Współcześnie warto inaczej rozkładać akcenty w pobożności maryjnej. Dla młodych określenie Marii jako Królowej może rodzić poczucie dystansu, jej nieprzekraczalnej „inności” w stosunku do „zwykłych ludzi”.

Czternasty rozdział książki „Kościół otwarty” – programowej dla środowiska „Więzi” – wydanej po raz pierwszy przez nasze wydawnictwo w 1963 roku

Stefan Wilkanowicz w swej interesującej próbie typologii katolicyzmu polskiego („Znak” nr 90) stwierdza, iż tzw. nowa fala stanowi właściwie jedyną, czy niemal jedyną, grupę katolików, w której nie występuje „silny i żywy kult maryjny”. Terminem „nowa fala” określa się dziś często bardzo różnorodną i dość nieokreśloną grupę, obejmującą zarówno katolicką awangardę, silnie związaną z Kościołem, jak i różne postawy graniczne, często może bardziej sympatyzujące z katolicyzmem niż w pełni katolickie. Jeśli mimo tak istotnych różnic mówimy o jednej grupie, to dlatego, że występuje tu pewna wspólna tendencja wyrażająca się w szeregu wspólnych cech takich, jak antydogmatyzm, katolicki „rewizjonizm”, daleko posunięta rezerwa wobec wielu form religijności masowej itd. To, że „nowa fala” jest „niemaryjna”, może nie dziwić choćby z tego względu, iż jest ona w ogóle w niezgodzie z wieloma elementami, które przywykliśmy uważać za tradycyjne przejawy katolicyzmu polskiego.

Jednakże zjawisku temu warto poświęcić nieco uwagi. Na pewno trudno jest uważać „niemaryjność” za zjawisko z katolickiego punktu widzenia pozytywne, wszystko zaś, co dotyczy „nowej fali”, jest ważne, gdyż – co również słusznie zauważa Wilkanowicz – tylko ona ilościowo się rozwija, podczas gdy stan posiadania pozostałych grup szybciej lub wolniej się kurczy.

Przeprowadzając daleko posunięte uogólnienie można chyba wskazać na dwa główne źródła braku maryjności w „nowej fali”. Pierwsze z nich płynie z jej własnego typu religijności, drugie – z charakteru polskiej maryjności masowej. Chcąc mówić o typie religijności „nowej fali” w sposób bardziej szczegółowy, trzeba by przeprowadzić szereg rozróżnień, choćby ze względu na wielość postaw obejmowanych tym wspólnym terminem. Ogólnie rzecz biorąc, jest tu wyraźna tendencja do bezpośredniego chwytania „istoty rzeczy” nawet za cenę daleko posuniętych uproszczeń. Jest jakiś bezpośredni „zwrot ku Bogu” z pominięciem wszelkiego pośrednictwa i tego wszystkiego, co wydaje się zbyteczną i niezrozumiałą komplikacją na tej drodze, a co zarazem zdaje się odwracać uwagę od tego, co najistotniejsze. Jednocześnie ten Bóg jest jak najbardziej „boski”, potężny i odległy. Jest przede wszystkim Absolutem, jakimś „Bogiem kosmogonicznym”. Nieufność budzi to, co może się wydawać Jego pomniejszeniem, antropomorfizowaniem, jakąś ludzką wobec Niego familiarnością. Stąd częsty brak zrozumienia dla samej nawet postaci Boga wcielonego i objawionego, brak zrozumienia dla Kościoła i jego pośredniczej misji, dla kultów i nabożeństw, dla różnych „dziwnych dróg bożych”, które wydają się zbyt ludzkie. Słusznie powiedziano, że tendencja „nowej fali” bywa deistyczna i że łatwiej jej uwierzyć w Boga niż w Chrystusa, a łatwiej w Chrystusa niż w Kościół. Tradycyjnie polski antydogmatyzm fideistyczny mógł „bronić imienia Marii”, niewiele co wiedząc o dogmatycznych podstawach Kościoła. Dla antydogmatyzmu „nowej fali” postawa taka będzie co najmniej nietypowa. Maryjność nie może tu liczyć na łatwe zrozumienie ani jako jedna z podstawowych prawd o drogach bożych w świecie, ani jako zjawisko kultowe.

