Zwycięstwo Wołodymyra Zełenskiego jest szansą na wyjście z impasu w stosunkach polsko-ukraińskich. Jeśli politykom obu stron wystarczy woli politycznej i wyobraźni – będzie można przystąpić do poprawiania wzajemnych relacji.

Druga tura ukraińskich wyborów prezydenckich zakończyła się prawdziwą klęską urzędującego prezydenta Petro Poroszenki (24,45 proc. do 73,22 proc.). Jednocześnie padł rekord: jeszcze nigdy w historii niepodległej Ukrainy na zwycięzcę nie głosowało tak wielu obywateli. Jedynie w 1991 r. zwycięzca wyborów – Leonid Krawczuk – pokonał barierę sześćdziesięciu procent (61,59 proc.). Zwycięzcy następnych wyborów mogli pochwalić się rezultatami na poziomie nieco powyżej pięćdziesięciu procent.

Zwolennicy prezydenta Poroszenki wskazywali, że jego rezultat jest niemal powtórzeniem wyniku, który uzyskał w pierwszych wyborach prezydenckich w 1991 r. były dysydent Wiaczesław Czornowił (23,27 proc.), wyciągając z tej koincydencji daleko idące wnioski – aż do konstatacji, że te niecałe dwadzieścia pięć procent to jądro „ukraińskiego projektu”, od którego zależy przyszłość Ukrainy jako państwa.

Komentatorzy ci zdają się nie dostrzegać, że 23,27 proc. Czornowiła oznaczało coś innego niż 24,45 proc. Poroszenki, ponieważ w ostatnich wyborach nie głosował w ukraińskich wyborach Krym (anektowany przez Rosję) oraz duże połacie obwodu donieckiego i ługańskiego (opanowane przez, wspieranych przez Rosję, separatystów). Jeżeli porówna się liczbę głosujących na obydwu polityków (Czornowił – 7 420 727 wyborców, Poroszenko – 4 522 450 wyborców), to jak na dłoni widać, że Poroszenko roztrwonił sporą część najbardziej proukraińskiego elektoratu, ponieważ w 1991 r. inni wyborcy na Czornowiła nie głosowali. Podobnie zresztą jak na Łewka Łukianenkę, który wówczas uzyskał 4,49 proc., czyli 1 432 556 głosów). Zastanawiające, że nikt z ukraińskich komentatorów nie zwrócił na powyższe fakty uwagi.

Zwyciężył projekt modernizacyjny

Zwycięstwa Wołodymyra Zełenskiego można się było spodziewać już po pierwszej turze wyborów z 31 marca 2019 r., niemniej najbardziej oddani zwolennicy Poroszenki nie chcieli wierzyć w zbliżającą się klęskę. Obserwuję ukraińskie wybory od roku 1990, niemniej takiego poziomu emocji, jak obecnie, nigdy w przeszłości nie było i to pomimo że w przeszłości różnice między poszczególnymi regionami kraju były znacznie większe niż obecnie. W miarę, jak coraz bardziej realne stawało się zwycięstwo Zełenskiego, tym bardziej świat ukraińskiej polityki przypominał Polskę, gdzie zwolennicy konkurencyjnych partii traktują siebie nawzajem jak śmiertelnych wrogów i nie wahają się oskarżyć swoich adwersarzy o wszystko, co najgorsze.

Prym w tym procederze wiedli zwolennicy urzędującego prezydenta (choć również Kanał 1+1, będący własnością głównego przeciwnika Poroszenki – Kołomojskiego, wspierający Zełenskiego, przeszedł wszelkie granice przyzwoitości, oskarżając urzędującego prezydenta o zamordowanie własnego brata). Część samozwańczych rzeczników Poroszenki nie wahała się określić swoich współobywateli – zwolenników Zełenskiego – mianem małoruskiej, prosowieckiej i prorosyjskiej masy, która, niestety, pokonała świadomy ukraiński naród… Postawienie znaku równości między świadomymi narodowo Ukraińcami a wyborcami Poroszenki oddaje stan emocjonalny zwolenników pokonanego prezydenta. Niestety, nie towarzyszy temu poważniejsza refleksja dotycząca przyczyn obecnej klęski, a to niezbyt dobrze im wróży w kontekście jesiennych wyborów do Rady Najwyższej Ukrainy, nie mówiąc już o tym, że konstatacja ta nie ma nic wspólnego z rzeczywistością.

