Historia tatarskich osadników w państwach pruskich wyłamuje się z prostego mitu historii Warmii i Mazur jako czysto polskiej lub niemieckiej. Państwo na wskroś chrześcijańskie budowało swą potęgę w oparciu o lokalne atuty współżycia różnorodności etnicznej oraz religijnej.

Przyglądając się współczesnej debacie publicznej na temat obecności islamu w Niemczech, można odnieść wrażenie, że dla społeczeństwa niemieckiego geneza owego zjawiska sięga nie dalej niż czasów napływu tureckich gastarbeiterów z lat 60. XX wieku. Przy czym dyskusji tej sekundują histeryczne oraz sensacyjne informacje, których demagogiczny charakter przysłania niemal całkowicie bogatą i o wiele dłuższą spuściznę historyczną krajów niemieckich w relacjach z muzułmańskim Orientem. A szkoda!

Jak Goethe i Hegel zwrócili się ku Orientowi

Wszak sięgając do dzieł wybitnych myślicieli oraz artystów niemieckich, można odnaleźć odniesienia do cywilizacji muzułmańskiej. I tak oto Johann Wolfgang von Goethe między 1814 a 1819 rokiem spędził czas na wytężonej twórczej pracy, zwieńczonej „Dywanem Zachodu i Wschodu”, czyli zbiorem liryków inspirowanych dorobkiem Hafeza, XIV-wiecznego klasyka poezji perskiej. Dzieło to niezwykłe, bowiem stanowi swoisty amalgamat kulturowy, mieszaninę symboli, przypowieści, aluzji, żywo czerpiących zarówno ze Wschodu, jak i Zachodu.

Hegel miał rzec o owym zbiorze poetyckim rodaka, iż „Goethe zwrócił się ku Orientowi, a w swoim «Dywanie» dostarczył sznura pereł, które przewyższają wszelką finezję i błogość wyobraźni”. Co więcej, sam wybitny filozof poddał się urokowi Orientu. W jego „Wykładach z filozofii dziejów” da się bowiem odczuć podziw dla islamu, zaś szerzej cywilizacji muzułmańskiej, w niektórych jego aspektach. W tym samym duchu w Darmstadt w 1845 roku zostało z kolei założone Deutsche Morgenländische Gesellschaft, które po dziś dzień jest najistotniejszym stowarzyszeniem naukowym niemieckich orientalistów.

Nad Bosforem sympatie wobec Niemców miały być tak silne, że ponoć zdarzało się słyszeć: Deutschland über Allah

Nie są to bynajmniej odosobnione na ziemiach niemieckich przypadki zwrotów Okcydentu ku Orientowi, któremu poddawali się intelektualiści żądni chęci zdobycia wiedzy o kulturze i językach ludów muzułmańskich Azji oraz Afryki. Moją uwagę w tej dziedzinie przykuła szczególnie dynastia Hohenzollernów. Już za czasów panowania Joachima Fryderyka, margrabiego-elektora Brandenburgii, doszło do dość nieśmiałego zbliżenia politycznego domu Hohenzollernów z dworem chanów krymskich. Otóż 7 marca 1599 r. na dwór brandenburski miał przybyć niejaki Mehmet Aga. Pomimo że owa legacja, czyli poselstwo, ginie w mrokach historii, to niewątpliwie przetarła ona drogę do dalszych kontaktów dyplomatycznych między krajami prusko-brandenburskimi a Krymem oraz Turcją. Zwłaszcza w przypadku Wysokiej Porty Berlin wykazywał szczególne zainteresowanie, które w XIX wieku przerodziło się w stałą współpracę na płaszczyźnie politycznej i militarnej, a także na polu gospodarczym. Nad Bosforem sympatie wobec Niemców miały być tak silne, że ponoć zdarzało się słyszeć: Deutschland über Allah.

Tatarscy sojusznicy

Ducha Orientu miał wprowadzić do armii pruskiej Fryderyk Wilhelm I, król pruski, który u schyłku lat 30. XVII wieku otrzymał dość osobliwy dar od Ernesta Jana Birona, księcia Kurlandii, a mianowicie grupę kilkudziesięciu muzułmanów – jeńców z wojny rosyjsko-tureckiej. Trafili oni do pułku gwardyjskiego stacjonującego w Poczdamie, czyli słynnego pułku olbrzymów, gdzie w tzw. Królewskim Sierocińcu utworzono dla nich miejsce modlitw, który uznaje się za pierwszy meczet na ziemiach niemieckich.

Zdaje się, że związków brandenbursko-prusko-muzułmańskich nie przerwało doświadczenie II wojny północnej, która w Rzeczypospolitej zapisała się jako „potop szwedzki”. Wówczas u boku Karola X Gustawa, króla szwedzkiego oraz zdrajców Korony i Litwy stanęła Brandenburgia. Po przeciwnej stronie natomiast opowiedzieli się Tatarzy krymscy, którzy podczas kampanii letnio-jesiennej 1656 roku wsparli króla Jana Kazimierza.

Wpierw legacja Mehmeta Alego Mirzy, posła krymskotatarskiego, wiozącego list chana krymskiego do Fryderyka Wilhelma, przebywającego w Królewcu, chciała skłonić władcę Brandenburgii od odstąpienia od sojuszu ze Szwedami. Tatarski poseł miał się wręcz odgrażać, lecz owe groźby nie zrobiły wrażenia na monarsze brandenburskim. Toteż, aby nie być gołosłownym, posiłki tatarskie wraz z wojskami litewsko-koronnymi pod wodzą Wincentego Korwina Gosiewskiego, hetmana polnego litewskiego, po pokonaniu 8 października 1656 r. pod Prostkami sił szwedzko-brandenburskich wdarły się w głąb Prus Książęcych. Najazd wojsk Gosiewskiego osiągnął między innymi Ełk, Olecko, czy Węgorzewo, gdzie dokonano olbrzymiego spustoszenia. Odium winy spadło jednak niemal wyłącznie na tatarskich sojuszników Rzeczypospolitej, którym przypisano utworzenie wręcz piekielnego pandemonium w Prusach Książęcych, zakończonego wzięciem kilkutysięcznym jasyru do Turcji i na Krym.

Fragment tekstu, który ukazał się w kwartalniku „Więź”, lato 2019

Kup tutaj