Oczywiście w tej warstwie „nowej fali”, która żyje, o ile to możliwe, w pełni życiem Kościoła, sprawy te przedstawiają się nieco inaczej. I tu szuka się dróg najprostszych i kładzie nacisk na to, co najistotniejsze, ale nie zubaża się przy tym religii. Maryjność będzie tu prosta i bez ostentacji, ale właśnie przez oparcie jej o prawdę teologiczną najbardziej może pełna i na swoim miejscu. Jednakże trzeba pamiętać, że ta – chciałoby się rzec – w pełni „ortodoksyjna” warstwa „nowej fali” stanowi w niej wyraźną mniejszość.

Generalny odwrót od maryjności stanowi zerwanie związków z polską tradycją religijną w jej bardzo istotnym punkcie

Na tle tej krótkiej charakterystyki tendencji „nowej fali” powinno być jasne, dlaczego typ i charakter polskiej maryjności masowej nie tylko nie może jej przybliżyć zrozumieniu, czym jest i powinna być maryjność, ale przeciwnie – musi oddziaływać negatywnie. Uczuciowość, ostentacja, przerost form zewnętrznych, tradycyjnych i często anachronicznych – wszystko to nie tylko razi potrzebę prostoty i dyskrecji, ale także zdaje się nieproporcjonalnie przerośnięte, przesłaniające Boga.

„Niemaryjność” czy czasem wręcz „antymaryjność” „nowej fali” to zjawisko, wobec którego trudno zachować obojętność, ponieważ dotyczy ono zarówno tych jej przedstawicieli, którzy są bardziej deistami niż katolikami, jak również i bardzo wielu tych, którzy są mocno w katolicyzm zaangażowani, choć nie zawsze go dobrze rozumieją. Oczywiście, trzeba wziąć pod uwagę, że „nowa fala” znajduje się w dynamicznym rozwoju i dopiero szuka pełnego wyrazu swej religijności. Można mieć nadzieję, że dojrzeje ona stopniowo do zrozumienia pełni religijności katolickiej, dla której znajdzie właściwą sobie formę wyrazu, być może szczególnie wartościową i autentyczną oraz mocno wcieloną w codzienne życie.

Nie ulega też wątpliwości, że jej „niemaryjność” jest zjawiskiem wtórnym. Niemniej zjawisko to wydaje się szczególne ważne, specjalnie w naszych polskich warunkach. Radykalny brak zrozumienia okazywany maryjności przez „nową falę” powiększa zarazem trudność w zrozumieniu przez nią Kościoła, powiększa rozdźwięk między nią a Kościołem i jego życiem.

Po wtóre – maryjność w samej swej istocie zawiera elementy, przysłonięte nieraz tradycyjnymi formami wyrazu, bardzo bliskie nowoczesnej religijności i bardzo dla niej cenne. A wreszcie, generalny odwrót od maryjności stanowi zerwanie związków z polską tradycją religijną w jej bardzo istotnym punkcie. Wiadomo, że zachowanie takich związków jest dla rozwoju każdej społeczności sprawą ważną, a zerwanie ich nie dokonuje się bezkarnie. W naszych warunkach zerwanie tych związków może też przyczynić się do powiększenia strat ilościowych katolicyzmu polskiego. Część społeczeństwa katolickiego, której dawne formy religijności obiektywnie już nie wystarczają, ale do których jest ona przywiązana, może nie potrafi nawiązać kontaktu z katolicyzmem młodym i nowoczesnym, nie znajdując w religijności jego przedstawicieli tych elementów, które choćby uczuciowo uważa za istotne i konieczne.