Głębokie rozczarowanie Ukraińców tamtejszą klasą polityczną jest jak najbardziej zrozumiałe

Więcej prawdy, w moim mniemaniu, byłoby w interpretacji, zgodnie z którą ostatnie wybory prezydenckie były starciem między ukraińskocentrycznym projektem państwa a projektem modernizacyjnym rozumianym jako konieczność wprowadzenia niezbędnych reform, ograniczającym strukturalną korupcję i usprawniającym działanie struktur państwa. Wprowadzona kilka lat temu – najbardziej udana z dotychczasowych reform – decentralizacja pokazała, jak bardzo skuteczne w podnoszeniu jakości życia obywateli mogą być samorządy, jeżeli tylko da się im odrobinę uprawnień i pieniędzy. Innymi słowy, trzy czwarte obywateli Ukrainy biorących udział w głosowaniu powiedziało, że nie wystarczy im, cytując przedwyborcze hasło Poroszenki „Armia, język, wiara”. Jeszcze nigdy Ukraina nie była tak jednomyślna jak w drugiej turze ostatnich wyborów. Zełenski wygrał nawet w mateczniku Poroszenki – obwodzie winnickim. Za Poroszenką opowiedział się tylko jeden z 25 obwodów – lwowski.

Głębokie rozczarowanie Ukraińców tamtejszą klasą polityczną jest jak najbardziej zrozumiałe. Szczególnie po ofierze, jaką Ukraińcy ponieśli dla ratowania własnego państwa po 2014 r., zupełnie słusznie spodziewano się nie tylko głębokich zmian w państwie, ale i zmiany stosunku polityków do własnego społeczeństwa. Niestety, bardzo szybko nadzieje te okazały się płonne. Oczywiście, szereg zmian się dokonał, ale były one punktowe, czasami bardziej sytuacyjne czy personalne niż strukturalne, a – co najważniejsze – nie zmienił się paternalistyczno-pogardliwy sposób traktowania własnego społeczeństwa.

W efekcie w ostatnich wyborach prezydenckich Ukraińcy gremialnie oddali swój głos na kandydata, który stworzył sobie wizerunek głównego przeciwnika obecnych elit politycznych (wizerunkowi temu przysłużył się także popularny serial telewizyjny „Sługa narodu”, w którym Zełenski gra główną rolę). Tę reakcję można zrozumieć, lecz otwarte pozostaje pytanie, czy Ukraińcy, jak w znanym powiedzeniu, w walce z dżumą nie wybrali cholery.

Wielu krytyków Zełenskiego właśnie tak sądzi. Uważają, że wybór Zełenskiego jest równoznaczny z początkiem anihilacji Ukrainy jako unitarnego państwa. Lęki te wydają mi się, delikatnie mówiąc, przesadzone. Podobnie nie uważam, by nowy prezydent wygrał, nie przedstawiając żadnego programu. Owszem, jego program jest ogólnikowy – utrzymanie dotychczasowego kursu w polityce zagranicznej, doprowadzenie do zakończenia wojny na Donbasie, walka z korupcją, cyfryzacja, transparentność działań władzy – niemniej uważam, że dla polityka „zadomowionego” w kijowskim establishmencie program ten byłby wystarczający. Wobec Zełenskiego wymagania są jednak wyższe. Kiedy pięć lat temu Poroszenko wygrywał wybory, nikt nie miał do niego pretensji, że nie przedstawił wcześniej kandydatur na swoich przyszłych współpracowników, zaś w wypadku Zełenskiego brak takowych został przez jego krytyków uznany za brak profesjonalizmu (tej oceny nie zmienił fakt, że tuż przed drugą turą Zełenski przedstawił grono swoich przyszłych współpracowników).

Fragment tekstu, który ukazał się w kwartalniku „Więź”, lato 2019

Kup tutaj