– Nie obawia się pan końca świata? – pyta brunetka w drzwiach. – Obawiam się? Nie – odpowiadam niespodziewanie ożywiony. – Raczej czekam. Niechby raz wreszcie przyszedł.

Fragment książki „Dziennik końca świata”, Wydawnictwo Znak, Kraków 2019. Tytuł fragmentu pochodzi od redakcji

Żeby porozumieć się z innymi, musimy mieć w sobie przynajmniej dwóch ludzi. Jeden powinien przyjąć postawę otwartą i rozumiejącą – słuchać tego, co jest mu miłe i niemiłe, starać się w racjach drugiej strony odnaleźć coś, co może być zasadne, bronić pluralizmu, delikatnie podsuwać inne punkty widzenia, polemizować, ale tak, żeby nie mnożyć wrogów ponad potrzebę. Drugi musi być odważny i zdecydowany – popierać to, co racjonalne, wskazywać rzeczywiste niebezpieczeństwa, rozwiewać iluzje, z uporem upominać się o podstawowe prawa i wolności dla wszystkich, niezależnie od koloru skóry czy wyznawanej religii, a kiedy zajdzie taka potrzeba, nadstawić karku w obronie tego, co najważniejsze.

Ilekroć pojawiają się takie wyzwania jak te, przed którymi stanęliśmy ostatnio, staram się tych dwóch ludzi wewnątrz mnie zaprząc do pracy. Kiedy pada pytanie o uchodźców, odpowiadam: „Trzeba przyjąć tylu, ilu naprawdę gotowi jesteśmy przyjąć, a nie tylko rozmieścić”. Kiedy pada pytanie o to, czego mamy prawo od nich wymagać, odpowiadam: „Tego, czego wymagamy od samych siebie, ale ostrożniej; pamiętajmy, że to ludzie po przejściach”. Nie wiem, czy odpowiedzi, których udzielam, są dobre. Na pewno są niewystarczające. Staram się jednak, żeby były one rezultatem tej rozmowy, która toczy się wewnątrz. Tych dwóch ludzi we mnie nie może dać się szantażować lękiem, jaki wzbudzają filmy przedstawiające bojowników szykujących się do zniszczenia Europy. Musi umieć przełknąć szydercze uwagi o „lewactwie”, które „może nareszcie przejrzy na oczy”. Nie może bać się ani cudzego, ani rodzimego fundamentalizmu, lecz pamiętać o fundamentach.

Do wartości fundamentalnych dla naszej kultury – może nawet takich, które stanowią spoiwo jej fundamentu – należą: przekonanie o niezbywalnej godności każdej osoby i solidarność z pokrzywdzonymi. Jedni z nas wywodzą je z chrześcijaństwa, inni powołują się na inne źródła. Nie zawsze byliśmy tym wartościom wierni. Niemniej dzięki temu, że wartości te były i są na naszym horyzoncie, udało nam się przetrwać. Przetrwaliśmy nawet doświadczenia tak straszne, jak dwudziestowieczne totalitaryzmy.

Zabraliśmy niedawno nasze nastoletnie dzieci do Norymbergi, do gmachu, w którym odbywały się słynne procesy. Jest tam niezwykle ciekawa wystawa, która uświadamia, jak olbrzymie było to przedsięwzięcie i jaka filozofia legła u jego spodu. Zbrodniarzy, którzy mieli na rękach krew milionów ofiar, nie powieszono bez sądu ani nie zakatowano w obozach. A przecież nikt by się nie zdziwił, nikt by zapewne nie zaprotestował, gdyby tak właśnie postąpiono. Uznano jednak, że również im należą się obrońcy i uczciwy proces. Kiedy czytam dziś na forach internetowych, że „my będziemy się bawić w prawa człowieka, a tymczasem oni nas wyzabijają”, myślę o mądrości tamtych ludzi, którzy nie chcieli zabijać bez procesu.

