Rozmyślam nad zwycięstwem abp. Van Thuana, rozmyślam nad jego edukacją. Nie była to święta tresura – to oczywiste. Nie było to tylko przygotowanie do erudycyjnych popisów ani nawet nie tzw. dobre wychowanie. Wszystko to mogłoby nie wytrzymać męki.

Zdaje się, że to musiało się tak skończyć. Zwycięstwo było arcybiskupowi Sajgonu, Francoisowi Xavierowi Nguyenowi Van Thuanowi pisane. Oczywiście nie przez leśne bóstwa w księdze dżungli, bo to był porządny katolicki biskup i w przeznaczenie nie wierzył. Może były to dziedziczne geny, gdyż pochodził ze starej i dobrej rodziny, której członkowie od stuleci piastowali w Wietnamie wysokie funkcje polityczne i kościelne. Myślę jednak, że godnego postępowania się nie dziedziczy. Zwycięstwo nad sobą i totalitarnym systemem pisze w nas zazwyczaj solidna humanistyczna edukacja i kształtowane przez nią wybory.

W kwietniu 1975 r. Van Thuan został uwięziony przez władze komunistyczne i zamknięty w izolatce, w której zależnie od kaprysu dozorców albo dzień i noc paliła się żarówka, albo panowały zupełne ciemności. To miał być jego grób. Tanatografia Van Thuana – czyli jego pisanie o tym, jak umierał – jest wyjątkowo dyskretna i dlatego pozostawia dużo miejsca naszej wyobraźni.

Myślał, że popadnie w szaleństwo. Duszno i wilgotno o każdej porze, choć nie wiadomo jaka to pora. Niezaleczony rak prostaty, kłopoty z sercem – męka ciała przepuszczanego przez niewidzialne wyżymaczki bólu. I męka ducha dławionego w imadłach czarnych myśli. Czasami trochę lepiej, bo wśród ludzi – to nic, że stłoczonych w ładowni statku rozwożącego domniemanych wrogów systemu po różnych więzieniach. W tej ładowni powiedział sobie, że będzie ona jego katedrą. Nie lituje się już nad sobą, jest tym, który pociesza innych, pociesza nawet samego Jezusa.

Nie przeszkadza mu, że dla strażników jest tylko psem łańcuchowym Watykanu. Próbuje to nawet symbolicznie podkreślić, nosząc na sercu fotografię Jana Pawła II wydartą ze strony L’Osservatore Romano. Skonfiskowany nakład tej watykańskiej gazety trafił pewnego razu do koncentraka i przerobiony na tacki, służył kucharzowi do serwowania więźniom cuchnącej ryby.

W stłoczonej ładowni statku rozwożącego domniemanych wrogów systemu po różnych więzieniach powiedział sobie, że będzie ona jego katedrą. Nie lituje się już nad sobą, jest tym, który pociesza innych, pociesza nawet samego Jezusa

Van Thuan potrafił okazać strażnikom szacunek i niektórych z nich nawrócił. Pozwolili mu zawiesić na piersi biskupi krzyż zrobiony z dwóch kawałków drewna, przewiązanych drutem z ogrodzenia. Przekonywał ich: ,,Biskup nie może chodzić bez krzyża”. Te słowa odsyłają do przestrogi Jezusa adresowanej do każdego, kto chce iść za Nim. Rodzina Van Thuana żyła nią od XVII w., wtedy to przodkowie arcybiskupa zostali ochrzczeni przez francuskich misjonarzy. On sam potrafił wyrecytować z pamięci ich imiona – była to prawdziwa litania świętych męczenników, wielu z nich oddało życie za wiarę w XIX w. za panowania cesarza Minh Manga zwanego Neronem Indochin.

Rozmyślam nad zwycięstwem Van Thuana, rozmyślam nad jego edukacją. Nie była to przecież święta tresura – to oczywiste. Nie było to tylko przygotowanie do erudycyjnych popisów ani nawet nie tzw. dobre wychowanie, które poźniej najczęściej funkcjonuje na zasadzie odruchu przyzwoitości. Wszystko to mogłoby nie wytrzymać męki.

Van Thuan wyedukował się przed wszystkim na konkretnych przykładach niezłomnych krewnych. Recytacja ich imion, podobnie jak to jest w tradycji Izraela, przywoływała historię konkretnego człowieka i Bożą w niej interwencję. A interwencja Boga to nic innego, jak odwołanie się do tego, co Bogu i człowiekowi wspólne, i właśnie wspólne pokonanie tego, co człowieka i Boga może w historii rozdzielić. Pod tym kątem odczytuję życiorys arcybiskupa Van Thuana i staje się dla mnie jasne, że jego chrześcijańscy przodkowie musieli go nauczyć najpierw zasady: nie karmić lęku.

Fragment tekstu, który ukazał się w kwartalniku „Więź”, lato 2019

Kup tutaj