Postawiono tezę, że aktualna forma i treść polskiej maryjności masowej są dla „nowej fali” obce, jeśli nie rażące, i że nie znajduje tu ona tego, co jest jej bliskie i czego szuka. Można na to odpowiedzieć, że dla większości „odbiorców” działalności duszpasterskiej ta tradycyjna maryjność jest bliska i żywa, więc zrezygnować z niej nie można; że przecież zawiera ona w sobie, w swych tradycyjnych formach, wszystkie wartości jak najbardziej autentyczne i że każdy, kto tego chce, może je tam znaleźć. Argumentacja taka czy podobna jest chyba zbyt optymistyczna. Prawidłowo daje się ona zastosować tylko do ludzi religijnie wyrobionych, chcących i umiejących szukać, i wiedzących, czego chcą szukać. Takich ludzi jest jednak niewielu. „Nowa fala” składa się w ogromnej większości z ludzi właśnie religijnie niewyrobionych, teologicznie nieprzygotowanych, a przy tym nie zawsze umiejących ściśle powiedzieć, czego właśnie szukają. Jednocześnie raczej skłonnych do przesady w reakcjach na to, co ich razi niż do wyrozumiałości i przełamywania w sobie oporów, by pod niemiłą pokrywką doszukiwać się bliskich sobie wartości.

Prawidłowa polityka duszpasterska wymagałaby jakiegoś wyjścia naprzeciw, wymagałaby po prostu dużego wysiłku w celu przybliżenia „nowej fali” tego, co ona chce i może przyjąć, a co jest przecież wartościowe i autentycznie chrześcijańskie.

Wydaje się, że wysiłek ten musiałby iść daleko w kierunku pewnego przegrupowania elementów polskiej maryjności, co najmniej innego rozłożenia akcentów treści i poważnego stonowania form kultowych. Na pewno nie wystarczy samo tylko uboczne niejako czy marginalne podkreślenie tych akcentów, które „nowej fali” mogą być bliskie przy zachowaniu w zasadzie niezmienionej „linii generalnej”.

Militaryzm kultury maryjnej jest dziś nie tylko anachroniczny, ale przede wszystkim religijnie powierzchowny i rażący w porównaniu z sylwetką Marii przekazaną przez Ewangelię

Oczywiście, nie chodzi tu też o jakąś natychmiastową rewolucję, która jest zresztą niemożliwa. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że panująca forma religijności i odpowiadające jej duszpasterstwo oddziaływają na ludzi – poza wyjątkami – niejako globalnie tym, co przeważa, czego jest najwięcej, co się akcentuje najczęściej i najsilniej i co tym samym nadaje charakter. Chyba nawet najbardziej osobistych i w swym założeniu samodzielnych wyborów dokonuje się w większości wypadków, mając na uwadze nie religię jako taką, a właśnie aktualnie panujący jej charakter, za którego najbardziej miarodajny wykładnik uważa się duszpasterstwo. Jednocześnie ten panujący charakter religii i duszpasterstwa – czy to wtedy, gdy się je biernie przyjmuje, czy również wtedy, gdy się je ocenia i sądzi – są odbierane w dużej mierze na wpół tylko świadomie, i na zasadzie skojarzeń.

Nie można więc liczyć na to, że wystarczy jedna czy druga myśl, czy nawet całe kazanie mające na uwadze potrzeby i problemy nowoczesnego katolika, wówczas gdy dominujący charakter tego, co widzi on i słyszy w kościele, będzie najczęściej budził w nim skojarzenia negatywne, co może w tym wypadku znaczyć po prostu – mylne.