Dwóch ludzi we mnie nie może dać się szantażować lękiem. Musi umieć przełknąć szydercze uwagi o „lewactwie”, które „może nareszcie przejrzy na oczy”. Nie może bać się ani cudzego, ani rodzimego fundamentalizmu, lecz pamiętać o fundamentach

Moim prywatnym bohaterem jest Ahmed. Po zamachu na redakcję „Charlie Hebdo” w styczniu 2015 roku miałem ochotę zamówić sobie koszulkę z napisem „Je suis Ahmed”. Zrezygnowałem, bo nikt by tego nie zrozumiał. Ahmed Merabet był jednym z dwóch policjantów zamordowanych przed siedzibą pisma. Był muzułmaninem, zginął z rąk ludzi, którzy krzyczeli: „Allahu Akbar”, w czasie, gdy ochraniał redakcję, która kpiła z rzeczy dla niego świętych. Robił to w imię wspólnych wartości, o których była tu mowa. Jeśli mamy wznieść się ponad nienawiść i lęk, musimy szukać i wskazywać bohaterów takich jak Ahmed. Nie „Charlie Hebdo”, ale Ahmed był prawdziwym obrońcą wolności, republiki, Europy i fundamentów świata, w którym żyjemy.

Jest prawdą, że Europa próbuje teraz pośpiesznie rozwiązywać problemy, które sama na siebie sprowadziła. Strzela się do nas z broni, którą wyprodukowaliśmy – dosłownie i w przenośni. Niestety, w interwencjach europejskich na Bliskim Wschodzie czy w Afryce częściej chodziło o ekonomiczne i polityczne korzyści niż o sprawiedliwość. W dyskusjach pada raz po raz stwierdzenie: „Owszem, tak było, nie możemy jednak naszej polityki opierać na poczuciu winy”. Od winy nie da się jednak abstrahować. Prężenie muskułów i retoryka dążenia do zwarcia nie pomogą w rozwiązaniu obecnych problemów. Trzeba powstrzymać przemoc, a potem cierpliwie, cegła po cegle, rozbierać mur budowany przez dziesięciolecia. Bez widoków na szybki sukces.

*

Siedzę umęczony i wściekły. Odprowadziłem syna do szkoły (to scena sprzed wielu lat), mieszkanie, do którego się stopniowo przeprowadzamy, wymaga jeszcze sporo pracy, a ja od rana dłubię w tekście, który już dawno powinienem oddać, i mam zaledwie akapit. Właśnie próbuję przejść do kolejnego, kiedy rozlega się dzwonek do drzwi. Nie pierwszy tego dnia.

Na klatce stoją dwie atrakcyjne kobiety, ubrane tak, żeby ich atrakcyjność była zakryta, ale niezupełnie. W rękach trzymają kolorowe broszury, na których przedstawiona jest szczęśliwa, skąpana w świetle ludzkość, więc od razu wiadomo, kim są.

– Chciałyśmy porozmawiać – odzywa się blondynka. Twarz ma szeroką i przyjazną. Nie bardzo wiem, jak zareagować. Myślami jestem gdzie indziej, wszystko we mnie kipi i byłbym raczej nieprzyjemnym rozmówcą. Mimowolnie robię ruch, jakbym chciał zamknąć drzwi bez słowa.

Wtedy druga, brunetka, pyta: – Nie obawia się pan końca świata?

Jest młodsza i ładniejsza. Ma równe białe zęby, równy, proporcjonalny nos i dwie identyczne brwi, które lekko się uniosły.

– Obawiam się? Nie – odpowiadam niespodziewanie ożywiony. – Raczej czekam. Niechby raz wreszcie przyszedł.

Przećwiczone scenariusze chyba nie zawierały takiej odpowiedzi. Kobiety kiwają głowami zakłopotane. Blondynka zagląda przeze mnie do wnętrza. – Och, przepraszamy – mówi szybko i łapie drugą za rękaw.

Pomyliły drzwi? Albo zobaczyły coś, co je wystraszyło.

Przekręcam zamek, wracam w głąb mieszkania i kończę pakować zwłoki listonosza w folię… No jasne, że nieprawda, ale tak właśnie się czuję. Ze schodów dobiega stukot obcasików.

*

Podstawowe pytanie brzmi: co zrobić, żeby nie zniechęcić, lecz przekonać? Jak poprowadzić rozmowę, żeby otwarła się możliwość porozumienia?

Gdy ktoś prezentuje swoje stanowisko w sposób sztywny, ja także odruchowo sztywnieję. Gdy staje się nadmiernie kategoryczny, milczę. Czasem milczę, bo czekam, co będzie dalej. Częściej jednak milczę, bo nie wiem, co zrobić. Kategoryczność bardzo rzadko się wyczerpuje, przeciwnie – w miarę mówienia nabiera pewności siebie i upaja się własną siłą. Podsuwanie nawet drobnych wątpliwości nic nie daje; mamy do czynienia z maszyną, która czerpie energię ze wszystkiego, także ze sprzeciwu.

