacje rekompensuje mi świat, bo gdzie indziej bywam zapraszany, biorę udział w różnych przedsięwzięciach.

Ale mam żal, że z Polski nie wyszła żadna inicjatywa odnowy na miarę przedwojennych Lasek. Jeżeli widzimy, że Zachód w swoim XIX-wiecznym scjentyzmie się zaplątał, no to właśnie my moglibyśmy zrobić na ten temat choćby jakiś kongres na jakąś większą skalę. Na razie odbyła się jakaś impreza u księdza Skubisia, na której byli sami wyznawcy a nie było konfrontacji z przeciwnikiem.

Mamy festiwal filmów przeniesiony z Niepokalanowa, byłem już na nim dwukrotnie. Cała idea tego festiwalu, tak jak to podyktował jeden z publicystów katolickich, ma polegać na tym, żebyśmy sami między sobą ucierali poglądy. Nikomu nie przychodzi do głowy, żeby zaprosić tam panów Sierakowskiego, Hartmana czy panią Środę, z którymi chciałbym porozmawiać o poważnych sprawach. Z takimi ludźmi sam organizowałem spotkania w Świnoujściu i to było, wydaje się, twórcze, bo umieliśmy rozmawiać ze sobą i w wielu sprawach potrafiliśmy się nie zgodzić. Natomiast brak takiej inicjatywy zadaje kłam wszystkim obietnicom, że od nas coś wyjdzie, że mamy jakąś ambicję by rechrystianizować Europę. Takie zapowiedzi muszą się przekładać na działania, a jeśli się nie przekładają, to znaczy, że to są tylko puste słowa czyli, że jest to bezideowość, która zawsze prowadzi do upadku. Każda formacja, która nie ma wizji, idei i która nie niesie nadziei jest formacją przegraną. Bardzo mnie smuci, że tak się stało.

Powiedział Pan niedawno, że w myśleniu człowieka współczesnego chrześcijaństwo, które powinno być wyrazem nadziei i inspiracją, „jest spychane do pozycji tradycyjnych: miłego wspomnienia z dzieciństwa, bombek na choinkę, kolęd. Tak nie można wpłynąć na bieg świata. Mam przekonanie, że trzeba głośno wołać «gore!», bo nam się chrześcijaństwo rozsypie”. Kto ma wołać i co zrobić by się nie „rozsypało”?

– Trzeba wołać a po drugie coś robić, a na pewno wierzyć, bo to się zawsze przekazuje przez osmozę. Jeżeli widzę ludzi żyjących wiarą i są oni dla mnie wiarygodni i autentyczni, to widzę od razu jak za nimi ciągną inni, którzy chcą to powtórzyć. Tylko to też jest kwestia, czy umiemy to spopularyzować, czy mamy media, które by chciały o tym mówić.

W latach kiedy byłem wzywany do UB po każdej wizycie w seminarium, owe seminaria zapraszały mnie „lawinowo”. Tymczasem w ostatnich 10 latach na spotkanie z klerykami zaproszono mnie chyba raz…

Jest dla mnie zupełnie niepojęte, jak to się stało, że nasz bardzo zamożny Kościół (nie udawajmy przez chwilę, że takim nie jest) wyzbył się dziennika, który mógł mieć, ale go nie ma; wyzbył się stacji telewizyjnej, którą mógł mieć, ale jej nie ma; wyzbył się ogólnopolskiego radia. Przecież to są akty świadomych zaniechań, to się nie stało przypadkiem. Zaważyła niechęć do mediów jako do narzędzia, która zaowocowała tym, że nas w życiu publicznym nie ma.

Na koniec chciałbym zapytać o Pańskich mistrzów, inspiratorów – artystycznych, duchowych. Wspominał Pan o środowisku Lasek – jest chyba szczególnie dla Pana ważne?

– Tak, czuję bliskość z ośrodkiem w Laskach, tą ważną częścią przedwojennym polskiego katolicyzmu, który bardzo wybiegał do przodu. W Polsce przyjmowano Maritain’a czy Gilsona, co świadczy o tym, że rzeczywiście byliśmy w głównym nurcie odrodzenia.

Dziś patrzę na włoskie „Comunione e Liberazione”, które mnie często zaprasza, ostatnio z filmem „Eter”. Jednak polski odpowiednik wydaje mi się dosyć blady, czego żałuję. Oczywiście ciągle spotykam wspaniałych ludzi, ale nie widzę ducha, który by nas naprawdę jednoczył i to mnie też smuci.

Jest kilku biskupów, którzy mają dobre, powszechne oddziaływanie, jest dwóch czy trzech popularnych publicystów, którzy mówią takim językiem, że ich nawet młodzież rozumie, ale to są wszystko rzadkie wypadki. W dodatku wcale nie widzę, żeby były wspierane przez „administrację” Kościoła.

Mało było w naszej rozmowie wątków budzących nadzieję. W Pana słowach jest dużo goryczy.

– Jednak nie tracę nadziei. Gdybym ją stracił, to bym odmówił tego wywiadu. Ciągle wierzę, że sprawy przybierają niespodziewany obrót. Liczę więc na to, że bardzo się zdziwimy się, gdy okaże się, że ciągle są wśród nas – bardziej liczni niż myśleliśmy – ci, którzy gotowi są dalej nieść jakiś sztandar czy kaganek w tej walce czy krucjacie. Swoją drogą, krucjaty zostały dziś niepotrzebnie zdyskredytowane, a były w końcu walką o uwolnienie chrześcijan i czymś w gruncie rzeczy pozytywnym.