Aby wyjaśnić to bliżej, spróbujmy odwołać się do przykładu. Przy całym szacunku dla każdej wartościowej i pięknej tradycji, której zawsze warto bronić, jeśli tylko nie staje się czynnikiem hamującym – należy mieć duże wątpliwości, jakiego rodzaju skojarzenia religijne budzi u młodych ludzi współczesnych akcentowanie, iż Maria jest Królową. Bo przecież nie jest obojętne, co się przede wszystkim akcentuje – czy macierzyństwo, czy wszechpośrednictwo, czy właśnie królewskość. Dla człowieka o rozwiniętej świadomości religijnej może to być, choć też zwykle niezupełnie, w gruncie rzeczy obojętne. Dla przeciętnego katolika obojętne to nie jest, bo działają tu właśnie skojarzenia i całość atmosfery, a nie treści teologiczne. Oczywiście Maria jako Królowa kojarzyć się może z wszechpośrednictwem i jej opieką nad nami. Uznanie w niej Królowej może oznaczać, że chcemy jej służyć, być posłusznymi jej woli, a więc woli Chrystusa i duchowi Ewangelii.

To wszystko można jednak wyrazić bardziej prosto i bezpośrednio i doprawdy należy wątpić, czy w młodym pokoleniu skojarzenia te – w skali masowej – są właśnie takie. Szczególnie dla młodych tytuł ten bądź nie zawiera w sobie konkretnych treści religijnych, jest pod tym względem dość pusty, bądź też rodzi przede wszystkim pewne poczucie dystansu, nieprzekraczalnej „inności” Marii w stosunku do „zwykłych ludzi”. Wywołuje przy tym, przez swe całkowicie świeckie skojarzenia, poczucie czegoś historycznie anachronicznego, odległego i tradycyjnego. Nasuwa się tu dość zresztą luźne porównanie ze stylem „Złotej Legendy”, gdzie średniowieczna tradycja, akcentując w postaciach świętych przede wszystkim ich niezwykłość, daleko wyrastającą ponad ludzką miarę, wywoływała co prawda uczucie czci i nabożeństwa, ale zarazem przekreślała wszelką szansę naśladowania.

Twierdzi się wprawdzie, że swoista romantyka tytułu królowej ma swą wartość wychowawczą, wywołując skojarzenie z postawą wiernej służby, trochę w stylu feudalno-rycerskim. Nie wydaje się jednak, aby ta właśnie romantyka odpowiadała „nowej fali”. Jej rzeczywista wartość wychowawcza jest dziś zresztą bardzo wątpliwa.

Nie chodzi specjalnie o „królewskość”. Przykłady takie można mnożyć. Z romantyką postawy wiernej służby dla Królowej łączy się swoisty militaryzm polskiej kultury maryjnej, jej „żołnierskość”. Nawiązuje on chętnie do określonych tradycji historycznych, takich jak obrona Częstochowy, konfederaci barscy czy rycerze z ryngrafami na piersiach, walczący z pogaństwem. Znajduje on nieraz odbicie w duszpasterstwie i ciąży na sposobie, w jaki ludzie tak uformowani pojmują i wyrażają swe nabożeństwo do Marii. A przecież ideał taki jest dziś nie tylko anachroniczny, ale przede wszystkim religijnie powierzchowny i rażący w porównaniu z sylwetką Marii przekazaną przez Ewangelię. Niejednokrotnie zwracano uwagę i na inne cechy: barokowość nabożeństw, atmosferę nadmiernej uczuciowości, nieraz świadomie czy podświadomie podtrzymywanej przez styl duszpasterski przy mocno niedostatecznym równoważeniu jej treścią teologiczną.

Cały ten styl ma swoje korzenie historyczne i niegdyś – co zresztą i wówczas nie przekreślało całkowicie jego negatywów – odpowiadał on w większym niż dzisiaj stopniu ogólnemu duchowi czasów, barokowi czy epoce romantycznej. Jednakże czasy się zmieniają. Oparcie perspektywy szans katolicyzmu masowego na jego związkach z określonymi elementami tradycji narodowej staje się mało skuteczne w tym pokoleniu, w którym sam stosunek do tej tradycji – w każdym razie do pewnych jej form – jest przedmiotem dyskusji.