W dyskusje internetowe na ogół się nie wdaję. Prowadzą donikąd. I to niezależnie, czy włączają się w nie tak zwane trolle, czy dyskutują ze sobą ludzie wzajemnie sobie znani, a nawet zaprzyjaźnieni. Ze smutkiem obserwuję, jak szybko podnosi się temperatura rozmowy, jak powstają najpierw drobne, a potem coraz szersze pęknięcia. Masz inny pogląd niż mój? To znaczy, że jesteś głupi, nie widzisz tego, co oczywiste. Czasem gorący, ostateczny spór wywołuje jedno słowo. Przy stole pewnie bywa podobnie. A może nie? Ciągle wierzę, że siedząc z kimś twarzą w twarz, trudniej mu powiedzieć, że jest głupcem, że dał się omotać.

To, że moje jest na wierzchu, daje ogromną satysfakcję – trudno temu zaprzeczyć. Wygrałem i mogę triumfować. Wygrałem, ale przecież nie przekonałem. To jednak nieważne, że nie przekonałem, ważne, że do mnie należy ostatnie słowo. Jeśli drugi poczuł się źle, tym lepiej. Zamiast przekonywać, zawstydzamy. Zawstydzony dwa razy się namyśli, zanim znów się odezwie. Kiedy czytam, jak ktoś przedstawia bliski mi pogląd w sposób dla drugiego zawstydzający czy upokarzający, mam ochotę krzyczeć: „Stój!”. Ale jest już za późno. Rana została zadana. Może się zabliźni, ale bardziej prawdopodobne, że będzie się jątrzyć. Zatriumfować w kolejnej dyskusji – oto marzenie upokorzonych. A jeśli nie w dyskusji, to w jakimś innym miejscu, w jakiś inny sposób. Człowiek, żeby żyć, potrzebuje zwycięstw. Będzie szukał słabszych od siebie, żeby ich kosztem zwyciężać.

Wojciech Bonowicz, „Dziennik końca świata”, Wydawnictwo Znak, Kraków 2019

Co się dzieje z prawdą w takim świecie? Albo raczej – jak wygląda dziś nasza droga do prawdy? Jedno nie ulega wątpliwości: jest to żmudny, długotrwały wysiłek. „Być może jest to moim ograniczeniem, lecz nie potrafię pojmować prawdy inaczej niż jako zaprzeczenie fałszu”, mówi Susan Sontag w rozmowie z Jonathanem Cottem („Myśl to forma odczuwania”). „Zawsze odkrywam to, co uważam za prawdziwe, przez dostrzeganie fałszu w czymś innym. W świecie jest mnóstwo fałszu. Prawdę trzeba z niego wykrawać, odrzucając rzeczy nieprawdziwe. Prawda jest w pewnym sensie pusta, lecz już samo zrzucenie jarzma fałszu daje niezwykłe poczucie wyzwolenia”.

Co znaczą słowa: „w pewnym sensie pusta”? Znaczą, jak rozumiem, że nigdy nie staniemy wobec rzeczywistości jako takiej, że zawsze będziemy mieli do czynienia z jakimiś zasłonami, zniekształceniami, błędnymi teoriami. Trzeba przyjąć, że każdy z nas jest nosicielem błędu. A jednak „poczucie wyzwolenia” jest nam dostępne. Czy nie daje większej satysfakcji niż triumf nad kimś zapędzonym w kozi róg? Nie chodzi o to, żeby wznieść się ponad drugiego, ale o to, żeby wznieść się ponad samego siebie.

Sontag mówi bardzo pięknie: z tego świata, jaki jest nam dostępny, prawdę trzeba wykrawać. Od czasu do czasu nawet w internecie natrafiam na rozmowy, które są takim wspólnym „wykrawaniem” prawdy. Widać wysiłek obu stron, żeby się spotkać, żeby wspólnie lepiej zrozumieć, o czym mowa.

W takich chwilach naciskam wzniesiony kciuk.

Fragment książki „Dziennik końca świata”, Wydawnictwo Znak, Kraków 2019