Maryjność może mieć jednak wiele do powiedzenia „nowej fali”. W tym celu trzeba wydobyć i akcentować te jej treści, które mogą do „nowej fali” przemówić. Nie wiemy, czy biorąc pod uwagę antydogmatyzm „nowej fali” wiele może tu zdziałać akcentowanie prawd ściśle teologicznych. Oczywiście nie można ich pomijać, chociaż nie one chyba będą tu głównym punktem zahaczenia. Rola ich jest tym większa, im większa jest świadomość religijna, zrozumienie Kościoła, teologii odkupienia i łaski. Rolę główną natomiast należy, być może, przypisać treściom „egzystencjalnym”, samej osobie Marii, jej osobowości i wzorowi jej życia, takim, jakimi ukazuje je nam tradycja chrześcijańska, osobowość Marii, sposób, w jaki wykonywała ona swą rolę w dziele odkupienia, cały „styl” jej życia w szczególny sposób odpowiadają naszym współczesnym pojęciom o tym, jaki powinien być „styl” życia chrześcijańskiego i chrześcijańskiego apostolatu, a jednocześnie ukazując go w sposób najbardziej głęboki i autentyczny.

Kościół, również polski, nie musi trzymać się niewolniczo tradycji baroku i romantyzmu, ponieważ jest żywy i zdolny do wyrażania we współczesnych formach wszystkiego, co tamte epoki trwale wartościowego stworzyły

Dyskrecja i brak wszelkiej ostentacji przy stałej gotowości odpowiedzenia powołaniu, odpowiedzenia z prostotą, choćby było ono zaskakujące i niezwykłe. Spokojna wierność w sytuacjach najbardziej dramatycznych. Cała ta zewnętrzna zwyczajność jej życia. Charakter jej apostolatu, który jest bardziej apostolatem obecności i świadectwa, w najpełniejszym jego znaczeniu, niż jakimkolwiek innym. I wreszcie jej cały stosunek do osoby i misji Chrystusa nienarzucający się, pomocniczy i dyskretny, który tak bardzo odpowiada naszym pojęciom o roli człowieka na drogach działania łaski.

Nie znaczy to, że nie mamy czcić w Matce Boga władczyni, Królowej nieba i ziemi, wyniesionej przez Niego ponad cały świat istot stworzonych. Chyba jednak elementy „egzystencjalne” należy akcentować szczególnie silnie, bo one w specjalny sposób czynią Marię patronką współczesnego laikatu, tak bliską mu w jego ideałach i dążeniach. Może na nich właśnie będzie można oprzeć najbardziej autentyczny, osobisty i życiowo skuteczny kult Marii, który by łączył w sobie cześć dla jej osoby z chęcią i możliwością naśladownictwa, a nie tylko z prośbą o orędownictwo, co jest ważne, ale niewystarczające.

Takim treściom maryjności odpowiadać powinny charakterem i nastrojem formy kultu, co z drugiej strony odpowiadałoby potrzebom i – powiedzmy – gustom ludzi współczesnych, szczególnie młodych. I tu powinna dominować prostota, dyskrecja i oszczędność, przewaga treści nad formą.

Nie trzeba w tym celu rezygnować z nabożeństw maryjnych powstałych w epokach, których smak dzisiaj już nam nie odpowiada. Wystarczy je odpowiednio stonować. Na szczęście Kościół, również polski, nie musi trzymać się niewolniczo tradycji baroku i romantyzmu, ponieważ jest żywy i zdolny do wyrażania we współczesnych formach wszystkiego, co tamte epoki trwale wartościowego stworzyły. Jeśli zaś chce szukać wzorów, może na pewno w swej dwutysiącletniej tradycji znaleźć niejeden, który by i dzisiaj odpowiadał nam swym stylem.

Czternasty rozdział książki „Kościół otwarty” – programowej dla środowiska „Więzi” – wydanej po raz pierwszy przez nasze wydawnictwo w 1963 roku